publicystyka: Wrota zamknięte od wewnątrz - o zwątpieniu, wolności i umiejętności działania
kuchnia muzyka sklep ogłoszenia wydarzenia fotogalerie

Wrota zamknięte od wewnątrz - o zwątpieniu, wolności i umiejętności działania

o. Leonid Bartkov (tłum. Jusyna Pikutin), 04 lipca 2026

Dzisiaj pragnę porozmawiać bez typowych formalnych schematów, bez górnolotnych frazesów, którymi my, duchowni, czasami nieświadomie odgradzamy się od żywego cierpienia naszych wiernych. Chcę porozmawiać jak podczas spowiedzi – szczerze, patrząc w oczy tej słabości, która jest znana każdemu z nas. Pewien głęboko wierzący człowiek, mój dobry rozmówca, podzielił się niedawno przeżyciem, które, muszę przyznać, wstrząsnęło mną swą teologiczną i psychologiczną głębią. Rozmowa zeszła na dziwny, niemal nienaturalny paradoks: dlaczego w chwili, gdy dusza najbardziej potrzebuje Boga i wsparcia bliźniego, z całych sił zamyka się w sobie niczym oszalała? Odgradza się zarówno od Nieba, jak i od ludzi. I dlaczego główna walka wiary to nie walka ze strachem, lecz z wątpliwością? O tym, z Bożą pomocą, będzie moja dzisiejsza refleksja.

Piekło, które tworzymy w naszych sercach

W jednej z ostatnich rozmów, które miałem szczęście prowadzić, pojawiła się myśl, która poruszyła mnie do głębi. Myśl przepełniona duchem Ojców Kościoła i zadziwiającą antropologiczną trafnością: „Drzwi piekła są zamknięte od wewnątrz”. To otrzeźwiająca i uzdrawiająca prawda o ludzkiej wolności, którą obdarzył nas Stwórca. My, ludzie, przyzwyczailiśmy się wyobrażać sobie piekło w sposób obrazowy, niemal dziecięcy: jako pewnego rodzaju mroczne podziemia, do których rozgniewany, groźny Sędzia wrzuca zatwardziałych grzeszników na wieczne męki. Jednak Święci Ojcowie, duchowi asceci, którzy zdobyli łaskę, myśleli zupełnie inaczej. Mówili, że gehenna to nie tyle geograficzny punkt na mapie wszechświata, co straszny, nienaturalny stan duszy. Jest to taki stan wewnętrzny człowieka, w którym nawet cierpiąc nie do zniesienia, nawet płonąc w ogniu własnych namiętności, świadomie i uparcie odmawia on wpuszczenia Światła. Jego cierpienie staje się mu bliższe i droższe niż perspektywa uzdrowienia.

Pozwolę sobie na krótką osobistą dygresję, abyście zrozumieli, że nie przemawiam do was z wysokości ambony, lecz z okopów wspólnej ludzkiej słabości. Dobrze pamiętam swoje młodzieńcze zmagania z czasów seminarium. Ogarniały mnie fale tej samej lepkiej, bezbarwnej, uporczywej tęsknoty, którą w ascetyce zwykle nazywa się śmiertelnym grzechem przygnębienia. W takich chwilach świat zawęża się do rozmiarów dusznego pokoju, a wiara, która jeszcze wczoraj dodawała skrzydeł, zamienia się w pusty, głuchy dźwięk, odbijający się od ścian spustoszonego serca. Ale najstraszniejsze w depresji lub w duchowych urokach rozpaczy – uwierzcie mojemu doświadczeniu – nie jest nawet sam ból duszy. Najbardziej zabójczy jest paraliż woli. To fałszywe, ale niezwykle przekonujące uczucie, które podszeptuje nam wróg: jesteś tylko ziarnkiem piasku, nic nieznaczącym pyłkiem, a od twojego miotania się nie zależy absolutnie nic. Zgoda z tą myślą to słodka trucizna bierności. Tak, dzisiejsza medycyna potrafi wiele: kompetentny psychiatra jest w stanie złagodzić ostry stan psychotyczny, a psycholog – nakreślić mapę waszych duchowych labiryntów i wskazać kierunek ruchu. Ja, jako kapłan, mogę jedynie przypominać wam o łasce, o tym, że Bóg jest blisko, i świadczyć o prawdzie. Ale, moi drodzy, nikt nie może przeżyć waszego życia za was. My – lekarze i duszpasterze – stoimy na zewnątrz i pukamy do drzwi waszego serca. Czasami pukamy przez lata, modląc się, płacząc i mając nadzieję. Ale zapamiętajcie sobie dobrze: klamka tych tajemniczych drzwi znajduje się tylko po waszej, wewnętrznej stronie.

Oto, co kryje się za słowami o wrotach piekła zamkniętych od wewnątrz. Wszechmogący Bóg, Stwórca nieba i ziemi, Ten, który trzyma w swojej dłoni galaktyki i atomy, nie łamie naszej woli. Ponieważ On jest Miłością, a miłość nie narzuca się siłą. Jak często w świątyni, w ciszy monasterskiej celi lub po prostu w nocy, w poduszkę, krzyczymy do Niego z wyrzutem i urazą: „Boże, dlaczego milczysz?! Dlaczego mi nie pomagasz? Ginę, gdzież jesteś?!” A On, Miłosierny i Cierpliwy, w tym samym czasie stoi tuż obok. On nie odszedł, nie zapomniał. Cicho, pokornie czeka, aż my, wyczerpani buntem, choćby odrobinę, choćby o znikomy milimetr, popchniemy czubkiem buta, skutym kajdanami przygnębienia, te zardzewiałe, pozornie nie do podniesienia drzwi. Aby do wnętrza naszego dobrowolnego więzienia przedostał się cienki promień Światła, które nigdy nie gaśnie, łyk powietrza Wieczności.

Tylko, na miłość boską, nie zrozumcie mnie źle. Nie wzywam was teraz, byście sami za włosy wyciągnęli się z dołu, niczym Baron Munchausen. Byłaby to demoniczna pycha, subtelne duchowe złudzenie. Bez Boga – jak głosi Pismo Święte – nie możemy uczynić nic prawdziwie dobrego. Bez Jego łaski jesteśmy bankrutami. Ale paradoks wolności polega na tym, że Bóg bez naszej woli również nic nie uczyni. On bowiem oczekuje synergii, współdziałania. Łaska i dobra wola człowieka muszą spotkać się w przestrzeni serca. Aby wyjść z piekielnych przedsionków przygnębienia, trzeba wykonać jeden prosty, a jednocześnie najbardziej heroiczny czyn: zacząć. Przestać rozmyślać o tym, jak bardzo jest nam ciężko i beznadziejnie. Przestać rozkoszować się własną zgubą. Po prostu zacząć działać. Nawet jeśli ręce drżą, nawet jeśli towarzyszy temu bolesne „nie mogę”, nawet jeśli upadamy, rozbijając kolana do krwi i zbaczając z drogi, to i tak należy zrobić krok w stronę Światła. W stronę otwartych drzwi.

„Nie bój się” czy „Nie wątp”?

A teraz przejdźmy do jeszcze subtelniejszego aspektu współczesnej walki duchowej. Pismo Święte przepełnione jest jedną niezwykłą frazą. Biblioznawcy obliczyli, że pojawia się on tam z przerażającą częstotliwością – setki razy. Mówię o frazie: „Nie bój się”. Z tymi słowami aniołowie pojawiali się przed pasterzami i niewiastami wonności niosącymi, tymi słowami Bóg zwracał się do proroków, drżących w obliczu swego powołania. W tradycji angielskiej brzmi to jak „Don’t be afraid”, w tłumaczeniu słowiańskim – „Nie bój się, tylko wierz” lub „Raduj się, nie bój się”. Przyzwyczailiśmy się postrzegać te słowa jako uspokojenie zwykłej ludzkiej emocji – strachu. Jednak mój rozmówca, którego słowa stały się fundamentem tych rozważań, zaproponował zaskakująco odważną, zuchwałą, ale uzasadnioną filologicznie i duchowo zmianę w naszym postrzeganiu tego przekładu: w większości kontekstów Pisma Świętego zwrot „Nie bój się” należy rozumieć jako „Nie wątp”.

Strach to podstawowa, niemal zwierzęca reakcja. Przestraszyć się nagłego grzmotu, dzikiego zwierzęcia wyskakującego z gęstwiny lub utraty pracy – to nie grzech, to przejaw instynktu samozachowawczego. Jednak główną chorobą współczesnego, inteligentnego, refleksyjnego i zbyt mądrego człowieka, naszą, że tak powiem, „kulturową nerwicą” – wcale nie jest paniczna tchórzliwość. Jest to wyczerpujące, niszczące duszę zwątpienie.

Oto gdzie kryje się wróg. Wbrew powszechnemu stereotypowi prawdziwym przeciwieństwem wiary nie jest wcale ateistyczna niewiara. Przeciwieństwem wiary jest zwątpienie. Wiara to niezachwiane trzymanie się tego, co niewidzialne, to urzeczywistnienie tego, czego się oczekuje. A zwątpienie to chwiejne bagno, w którym tonie każda nadzieja. Nie znamy przyszłości, nie potrafimy naszym upadłym, ograniczonym rozumem przewidzieć przebiegu Bożego Planu względem nas. I dlatego tak często tkwimy w miejscu, sparaliżowani niekończącą się wewnętrzną analizą: „A co, jeśli mi się nie uda?”, „Czy jestem godny tego daru?”, „Czy rzeczywiście jest to wola Boża, czy tylko mi się tak wydaje?”, „A co, jeśli się pomylę i będą się ze mnie śmiać nawet aniołowie?”.

Ten wewnętrzny dialog, który toczy się w naszych głowach od rana do nocy, wydaje nam się głosem rozsądku, głosem zdrowego rozsądku. „Po prostu myślę krytycznie” – tak usprawiedliwiamy swoją bierność. Ale tak naprawdę, moi drodzy, jest to głos Wiecznego Przeciwnika.

Uczestnik sporu

Zajrzyjmy głębiej w etymologię, aby odkryć duchową istotę tego zjawiska. W biblijnym objawieniu diabeł, szatan, w tłumaczeniu z hebrajskiego oznacza „przeciwnika”, „uczestnika sporu”, „oskrażyciela w sądzie”. Diabeł z greckiego – „oszczerca”, „ten, który dzieli”, „rozpraszający”. To „sprzeciwiający się” – duch, który mówi wbrew, który na każde Boże „tak” znajduje swoje „nie”. Święci Ojcowie nazywali go „małpą Boga”, która przedrzeźnia wszystko, co święte. Czy aby powstało coś żywego i wartościowego, nie jest potrzebne spotkanie przeciwieństw? Bez wątpienia. Jak trafnie zauważył mój przyjaciel, podczas obrony pracy naukowej potrzebny jest recenzent. Bez surowej krytyki, bez niewygodnych pytań obrona nie jest uważana za w pełni uzasadnioną. Jest w tym pewna prawda. Straszne niebezpieczeństwo kryje się jednak w tym, że, dając się ponieść sporowi z tym oponentem, zapominamy o tym, co najważniejsze: czyjej właściwie pracy bronimy? Czyimi adwokatami jesteśmy? Bożego planu naszego zbawienia – czy planu wroga naszego zniszczenia?

Diabeł to ten, kto sprzeciwia się Bożemu zamysłowi wobec ciebie osobiście. Wobec ciebie, który siedzisz tu teraz z przygasłym spojrzeniem. Wpaja ci do głowy wątpliwości, zamaskowane jako pokora lub krytyczne myślenie. „Dokąd się wybierasz, przecież jesteś taki grzeszny, niegodny, powinieneś tylko płakać w kącie, a nie marzyć o Królestwie Bożym”, „Bóg cię nie wysłucha, On ma pełno spraw i bez ciebie”, „Wszystko na nic, okiełznaj swą pychę – siedź dalej w kałuży i analizuj swój ból, to jest twój krzyż”. Bądźcie uważni: często to, co uważamy za pokorę, w rzeczywistości jest duchowym paraliżem. Boży plan wobec każdego z nas to zbawienie, to życie w pełni istnienia, to radość. Natomiast plan wroga to gnicie za życia, paraliż duszy i wieczna śmierć.

Dlatego, gdy z jakąś zmysłową rozkoszą oddajemy się przygnębieniu i tęsknocie, nie potrzebujemy po prostu leczenia, jak to czasem próbuje się nam wmówić, odcinając duchowy wymiar. Świadomie lub, co częściej, nie zdając sobie z tego sprawy, stajemy po stronie przeciwnika – przeciwko samym sobie. Stajemy się dobrowolnymi kamikadze, opieramy się własnemu zbawieniu. Wątpimy w rzeczywistość Światła, a jednocześnie nadal siedzimy z mocno zaciśniętymi oczami i na podstawie naszej ślepoty dochodzimy do wniosku, że wokół panuje ciemność. To największa tragedia rozumnego stworzenia.

«Oparz się, ale działaj»

Jakież jest wyjście z tego impasu? Gdzie znajduje się ta dźwignia, której naciśnięcie pozwoli zburzyć mur wyobcowania? Jest ona, podobnie jak wszystko w prawdziwym życiu duchowym, paradoksalna: prosta aż do prymitywności, a jednocześnie wzniosła aż do granic możliwości. Wiara to skok w wodę, który eliminuje tchórzliwe wahania. Jest to stan trwający każdą chwilę, w którym, nie widząc drugiego brzegu morza życia, mimo wszystko odważnie pchniesz kruchą łódź swojej duszy w otchłań, ponieważ bezgranicznie ufasz Sternikowi – Chrystusowi. Przypomnijcie sobie ewangeliczną obietnicę: jeśli będziecie mieli wiarę wielkości ziarna gorczycy i nie zwątpicie, to nawet góra się przesunie. „Uwierz – a będzie ci dane”. Jeśli przystępujesz do modlitwy lub jakiegoś dobrego uczynku z głęboką wiarą, że jest to miłe Bogu, że nastąpi to w Imię Boże – nastąpi, nawet jeśli cały świat będzie przeciw. Ale jeśli wpuścisz do środka robaka zwątpienia, jeśli zaczniesz się targować i wahać, to nawet te małe ziarenka, które masz – spokój ducha, siły, pragnienie – zmienią się w proch pod twoimi stopami.

Mój drogi, umiłowany w Chrystusie czytelniku, jeśli przebywasz teraz w swym wewnętrznym więzieniu, jeśli ściany uciskają cię w piersi, a powietrze jest duszne i ciężkie, uświadom sobie całym sercem tę najważniejszą prawdę: drzwi nie zostały zamknięte od zewnątrz na zardzewiałe zasuwy przez surowego i obojętnego Boga. Nie, miłość nie zamyka. Ona zawsze czeka. Twoje drzwi są zasypane wieloletnim śmieciem twoich własnych wątpliwości, lęków i grzesznych nawyków, a zasłaniają je twoje własne zgarbione plecy, które uparcie odwróciłeś od wyjścia, wpatrując się w ciemny kąt rozpaczy.

Dokonaj tego niemal nie do pomyślenia mikro-wysiłku, tego aktu woli. Nie bój się popełnić błędu, nikt nie jest przed tym ubezpieczony. Oparz się, upadaj, płacz, wzdychając, proś o pomoc Boga i ludzi – niech to będzie nieporadnie, nieelokwentnie, bez przygotowania, ale proś. Zacznij ten dzień, zacznij następny, wyrywaj się z przygnębienia sekunda po sekundzie – ale, w imię Boga, przestań wątpić, że wyjście jest możliwe. Bo Chrystus już włamał się do piekła. Zwycięstwo zostało osiągnięte.

Miłosierny Bóg nie wymaga od nas, ludzi zniechęconych i zranionych, natychmiastowej świętości ani anielskiego życia. Nie jesteśmy do tego zdolni. On cierpliwie czeka, aż zrobimy choćby jeden krok w Jego kierunku. On bowiem jest Ojcem, który z daleka dostrzega syna marnotrawnego. A gdy tylko twoja okaleczona, kulejąca na obie nogi, ale wolna wola z wnętrza zapuka do tych drzwi, On nie tylko grzecznie lekko je uchyli. On sam, przekraczając próg, obejmie cię ramionami i wyniesie na świat na swoich przebitych barkach.

Po prostu przestań być wrogiem samego siebie. Przestań zgadzać się z diabłem. Przestań podpisywać akt kapitulacji w obliczu chwilowych trudności.

Zmartwychwstały Chrystus w Wielką Sobotę zstąpił do piekła i wyprowadził stamtąd wszystkich, którzy pragnęli pójść za Nim. Wszystkich sprawiedliwych Starego Testamentu, wszystkich, którzy czekali na Zbawiciela. Ale nawet tam, w całkowitej ciemności, znaleźli się tacy, którzy ściskali swoje klucze w zesztywniałej dłoni, odwracając się plecami do Źródła Życia. Dla nich nawet Pascha Chrystusowa okazała się bezsilna. Ponieważ ich wolność wybrała niebyt. Woleli pozostać siedzącymi w pyle, wątpiąc, że Wolność już nadeszła i że Królestwo Boże już się przybliżyło.

Nie siedźcie bezczynnie. Nie zamierajcie w bezruchu. Działajcie, właśnie teraz, w tej samej chwili, gdy czytacie te słowa. Drzwi są już otwarte. Chrystus zmartwychwstał, a to oznacza, że śmierci już nie ma, pozostał tylko nasz strach i nasze wątpliwości, które przeszkadzają nam wejść w radość naszego Zbawiciela.

o. Leonid Bartkov (tłum. Jusyna Pikutin)

za: pravoslavie.ru

fotografia: jarek1 /orthphoto.net/