Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Nie masz nowoczesnego serca
o. Stephen Freeman (tłum. Gabriel Szymczak), 03 lipca 2026
Nie masz nowoczesnego serca.
Niezależnie od tego, co ktokolwiek z nas myśli o nowoczesności – kocha ją, nienawidzi, nie ufa jej, cieszy się nią – nie jest ona materiałem, z którego jesteśmy ulepieni. Jak wszystkie kultury w każdej epoce, nowoczesność jest ulotna, jest niczym powiew wiatru. To, kim jesteśmy i czym jesteśmy, to, co można ująć w wyrażeniu „serce”, jest zakorzenione i ugruntowane w wieczności. Wykracza nawet poza czas, w którym się rodzimy i żyjemy. „Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię…” (Jr 1, 5). Jest to ważne dla naszego samopoznania i poznania Boga.
Św. Grzegorz z Nyssy napisał:
Droga do zbawienia naznaczona jest sukcesywnym eliminowaniem wszystkiego, co „mamy”, aby osiągnąć to, kim „jesteśmy”. Najbezpieczniejszą drogą i najpewniejszym schronieniem jest nie uleganie złudzeniom i nieumiejętność rozpoznania siebie – tego, kim naprawdę jesteśmy. Nie powinniśmy wierzyć, że widzimy siebie, skoro widzimy jedynie to, co nas otacza – nasze ciało, nasze zmysły, wyobrażenie, jakie mają o nas inni.
Bo wszystko, co niestabilne [to, co się zmienia], nie jest nami.
Dusza oczyszcza się w ten sposób, zdejmując szatę po szacie. Zatem idealne [zbawienie] pojawi się jako ta najwyższa chwila, w której dusza, zrzuciwszy wszystkie swoje „cielesne” zasłony, ukaże się naga i czysta w duchu wizji Boga w boskim czuwaniu (parafraza Von Balthasara w Presence and Thought, 1995).
Pamiętam, jak kilka lat temu prowadziłem rozmowy na temat roli, jaką kultura „powinna” odgrywać w teologii. Przedstawiano pogląd (z którym się nie zgadzałem), że wraz ze zmianą kultury powinna zmieniać się również teologia. Sugerowano, że kultura jest czymś „wcielonym” – że powinna cieszyć się uprzywilejowaną pozycją, jakby była porównywalna z Pismem Świętym. Ten argument rzeczywiście odniósł sukces w liberalnych wyznaniach protestanckich. Ściśle rzecz biorąc, argument ten był nieszczery, ponieważ stanowił jedynie uzasadnienie procesu, który już się rozpoczął.
Byłoby tragiczne, gdyby ten sam proces został przyjęty przez jednostkę i zinterpretowany jako „odkrywanie prawdziwego ja”. Termometr wskazuje temperaturę powietrza wokół nas, ale nie mówi nic o tym, czy nadaje się ono do oddychania.
Święty Grzegorz uznawał, że tym, kim jesteśmy, nie jest to, co nas otacza, ani nawet rozmaite „cielesne zasłony”, sygnały wysyłane do nas przez nasze ciała. Nie jesteśmy konstrukcją społeczną. Serce (które jest również określane jako „nous”, „oko duszy”) znajduje się w samym rdzeniu naszego bytu. Jest ono zdolnością, dzięki której postrzegamy Boga. To w komunii między Bogiem a jaźnią naprawdę przebywamy: to jest „ktoś” naszego istnienia. Jesteśmy komunią pełni w naszym zjednoczeniu z Bogiem. To nie jest abstrakcja „religijna” – to opis prawdziwego charakteru naszego bytu, naszej relacji ze wszystkim. To opis naszego życia jako zakorzenionego w komunii, ze wszystkim i poprzez wszystko.
Kultura jest ulotna, nieustannie się zmienia i dostosowuje do okoliczności i różnych przemijających sił. W żadnej kulturze nie ma trwałości. Natura naszej ludzkiej egzystencji, w jej najprawdziwszej i największej głębi, ma charakter ponadczasowy. Ludzie dzisiaj, w porównaniu z ludźmi sprzed 10 000 lat, są tacy sami. Jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga i to pozostaje prawdą naszego istnienia.
Święty Grzegorz mówi o „odkładaniu szaty po szacie” w dziele oczyszczenia, które prowadzi nas ku wizji Boga. Oczywiście, niektóre szaty łatwiej odłożyć niż inne. Niektóre szaty zła są prawdopodobnie najłatwiejsze do zidentyfikowania. Są inne szaty, które przez długi czas myliliśmy z naszą tożsamością. Niełatwo je zdjąć (tak jak niełatwo je zidentyfikować). Być może pomocne jest uświadomienie sobie, że nie wiemy, kim jesteśmy, dopóki sam Bóg nam tego nie powie. Kiedy Chrystus mówi do Szymona Bar-Jonasza: „Ty jesteś Piotr [skała], a na tej skale zbuduję mój Kościół”, jesteśmy świadkami właśnie takiego objawienia. Nie jest to relacja dotycząca pozycji kościelnej. Podejrzewam, że tylko sam Piotr mógł nam wyjaśnić prawdziwe tego znaczenie – i zajęło mu to całe życie, aby dokonać tego odkrycia.
Szata fałszywej tożsamości św. Pawła prawdopodobnie zaczęła odpadać w chwili, gdy został zrzucony z konia na drodze do Damaszku. Opisuje szereg późniejszych cierpień:
Od Żydów otrzymałem pięciokrotnie po czterdzieści razów, bez jednego. Trzy razy zostałem obity rózgami, raz – ukamienowany, trzy razy byłem na tonącym statku, noc i dzień przeżyłem na głębokim morzu, wielokrotnie w podróżach, w niebezpieczeństwach na rzekach, w niebezpieczeństwach od rozbójników, w niebezpieczeństwach od rodaków, w niebezpieczeństwach od pogan, w niebezpieczeństwach w mieście, w niebezpieczeństwach na pustyni, w niebezpieczeństwach na morzu, w niebezpieczeństwach wśród fałszywych braci. W trudzie i mozole, wielokrotnie w nocnych czuwaniach, w głodzie i pragnieniu, wielokrotnie w postach, w zimnie i nagości (2 Kor 11, 24-27).
Ostatecznie jest w stanie napisać:
Z Chrystusem zostałem współukrzyżowany; bo żyję już nie ja, lecz żyje we mnie Chrystus. A to, że teraz żyję w ciele, żyję w wierze Syna Bożego, który mnie umiłował i wydał samego siebie za mnie (Ga 2, 20).
Niewielu znosi takie trudności, choć podejrzewam, że wewnętrzne biczowanie, którego doświadcza wielu, jest jeszcze trudniejsze do zniesienia.
Dla św. Pawła istnieje obraz, ku któremu dąży: ukrzyżowany Chrystus, „który mnie umiłował i samego siebie wydał za mnie”. To właśnie ta świadomość, ta pełnia komunii, pozwala mu odrzucić ciężar wszystkiego, co go próbuje powstrzymać. W samym jej sercu słychać głos miłości duszy.
Niewiele jest epok w historii ludzkości, które zniosły większe ataki na fundamentalne ludzkie realia niż nasza. Nic dziwnego, że „tożsamość” stała się hasłem i polem bitwy. Obraz św. Grzegorza o „odrzuceniu” zasłon jest cierpliwą pracą i darem łaski. Ważne jest, aby pamiętać, że nie tworzymy prawdziwego „ja” – ono jest odkrywane i objawiane. Jeszcze ważniejszy jest fakt, że to prawdziwe serce istnieje na obraz i podobieństwo Boga.
A my wszyscy, z odsłoniętą twarzą, oglądając jakby w zwierciadle chwałę Pańską, przemieniamy się w ten obraz od chwały do chwały, niczym od Pańskiego Ducha (2 Kor 3, 18).
Nasza uwaga słusznie skierowana jest na pierwowzór, obraz i chwałę Boga objawione w obliczu Jezusa Chrystusa, a nie na nas samych. Kochaj Boga. Kochaj bliźniego. Wyjdź poza zasłony.
o. Stephen Freeman (tłum. Gabriel Szymczak)
za: Glory to God for All Things
fotografia: Toni_p96 /orthphoto.net/
Niezależnie od tego, co ktokolwiek z nas myśli o nowoczesności – kocha ją, nienawidzi, nie ufa jej, cieszy się nią – nie jest ona materiałem, z którego jesteśmy ulepieni. Jak wszystkie kultury w każdej epoce, nowoczesność jest ulotna, jest niczym powiew wiatru. To, kim jesteśmy i czym jesteśmy, to, co można ująć w wyrażeniu „serce”, jest zakorzenione i ugruntowane w wieczności. Wykracza nawet poza czas, w którym się rodzimy i żyjemy. „Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię…” (Jr 1, 5). Jest to ważne dla naszego samopoznania i poznania Boga.
Św. Grzegorz z Nyssy napisał:
Droga do zbawienia naznaczona jest sukcesywnym eliminowaniem wszystkiego, co „mamy”, aby osiągnąć to, kim „jesteśmy”. Najbezpieczniejszą drogą i najpewniejszym schronieniem jest nie uleganie złudzeniom i nieumiejętność rozpoznania siebie – tego, kim naprawdę jesteśmy. Nie powinniśmy wierzyć, że widzimy siebie, skoro widzimy jedynie to, co nas otacza – nasze ciało, nasze zmysły, wyobrażenie, jakie mają o nas inni.
Bo wszystko, co niestabilne [to, co się zmienia], nie jest nami.
Dusza oczyszcza się w ten sposób, zdejmując szatę po szacie. Zatem idealne [zbawienie] pojawi się jako ta najwyższa chwila, w której dusza, zrzuciwszy wszystkie swoje „cielesne” zasłony, ukaże się naga i czysta w duchu wizji Boga w boskim czuwaniu (parafraza Von Balthasara w Presence and Thought, 1995).
Pamiętam, jak kilka lat temu prowadziłem rozmowy na temat roli, jaką kultura „powinna” odgrywać w teologii. Przedstawiano pogląd (z którym się nie zgadzałem), że wraz ze zmianą kultury powinna zmieniać się również teologia. Sugerowano, że kultura jest czymś „wcielonym” – że powinna cieszyć się uprzywilejowaną pozycją, jakby była porównywalna z Pismem Świętym. Ten argument rzeczywiście odniósł sukces w liberalnych wyznaniach protestanckich. Ściśle rzecz biorąc, argument ten był nieszczery, ponieważ stanowił jedynie uzasadnienie procesu, który już się rozpoczął.
Byłoby tragiczne, gdyby ten sam proces został przyjęty przez jednostkę i zinterpretowany jako „odkrywanie prawdziwego ja”. Termometr wskazuje temperaturę powietrza wokół nas, ale nie mówi nic o tym, czy nadaje się ono do oddychania.
Święty Grzegorz uznawał, że tym, kim jesteśmy, nie jest to, co nas otacza, ani nawet rozmaite „cielesne zasłony”, sygnały wysyłane do nas przez nasze ciała. Nie jesteśmy konstrukcją społeczną. Serce (które jest również określane jako „nous”, „oko duszy”) znajduje się w samym rdzeniu naszego bytu. Jest ono zdolnością, dzięki której postrzegamy Boga. To w komunii między Bogiem a jaźnią naprawdę przebywamy: to jest „ktoś” naszego istnienia. Jesteśmy komunią pełni w naszym zjednoczeniu z Bogiem. To nie jest abstrakcja „religijna” – to opis prawdziwego charakteru naszego bytu, naszej relacji ze wszystkim. To opis naszego życia jako zakorzenionego w komunii, ze wszystkim i poprzez wszystko.
Kultura jest ulotna, nieustannie się zmienia i dostosowuje do okoliczności i różnych przemijających sił. W żadnej kulturze nie ma trwałości. Natura naszej ludzkiej egzystencji, w jej najprawdziwszej i największej głębi, ma charakter ponadczasowy. Ludzie dzisiaj, w porównaniu z ludźmi sprzed 10 000 lat, są tacy sami. Jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga i to pozostaje prawdą naszego istnienia.
Święty Grzegorz mówi o „odkładaniu szaty po szacie” w dziele oczyszczenia, które prowadzi nas ku wizji Boga. Oczywiście, niektóre szaty łatwiej odłożyć niż inne. Niektóre szaty zła są prawdopodobnie najłatwiejsze do zidentyfikowania. Są inne szaty, które przez długi czas myliliśmy z naszą tożsamością. Niełatwo je zdjąć (tak jak niełatwo je zidentyfikować). Być może pomocne jest uświadomienie sobie, że nie wiemy, kim jesteśmy, dopóki sam Bóg nam tego nie powie. Kiedy Chrystus mówi do Szymona Bar-Jonasza: „Ty jesteś Piotr [skała], a na tej skale zbuduję mój Kościół”, jesteśmy świadkami właśnie takiego objawienia. Nie jest to relacja dotycząca pozycji kościelnej. Podejrzewam, że tylko sam Piotr mógł nam wyjaśnić prawdziwe tego znaczenie – i zajęło mu to całe życie, aby dokonać tego odkrycia.
Szata fałszywej tożsamości św. Pawła prawdopodobnie zaczęła odpadać w chwili, gdy został zrzucony z konia na drodze do Damaszku. Opisuje szereg późniejszych cierpień:
Od Żydów otrzymałem pięciokrotnie po czterdzieści razów, bez jednego. Trzy razy zostałem obity rózgami, raz – ukamienowany, trzy razy byłem na tonącym statku, noc i dzień przeżyłem na głębokim morzu, wielokrotnie w podróżach, w niebezpieczeństwach na rzekach, w niebezpieczeństwach od rozbójników, w niebezpieczeństwach od rodaków, w niebezpieczeństwach od pogan, w niebezpieczeństwach w mieście, w niebezpieczeństwach na pustyni, w niebezpieczeństwach na morzu, w niebezpieczeństwach wśród fałszywych braci. W trudzie i mozole, wielokrotnie w nocnych czuwaniach, w głodzie i pragnieniu, wielokrotnie w postach, w zimnie i nagości (2 Kor 11, 24-27).
Ostatecznie jest w stanie napisać:
Z Chrystusem zostałem współukrzyżowany; bo żyję już nie ja, lecz żyje we mnie Chrystus. A to, że teraz żyję w ciele, żyję w wierze Syna Bożego, który mnie umiłował i wydał samego siebie za mnie (Ga 2, 20).
Niewielu znosi takie trudności, choć podejrzewam, że wewnętrzne biczowanie, którego doświadcza wielu, jest jeszcze trudniejsze do zniesienia.
Dla św. Pawła istnieje obraz, ku któremu dąży: ukrzyżowany Chrystus, „który mnie umiłował i samego siebie wydał za mnie”. To właśnie ta świadomość, ta pełnia komunii, pozwala mu odrzucić ciężar wszystkiego, co go próbuje powstrzymać. W samym jej sercu słychać głos miłości duszy.
Niewiele jest epok w historii ludzkości, które zniosły większe ataki na fundamentalne ludzkie realia niż nasza. Nic dziwnego, że „tożsamość” stała się hasłem i polem bitwy. Obraz św. Grzegorza o „odrzuceniu” zasłon jest cierpliwą pracą i darem łaski. Ważne jest, aby pamiętać, że nie tworzymy prawdziwego „ja” – ono jest odkrywane i objawiane. Jeszcze ważniejszy jest fakt, że to prawdziwe serce istnieje na obraz i podobieństwo Boga.
A my wszyscy, z odsłoniętą twarzą, oglądając jakby w zwierciadle chwałę Pańską, przemieniamy się w ten obraz od chwały do chwały, niczym od Pańskiego Ducha (2 Kor 3, 18).
Nasza uwaga słusznie skierowana jest na pierwowzór, obraz i chwałę Boga objawione w obliczu Jezusa Chrystusa, a nie na nas samych. Kochaj Boga. Kochaj bliźniego. Wyjdź poza zasłony.
o. Stephen Freeman (tłum. Gabriel Szymczak)
za: Glory to God for All Things
fotografia: Toni_p96 /orthphoto.net/