publicystyka: Amatorskie chrześcijaństwo
kuchnia muzyka sklep ogłoszenia wydarzenia fotogalerie

Amatorskie chrześcijaństwo

o. Stephen Freeman (tłum. Gabriel Szymczak), 26 czerwca 2026

Przez lata istniał termin opisujący sporty nieprofesjonalne (sporty uprawiane bez wynagrodzenia). Był to termin „amator”, wywodzący się z łacińskiego słowa oznaczającego „miłość”. Amatorzy grali z „miłości do gry”. Grali dla własnej przyjemności. Nie zakłada się, że profesjonaliści nie kochają gry – raczej, że gra dla pieniędzy to zupełnie inna sprawa. Moim ulubionym amatorem wszech czasów był golfista Bobby Jones. Często pokonywał nawet profesjonalistów. Był założycielem i projektantem Augusta National Golf Club (gdzie rozgrywany jest turniej Masters). Przeszedł na emeryturę w wieku zaledwie 28 lat.

Żyjemy w świecie sportu zawodowego, często charakteryzującego się milionowymi pensjami i sporą dawką dramatyzmu. Główne sporty uniwersyteckie, niegdyś centrum amatorstwa, są teraz płatne. Krajobraz wciąż się zmienia.

To, że sport, kwintesencja ludzkiej rozrywki, został spieniężony, oznacza również, że utracił swoją prawdziwie amatorską rzeczywistość: nie kochamy już gry, a przynajmniej grozi nam zapomnienie o miłości, która sprawia, że warto w nią grać. W wielu miejscach na świecie sport zastępuje wojnę, jest wyrazem skrajnej zazdrości. Jest nośnikiem naszych namiętności – wyczerpujących w najgorszym tego słowa znaczeniu.

Prawosławie jest dla amatorów

Może wydawać się dziwne traktowanie naszej praktyki chrześcijańskiej jako aspektu rozrywki czy zabawy. Jest ona jednak fundamentalna dla naszego życia w Chrystusie.

„Ja [Mądrość] byłam z Nim, kształtując wszystko, i cieszyłam się każdego dnia, igrając przed Nim w każdym czasie” (Księga Przysłów 8,30, Wulgata).

Święty Antoni Wielki rozróżniał trzy rodzaje chrześcijan: niewolnika, najemnika i syna. Niewolnik pracuje ze strachu. Najemnik pracuje za wynagrodzenie. Syn pracuje z miłości. Pierwsi dwaj to, że tak powiem, „profesjonaliści”. Ich chrześcijaństwo jest utylitarne i ma inny cel niż ono samo. Syn jest jednak amatorem – pracuje dla miłości. Jest też jedynym z tej trójki, który zna Boga, bo tylko miłość zna cokolwiek.

Greckie słowo oznaczające czas wolny to schole, od którego pochodzi nasze słowo „szkoła”. W starożytności uważano, że czas wolny jest warunkiem nauki, przynajmniej nauki pewnego rodzaju.

„…najwyższa forma wiedzy przychodzi człowiekowi jak dar – nagłe olśnienie, błysk geniuszu, prawdziwa kontemplacja; przychodzi bez wysiłku i kłopotów” (Pieper, Josef. Czas wolny: Podstawy kultury, s. 34).

Z mojego doświadczenia wynika, że ​​sam czas wolny (w swoim prawdziwym znaczeniu i formie) często wymaga wysiłku. Nauka zatrzymania się, wyciszenia, oderwania się, słuchania, nie przychodzi nam wszystkim łatwo. Znam niejedno dziecko, u którego długotrwała choroba wymusiła okres „wolnego czasu”, w którym długo zaniedbywana refleksja zmieniła życie.

Nic dziwnego, że czas wolny nabrał znaczeń dalekich od swoich pierwotnych korzeni. Jak prawie wszystko w naszej kulturze, jest on teraz podzbiorem pracy. Czas wolny „ładuje nasze baterie”, umożliwiając nam „lepszą” pracę. Wymaga pracy, aby się usprawiedliwić.

Jesteśmy napędzani szaleństwem zdobywania. Zysk, bogactwo i rzekome zarządzanie biegiem historii są postrzegane jako klucze do ludzkiego szczęścia. Mądrość Ojców postrzega to jako głęboko urojone. Nasz świat zdobywania opartego na pracy jest nękany duchowym problemem acedii, często tłumaczonej jako „lenistwo” lub „obojętność”. Wyobrażamy sobie, że „lenistwo” to niechęć do pracy. W rzeczywistości jest to nasza niezdolność do zniesienia prawdziwego czasu wolnego.

„…przeciwieństwem acedii [obojętności] nie jest duch pracy w sensie codziennej pracy, zarabiania na życie; jest to radosne i radosne potwierdzenie przez człowieka własnego bytu, jego akceptacji świata i Boga – czyli miłości” (Pieper, s. 45).

Chrześcijański szabat

Jest to fundamentalne w Czwartym Przykazaniu: „Pamiętaj o dniu szabatu, aby go święcić”. Błędne jest myślenie, że Bóg pracował przez sześć dni, a siódmego dnia nie wykonywał żadnej pracy. Księga Rodzaju mówi, że ukończył (dokończył lub wypełnił) swoje dzieło siódmego dnia. Tekst ten ujawnia, że ​​wielkim dziełem siódmego dnia jest to, że Bóg odpoczął.

To „odpoczywanie” to sama dobroć Boga i dobroć Jego stworzenia. Wchodzimy w ten odpoczynek, gdy dostrzegamy tę samą dobroć, w tym dobroć, która jest naszym własnym stworzeniem. To fundamentalny akt uwielbienia. Nie dążymy do budowania ani naprawiania, zarządzania ani kształtowania poprzez naszą adorację. Adoracja nie jest definiowana przez projekt i pożądany cel. Adoracja to komunia w dobroci Boga, we wdzięczności za nasze własne istnienie i istnienie wszystkich rzeczy: „radosne i pogodne potwierdzenie” naszego własnego istnienia – i istnienia wszystkich rzeczy.

Temat „szabatu” przewija się na kartach Ewangelii. Jezus zdaje się wręcz preferować uzdrawianie ludzi w dzień szabatu. Jest stale konfrontowany przez faryzeuszy, którzy oskarżają Go o łamanie Prawa Mojżeszowego. Zdarza się to tak często, iż musimy zakładać celowość Jego działań, a nie ich przypadkowe realizowanie w określonych momentach kalendarza tygodniowego.

Rok cerkiewny jest pouczający. Wielki i Święty Szabat to nazwa nadana sobocie Wielkiego Tygodnia. Jest to dzień, w którym Chrystus leży w grobie (Bóg odpoczywa). Jest to również dzień, w którym „śmiercią podeptał śmierć”, dopełniając dzieła rozpoczętego na Krzyżu. Kościół mówi zatem o niedzieli (pierwszym dniu tygodnia), dniu Zmartwychwstania, jako o „ósmym dniu”, wiecznym sabacie. Życie w zjednoczeniu ze zmartwychwstałym Chrystusem oznacza życie w Bożym odpoczynku, wejście w pełnię Jego Szabatu.

„Pozostaje zatem [jeszcze] odpoczynek soboty (σαββατισμὸς) dla ludu Bożego. Ten bowiem, kto wszedł do odpoczynku Jego, i sam odpoczął od dzieł swoich, jak od swoich Bóg Niego” (Hbr 4, 9-10).

Dla chrześcijanina „przestrzeganie szabatu” nie oznacza jedynie dnia, w którym go przestrzega. Chodzi o sposób życia, sposób bycia, przemianę w szabat – odpoczynek Boga.

To przestrzeganie szabatu (święty odpoczynek) wskazuje na pewien sposób poznania – niezbędny dla wspólnoty. Oto ciekawy przykład:

Według Kanta, ludzka wiedza realizuje się w akcie porównywania, badania, relacjonowania, rozróżniania, abstrahowania, dedukcji, demonstrowania – a wszystko to są formy aktywnego wysiłku intelektualnego. Wiedza, duchowa, intelektualna wiedza człowieka (taka jest teza Kanta) jest działaniem, wyłącznie działaniem” (Pieper, s. 27).

Ten rodzaj poznania można łatwo podsumować słowem „mistrzostwo”. Ilu z nas, zmagając się ze zrozumieniem prawosławia lub nawróceniem, dążyło do takiego „mistrzostwa”? Ilu z nas nadal czyni to celem naszej wiedzy?

Istnieje inny rodzaj wiedzy, taki, który jest zgodny z odpoczynkiem w Chrystusie. Jak wspomniano powyżej:
„Najwyższa forma wiedzy przychodzi człowiekowi jak dar – nagłe olśnienie, błysk geniuszu, prawdziwa kontemplacja; przychodzi bez wysiłku i kłopotów”.

Ciekawe, że rozumowanie dyskursywne, rodzaj wiedzy opisany przez Kanta, było klasycznie uważane za formę myślenia, która jest szczególnie ludzka. Jednakże najwyższą formę wiedzy uważano za „ponadludzką”, należącą do aniołów i boskości. W Kościele Wschodnim tę formę wiedzy określa się jako noetyczną i nie jest ona oderwana od naszego człowieczeństwa. Jest to jednak sposób i środek, za pomocą którego poznajemy Boga. Jest to wiedza, która nie jest produktem pracy, lecz owocem miłości.

Percepcja noetyczna to forma wiedzy, w której nie ma panowania. Ona postrzega. Jest uważna, ale nie pragnie kontrolować tego, co widzi. Zdolność noetyczna jest podstawowym sposobem postrzegania piękna. Najlepiej wyraża się w zadziwieniu.

Nie ma wątpliwości, że ludzka egzystencja i dobrobyt wymagają zarówno rozumowania dyskursywnego, jak i percepcji noetycznej. Istnieje hierarchia, szczególnie zakorzeniona w przykazaniu dotyczącym szabatu. Rozumowanie dyskursywne, „praca” myślenia jest podporządkowana noetycznej percepcji, poznaniu zadziwienia.

W życiu Kościoła najwspanialszy akt zadziwienia znajduje się w Boskiej Liturgii. Jest ona właściwie ćwiczeniem w noetycznej percepcji. Sama liturgia opisuje swoje działania jako dokonujące się na „noetycznym ołtarzu ponad niebiosami”. Oczywiście, w natłoku naszych rozproszeń i w naszych wewnętrznych nawykach dygresyjnych krętactw (i gorszych rzeczy), łatwo nam umyka ten intelektualny zachwyt. „Praca” liturgii nie jest pracą – jest niepracowaniem, szabatowym przebywaniem w obecności Boga. To właśnie w tym szabatowym przebywaniu, w świętym odpoczynku, pamiętamy o dniu szabatu i „świętujemy go”.

Nasz święty odpoczynek jest przeciwieństwem apatii (acedii). Nie ma w nim nudy. Jest on wręcz radosnym potwierdzeniem naszego własnego bytu. To przychodzi w ramach błogosławieństwa Boga, który odpuszcza nam grzechy i wszystko uzdrawia. W Nim przyjmujemy nasz status amatora, miejsce tych, którzy działają z miłości.

Chwała Bogu za wszystko!

o. Stephen Freeman (tłum. Gabriel Szymczak)

za: Glory to God for All Things

fotografia: palavos /orthphoto.net/