Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Cel zwykłego życia
o. Stephen Freeman (tłum. Gabriel Szymczak), 17 czerwca 2026
Od najmłodszych lat o przyszłości słyszałem w samych superlatywach: najlepsza, najlepsza z możliwych itd. Panowało niewypowiedziane założenie, że każdy człowiek jest do czegoś wyjątkowo predysponowany i że jeśli znajdzie tę unikalną cechę i nad nią popracuje, może stać się w czymś najlepszy. Niektóre z moich wczesnych sukcesów wiązały się z grą na fortepianie. Przy odrobinie wysiłku udało mi się prześcignąć mojego starszego (o pięć lat) brata. Dotrzymywałem kroku innym uczniom mojego nauczyciela, choć zauważyłem, że nie zawsze jestem w tym najlepszy. A potem poszedłem do gimnazjum.
W mojej klasie był żydowski chłopak (pierwszy, jakiego kiedykolwiek spotkałem). W którymś momencie roku miał okazję zagrać dla nas na fortepianie. Mieliśmy trzynaście lat, a ten chuderlawy chłopak usiadł i z łatwością zagrał preludium Rachmaninowa. Nigdy (naprawdę) nie widziałem, żeby ktoś tak grał. Wiedziałem też, że ja nigdy tak nie zagram. Może on odkrył swoją unikalną cechę.
W miarę jak mój świat zmierzał ku dorosłości i poszerzał się zakres kontaktów, wielokrotnie przekonywałem się, że nie jestem najbystrzejszy. Chociaż miałem trochę talentu w jednej lub drugiej dziedzinie, byłem co najwyżej ponadprzeciętny. Iluzja „wyjątkowego dopasowania” okazała się być motywującą gadką, ale nie prawdą o naszym istnieniu.
Żyjemy w kulturze takich motywujących gadek, niezależnie od tego, czy są one skierowane do nas, czy nie. Oglądanie kolejnego wspaniałego nastolatka w „Mam talent” może być niesamowitą rozrywką, ale także przypomnieniem, że większość z nas taka nie jest. Nasza przeciętność miałaby kiepską oglądalność. Doskonałość to w dużej mierze mit, i to bolesny dla wielu. Odciąga również uwagę od tego, co naprawdę jest doskonałe w każdym i we wszystkim.
Współczesny kult doskonałości jest w dużej mierze definiowany przez naszą gospodarkę konsumpcyjną. Doskonałość się sprzedaje. Zawsze pojawia się przesłanie, że gdybyśmy znaleźli coś wyjątkowego, miałoby to wyjątkowe miejsce na rynku. Bylibyśmy produktywni, ludzie by za to płacili, tak jak my, i bylibyśmy szczęśliwi. To w dużej mierze nieprawda. Większość ludzi odkrywa, że niezależnie od ich talentu czy zdolności, to, co robią w kółko, jest pracą. Czasami lubimy swoją pracę, a czasami nie. Picasso może skończyć obraz i uznać go za śmieci, a nawet wyrzucić. Picasso na śmietnik!
Chociaż doskonałość jest wspaniała, a piękno budzi podziw, nie żyjemy właściwie w ramach strategii marketingowej. Na rynku jesteśmy sprowadzeni do roli widzów, kupujących bilety, naganiaczy dla oszustów. To nie jest mądry sposób na życie.
Wyobrażałem sobie normalny dzień z życia, sfilmowany w wysokiej rozdzielczości, starannie zmontowany i wyprodukowany z zapierającą dech w piersiach narracją Sir Davida Attenborough. Choć może to brzmieć zabawnie, rzeczy, które składają się na treść „Błękitnej planety” i innych podobnych dzieł, są tak przyziemne, jak normalny dzień z życia ośmiornicy. Jednak filmowi udaje się skupić uwagę z cierpliwym zdumieniem na tym, co normalnie pozostałoby niezauważone.
Nasze życie napędzane jest fałszywymi założeniami, w których stajemy się swoimi największymi rozczarowaniami, jednocześnie zdumiewając się doskonałością innych. W rzeczywistości naszemu życiu brakuje prawdziwego zdumienia. Nie zwracamy uwagi na rzeczy, które są najbardziej pod ręką. To, co jest unikalne dla każdego z nas, nie jest naszą umiejętnością, którą można sprzedać – to nasze istnienie! To, że nie dostrzegamy właściwie własnego istnienia, oznacza, że nie dostrzegamy właściwie istnienia innych. Stajemy się jak widownia filmowa, w której wszyscy prawdziwi ludzie siedzą w ciemności, nieświadomi siebie nawzajem, a cyfrowe obrazy tańczące na ekranie stanowią centrum naszego krótkoterminowego świata.
Ks. Thomas Hopko w swoich słynnych 55 maksymach wielokrotnie wspomina o potrzebie „bycia małym” lub o słowach o podobnym znaczeniu. Zmodyfikowałbym to nieco, mówiąc: „Naucz się być zadowolonym”. W naszym dążeniu do doskonałości lub ciągłego doskonalenia nigdy nie uczymy się umiejętności bycia zadowolonym z czegokolwiek. Znałem ludzi, którzy byli bardzo zdeterminowani, by osiągnąć szczyt kariery i nie mieli pojęcia, co robić, gdy już go osiągną. Uczyli się wszystkiego innego niż tego, jak żyć.
Święty Paweł używa terminu „samowystarczalność” jako normatywnego celu życia duchowego:
Wielkim zaś zyskiem jest pobożność połączona z samowystarczalnością. Niczego bowiem nie wnieśliśmy na ten świat, czyli też niczego wynieść nie możemy. A mając jedzenie i ubranie, bądźmy z tego zadowoleni. A ci, którzy chcą się wzbogacić, wpadają w pokusę i w sidła, i w liczne bezrozumne i szkodliwe żądze, które pogrążają ludzi w pełną zgubę i zagładę. Albowiem korzeniem wszelkiego zła jest umiłowanie pieniądza; niektórzy goniąc za tym, dali się odwieść od wiary i narazili się na różne boleści (1 Tm 6, 6-10).
Samowystarczalność (αὐταρκεία) oznacza „mieć w sobie wystarczająco dużo”. W innym miejscu św. Paweł tak mówi o swoim doświadczeniu:
Nauczyłem się bowiem być w tym, co mam, samowystarczalny. Umiem się i ograniczać i umiem żyć w dostatku. Przyzwyczaiłem się do wszystkiego we wszystkim: być nasyconym i głodować, i żyć w obfitości i w niedostatku (Flp 4,11-12).
Samowystarczalność pozwala nam pozostać uważnym na to, gdzie jesteśmy (i kim jesteśmy). Napęd naszej kultury zawsze nas rozprasza i kieruje naszą uwagę na to, gdzie nas nie ma i gdzie chcielibyśmy być. Budzi niepokój i sprawia, że nasze obecne życie staje się rozproszeniem. Teraźniejszość to cudowne miejsce. To także miejsce serca.
Samo serce jest tylko małym naczyniem, a jednak są tam smoki, a także lwy. Są tam jadowite bestie i wszystkie skarby zła. Ale jest tam również Bóg, aniołowie, życie i królestwo, światłość i apostołowie, miasta niebieskie i skarby łaski – wszystko jest tam (św. Makary).
Z tego powinniśmy być zadowoleni.
o. Stephen Freeman (tłum. Gabriel Szymczak)
za: Glory to God for All Things
fotografia: jarek11 /orthphoto.net/
W mojej klasie był żydowski chłopak (pierwszy, jakiego kiedykolwiek spotkałem). W którymś momencie roku miał okazję zagrać dla nas na fortepianie. Mieliśmy trzynaście lat, a ten chuderlawy chłopak usiadł i z łatwością zagrał preludium Rachmaninowa. Nigdy (naprawdę) nie widziałem, żeby ktoś tak grał. Wiedziałem też, że ja nigdy tak nie zagram. Może on odkrył swoją unikalną cechę.
W miarę jak mój świat zmierzał ku dorosłości i poszerzał się zakres kontaktów, wielokrotnie przekonywałem się, że nie jestem najbystrzejszy. Chociaż miałem trochę talentu w jednej lub drugiej dziedzinie, byłem co najwyżej ponadprzeciętny. Iluzja „wyjątkowego dopasowania” okazała się być motywującą gadką, ale nie prawdą o naszym istnieniu.
Żyjemy w kulturze takich motywujących gadek, niezależnie od tego, czy są one skierowane do nas, czy nie. Oglądanie kolejnego wspaniałego nastolatka w „Mam talent” może być niesamowitą rozrywką, ale także przypomnieniem, że większość z nas taka nie jest. Nasza przeciętność miałaby kiepską oglądalność. Doskonałość to w dużej mierze mit, i to bolesny dla wielu. Odciąga również uwagę od tego, co naprawdę jest doskonałe w każdym i we wszystkim.
Współczesny kult doskonałości jest w dużej mierze definiowany przez naszą gospodarkę konsumpcyjną. Doskonałość się sprzedaje. Zawsze pojawia się przesłanie, że gdybyśmy znaleźli coś wyjątkowego, miałoby to wyjątkowe miejsce na rynku. Bylibyśmy produktywni, ludzie by za to płacili, tak jak my, i bylibyśmy szczęśliwi. To w dużej mierze nieprawda. Większość ludzi odkrywa, że niezależnie od ich talentu czy zdolności, to, co robią w kółko, jest pracą. Czasami lubimy swoją pracę, a czasami nie. Picasso może skończyć obraz i uznać go za śmieci, a nawet wyrzucić. Picasso na śmietnik!
Chociaż doskonałość jest wspaniała, a piękno budzi podziw, nie żyjemy właściwie w ramach strategii marketingowej. Na rynku jesteśmy sprowadzeni do roli widzów, kupujących bilety, naganiaczy dla oszustów. To nie jest mądry sposób na życie.
Wyobrażałem sobie normalny dzień z życia, sfilmowany w wysokiej rozdzielczości, starannie zmontowany i wyprodukowany z zapierającą dech w piersiach narracją Sir Davida Attenborough. Choć może to brzmieć zabawnie, rzeczy, które składają się na treść „Błękitnej planety” i innych podobnych dzieł, są tak przyziemne, jak normalny dzień z życia ośmiornicy. Jednak filmowi udaje się skupić uwagę z cierpliwym zdumieniem na tym, co normalnie pozostałoby niezauważone.
Nasze życie napędzane jest fałszywymi założeniami, w których stajemy się swoimi największymi rozczarowaniami, jednocześnie zdumiewając się doskonałością innych. W rzeczywistości naszemu życiu brakuje prawdziwego zdumienia. Nie zwracamy uwagi na rzeczy, które są najbardziej pod ręką. To, co jest unikalne dla każdego z nas, nie jest naszą umiejętnością, którą można sprzedać – to nasze istnienie! To, że nie dostrzegamy właściwie własnego istnienia, oznacza, że nie dostrzegamy właściwie istnienia innych. Stajemy się jak widownia filmowa, w której wszyscy prawdziwi ludzie siedzą w ciemności, nieświadomi siebie nawzajem, a cyfrowe obrazy tańczące na ekranie stanowią centrum naszego krótkoterminowego świata.
Ks. Thomas Hopko w swoich słynnych 55 maksymach wielokrotnie wspomina o potrzebie „bycia małym” lub o słowach o podobnym znaczeniu. Zmodyfikowałbym to nieco, mówiąc: „Naucz się być zadowolonym”. W naszym dążeniu do doskonałości lub ciągłego doskonalenia nigdy nie uczymy się umiejętności bycia zadowolonym z czegokolwiek. Znałem ludzi, którzy byli bardzo zdeterminowani, by osiągnąć szczyt kariery i nie mieli pojęcia, co robić, gdy już go osiągną. Uczyli się wszystkiego innego niż tego, jak żyć.
Święty Paweł używa terminu „samowystarczalność” jako normatywnego celu życia duchowego:
Wielkim zaś zyskiem jest pobożność połączona z samowystarczalnością. Niczego bowiem nie wnieśliśmy na ten świat, czyli też niczego wynieść nie możemy. A mając jedzenie i ubranie, bądźmy z tego zadowoleni. A ci, którzy chcą się wzbogacić, wpadają w pokusę i w sidła, i w liczne bezrozumne i szkodliwe żądze, które pogrążają ludzi w pełną zgubę i zagładę. Albowiem korzeniem wszelkiego zła jest umiłowanie pieniądza; niektórzy goniąc za tym, dali się odwieść od wiary i narazili się na różne boleści (1 Tm 6, 6-10).
Samowystarczalność (αὐταρκεία) oznacza „mieć w sobie wystarczająco dużo”. W innym miejscu św. Paweł tak mówi o swoim doświadczeniu:
Nauczyłem się bowiem być w tym, co mam, samowystarczalny. Umiem się i ograniczać i umiem żyć w dostatku. Przyzwyczaiłem się do wszystkiego we wszystkim: być nasyconym i głodować, i żyć w obfitości i w niedostatku (Flp 4,11-12).
Samowystarczalność pozwala nam pozostać uważnym na to, gdzie jesteśmy (i kim jesteśmy). Napęd naszej kultury zawsze nas rozprasza i kieruje naszą uwagę na to, gdzie nas nie ma i gdzie chcielibyśmy być. Budzi niepokój i sprawia, że nasze obecne życie staje się rozproszeniem. Teraźniejszość to cudowne miejsce. To także miejsce serca.
Samo serce jest tylko małym naczyniem, a jednak są tam smoki, a także lwy. Są tam jadowite bestie i wszystkie skarby zła. Ale jest tam również Bóg, aniołowie, życie i królestwo, światłość i apostołowie, miasta niebieskie i skarby łaski – wszystko jest tam (św. Makary).
Z tego powinniśmy być zadowoleni.
o. Stephen Freeman (tłum. Gabriel Szymczak)
za: Glory to God for All Things
fotografia: jarek11 /orthphoto.net/