publicystyka: Cham, albo wykrywacz naszego chrześcijaństwa
kuchnia muzyka sklep ogłoszenia wydarzenia fotogalerie

Cham, albo wykrywacz naszego chrześcijaństwa

Aleksy Tereszczenko (tłum. Justyna Pikutin), 13 czerwca 2026

Wyobraźcie sobie: zwykły poranek, zajmujemy się swoimi sprawami, w sercu panuje spokój. I nagle – słowny cios poniżej pasa. Ktoś – być może zupełnie nieznajomy człowiek lub osoba, której nigdy nie skrzywdziliśmy – zaczyna publicznie wykrzykiwać pod naszym adresem głupie przezwiska, wyśmiewać nasz chód lub po prostu wylewać gniew.

Pierwsza reakcja – szok. Druga – oburzenie: „Za co? Przecież nie zrobiłem mu nic złego!” Trzecia – chęć odpowiedzi, która sprawi, że z oczu będą leciały iskry...

Stop! Weźmy głęboki oddech i zajrzyjmy za kulisy tej absurdalnej sceny. W świecie duchowym nie ma przypadków. Jeśli Bóg pozwolił, by ten „aktor” wyszedł na scenę naszego życia, to znaczy, że ta sztuka ma głęboki sens.

Łatwo jest uważać się za pokornego, gdy stoimy w świątyni, wokół pachnie kadzidłem, a bracia i siostry uśmiechają się do nas. Ale jaka jest wartość tej pokory, jeśli rozpada się ona pod wpływem jednego okrzyku na ulicy...

Ten nieoczekiwany prowokator jest naszym osobistym „trenerem duchowym”. Sprawdza, na czym tak naprawdę opiera się nasza godność. Jeśli wpadamy w gniew w reakcji na głupie przezwisko, zwykłą niegrzeczność lub inne drwiny, oznacza to, że nasza pycha wciąż trzyma nas za gardło żelaznym uściskiem. Obrażający po prostu przykłada lustro do naszej duszy i mówi:
– Spójrz, tutaj wciąż krwawi twoja próżność. Tutaj jesteś niewolnikiem cudzej opinii, a tutaj jesteś zależny od tego, co krzyczy przechodzień, a nie od tego, co widzi w tobie Chrystus.

Oczywiście, są niegrzeczni wobec wszystkich: zarówno wobec ateistów, jak i wierzących. W tej kwestii wszyscy jesteśmy w tej samej łodzi. Jednak dla osoby wierzącej każda „złośliwość” to nie tylko przypadek, ale konkretny, głęboki sens. Wszyscy to wiemy, choć czasami jakby „zapominamy”. Nie zawsze potrafimy od razu opamiętać się i nie zgrzeszyć.

Jednak zdarzają się też inne sytuacje. Czasami zdarza się prawdziwy cud! Widzimy, jak wokół wszystko iskrzy, ludzie się denerwują, w powietrzu unosi się chamstwo i uderza każdego bez wyjątku. A my przechodzimy przez tę burzę zupełnie nietknięci, jakby osłonięci niewidzialną tarczą. Czasami jest zupełnie inaczej. W grupie lub w kolejce cham wydaje się mieć wbudowany wykrywacz chrześcijan.

Wystarczy, że ktoś postanowił żyć inaczej, przestał przeklinać, stał się czystszy – i proszę bardzo! Otoczenie jakby specjalnie włazi mu za skórę: „No i jak tam z twoją wiarą? Zobaczymy, jak teraz zareagujesz!”. To chwila prawdy. Albo odpowiadasz „jak wszyscy”, albo w środku zwycięża coś innego, coś ważniejszego i cichszego.

Na człowieka przyzwyczajonego do życia w duchowym półmroku cicha wiara chrześcijanina lub po prostu brak złości w oczach działają jak jasna lampa skierowana prosto w twarz. To irytuje. Wywołuje to chęć „obniżenia” wartości, obrzucenia błotem, aby na tle chrześcijanina nie czuć się tak ułomnym. Jego drwiny są symptomem jego osobistej katastrofy.

A teraz – najważniejsze. Często patrzymy na sytuację z perspektywy ofiary: „On mnie zranił”. Spróbujmy jednak spojrzeć na to z duchowej strony.

Być może w życiu tego, kto nas zranił, panuje całkowity chaos. W domu nikt się nie modli, jego dusza to jedna wielka pustynia, a nerwy są na skraju wyczerpania. On tonie jak ofiara katastrofy statku, która straciła przytomność. Ale Bóg pragnie zbawienia każdego człowieka. Jak więc uratować takiego nieszczęśnika, który nawet progu świątyni nie przekroczy?

Być może w tym momencie i w ten sposób Bóg niewidzialną nicią splata nasze życia. Ten, kto nas znieważył, staje się naszym „duchowym Łazarzem”, który przyszedł prosić o jałmużnę. Tak, prosi o nią nieporadnie, poprzez obelgi i drwiny, po prostu dlatego, że nie umie inaczej. Jego język zna tylko przekleństwa, ale dusza woła: „Módl się za mnie, bo ja sam nie potrafię!”.

To nasza "modlitewna dziesięcina". Oddajemy część naszego spokoju, aby złożyć ją za zranioną duszę bliźniego. Nasza modlitwa: „Boże, uspokój jego serce, oświeć jego umysł”, być może zadziała jak zastrzyk spokoju. Być może wieczorem, po powrocie do domu, ten agresor po raz pierwszy od dawna poczuje dziwną ciszę lub nagłe ukłucie wstydu. Ta chwila ciszy – to właśnie ta szczelina, w którą może wślizgnąć się Bóg. Być może potrzeba setek takich zastrzyków..., ale nie pozostanie to bez rezultatu.

Zneutralizujmy agresję poprzez współczucie. Czy mielibyśmy się obrażać na pacjenta w szpitalu psychiatrycznym, gdyby nazwał nas, powiedzmy, „ogrem”? Raczej nie. Żal by nam go było. Spójrzmy więc na sprawcę jak na osobę niepełnosprawną duchowo, której złośliwość zastępuje kule.

W czasie pokusy zacznijmy w duchu odmawiać modlitwę Jezusową lub inną ulubioną modlitwę. Nie tylko dla dobra napastnika, ale także dla nas samych, aby trucizna nie przeniknęła do naszego serca.

Dopóki boimy się przezwisk – jesteśmy niewolnikami ludzi. Kiedy przestaje nam zależeć na tym, co krzyczą o nas w tłumie lub co mówią za naszymi plecami, byle tylko Bóg uznał nas za swoich – stajemy się wolni!

Podczas św. Liturgii, gdy zabrzmią kolejne wezwania, przypomnijmy sobie naszego krzywdziciela, „czyniącego zło”. Nie jako wroga, ale jako naszego „duchowego Łazarza”, o którego mamy się troszczyć. Zanieśmy jego imię przed Ołtarz Boży. Ofiarujmy Bogu nie tylko świece, ale i nasze zranione poczucie honoru.

A jeśli właśnie teraz, w tym konkretnym okresie waszego życia, jest ktoś, kto metodycznie was dręczy, zatruwa codzienność drobnymi złośliwościami lub publicznie wyśmiewa, pamiętajcie: nie jesteście ofiarami. Jesteście orędownikami. A to wielki zaszczyt!

Aleksy Tereszczenko (tłum. Justyna Pikutin)

za: pravoslavie.ru

fotografia: jarek11 /orthphoto.net/