Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Najwyższe prawo świata
01 czerwca 2026
Każda próba wyjaśnienia i zrozumienia istoty chrześcijaństwa od samego początku napotyka pewną trudność. Trudność ta jest typowa dla naszych czasów i zawiera się w żądaniu dowodów. Współczesnemu człowiekowi wmówiono (a on przyjął to na wiarę), że podstawowe pytanie religii – czy Bóg istnieje, czy nie – rozstrzyga się tak samo jak każde pytanie dotyczące świata zewnętrznego, materialnego, tj. za pomocą dowodów. Za dowód uznaje się przy tym wyłącznie dowód naukowy, a więc oparty na tym, co dostępne sprawdzeniu, doświadczeniu obiektywnemu, niezależnemu od naszych subiektywnych przeżyć.
„Skoro Bóg jest niewidzialny, niedotykalny, niemierzalny i w związku z tym nie można stwierdzić Jego obecności, to znaczy, że Go nie ma”. Oto, w najbardziej prymitywnej formie, istota podstawowego antyreligijnego argumentu. I choć w odpowiedzi na ten argument można by powiedzieć wiele – na przykład, że równie niedowodliwe jest istnienie rozumu w człowieku – ograniczymy się w tej rozmowie tylko do jednego pytania, kierując je nie do ateistów, lecz do wierzących.
Oto to pytanie: na jakiej podstawie twierdzimy, że Bóg istnieje, i ze smutkiem dziwimy się odrzuceniu Go przez niewierzących, skoro nawet w samej Ewangelii powiedziano, że Boga nikt nigdy nie widział (J 1,18)?
Tak, mówimy, że dowody przytaczane przez niewierzących nie mają zastosowania do Boga i zachowują swoją moc jedynie w odniesieniu do świata widzialnego, dotykalnego, empirycznego; mówimy, że Boga można poznać jedynie przez wiarę. Ale skąd, w jaki sposób rodzi się w nas ta wiara? Wierzący może oczywiście odpowiedzieć: „Nie potrzebuję dowodów, wystarcza mi wiara”. To prawda, lecz prawda tylko dla człowieka wierzącego. A jeśli ktoś pyta go szczerze: „Jak uwierzyłeś? Co doprowadziło cię do wiary?”, czyż powinien odrzucić to pytanie i zamknąć się w swoim pysznym egoizmie?
Pytanie jest to zatem uzasadnione. Odrzucamy „dowody”, których domagają się od nas bezbożnicy, śmiejemy się z kosmonauty, który mówi, że był w niebie i nie znalazł tam Boga. Nie możemy jednak zbyć pytania, gdy ktoś pyta nas, jakie są w takim razie nasze własne dowody. Właśnie tutaj dochodzimy do centralnego dla chrześcijaństwa pojęcia, od którego jedynie można rozpocząć jego wyjaśnianie – do pojęcia objawienia.
Wiara jest odpowiedzią człowieka na Boga i zakłada, że inicjacja tej relacji z Bogiem, którą nazywamy wiarą, należy nie do człowieka, lecz do samego Boga. Bóg objawia się człowiekowi, człowiek przyjmuje to objawienie i odpowiadając na nie, odpowiada Bogu. Dlatego też wierzący nie mają dowodów przekonujących dla niewierzących – dowodów, można powiedzieć, obiektywnych. Jednak dla wierzącego zasadność jego wiary jest czymś oczywistym, podobnie jak oczywiste jest istnienie Boga, ku któremu ta wiara jest skierowana.
Mówiąc jednak o objawieniu, musimy rozumieć, że dla niewierzącego odpowiedź ta wyda się nieprzekonująca.
„Doskonale – powie on – twierdzisz, że Bóg ci się objawił, dlatego wierzysz. Mnie jednak Bóg się nie objawił, a więc moje niewierzenie jest usprawiedliwione i nie mamy już o czym rozmawiać”.
Dlatego samo odwołanie się do objawienia nie wystarcza. Trzeba zapytać: czy w ogóle można komuś, także niewierzącemu, wyjaśnić, jak Bóg się objawia, na czym polega Jego objawienie?
Cała Biblia pełna jest wyrażeń: „I rzekł Bóg do Abrahama”, „I rzekł Bóg do Mojżesza” i podobnych. Ale co one oznaczają? Jak Bóg mówił? W jaki sposób objawiał ludziom swoją wolę? Wielu wydaje się to baśnią właśnie dlatego, że to, co najważniejsze w wierze – ten oczywisty dla niej fakt Bożego objawienia, Bożej inicjatywy, wyrażony dziecięco prostym zdaniem „I rzekł Bóg” – od dawna nie jest już nikomu wyjaśniane.
Jeśli jednak, jak zawsze twierdziło chrześcijaństwo, wiara zaczyna się od objawienia Boga, od wezwania, które człowiek słyszy i na które odpowiada; jeśli zanim zwrócimy się do Boga i znajdziemy Go, On zwraca się do nas, znajduje nas i objawia się nam, to przecież musimy powiedzieć choć coś o tym objawieniu. W przeciwnym razie rację ma ateista, który mówi: „Mnie żaden Bóg się nie objawił, a więc moje niewierzenie jest uzasadnione”.
Czy jednak my, wierzący, możemy dopuścić myśl, że miliony ludzi zostały zapomniane przez Boga, który z jakiegoś powodu objawia się tylko nielicznym, a innym się nie objawia? Czy możemy, innymi słowy, dopuścić jakąś niesprawiedliwość w Nim?
Jeśli Bóg jest Bogiem miłości, to kocha wszystkich i wszystkich do siebie wzywa, od wszystkich oczekując wzajemnej miłości i wzajemnej wiary. A zatem objawienie, o którym mówimy, że jest głównym warunkiem wiary i że wiara możliwa jest jedynie jako odpowiedź na nie, należy uznać nie za tajemniczy cud, nie za naruszenie praw natury, lecz za najwyższe prawo świata.
Prawo to jest jednak ukryte przed tymi, których wzrok skierowany jest gdzie indziej, przed tymi, którzy – jak mówi Ewangelia – „patrzą oczami, a nie widzą, słuchają uszami, a nie rozumieją” (Mk 4,12), i dlatego nie zwracają się do Boga.
o. Aleksander Schmemann (tłum. Jakub Oniszczuk)
za: Беседы на Радио "Свобода" : [в 2 т.] / протопресвитер Александр Шмеман ; [сост.: Юрий Терентьев]. - Москва : Православный Свято-Тихоновский гуманитарный ун-т, 2009-. / Т. 2. - 2009. - 541 с.
fotografia: Aleksander Wasyluk /orthphoto.net/
„Skoro Bóg jest niewidzialny, niedotykalny, niemierzalny i w związku z tym nie można stwierdzić Jego obecności, to znaczy, że Go nie ma”. Oto, w najbardziej prymitywnej formie, istota podstawowego antyreligijnego argumentu. I choć w odpowiedzi na ten argument można by powiedzieć wiele – na przykład, że równie niedowodliwe jest istnienie rozumu w człowieku – ograniczymy się w tej rozmowie tylko do jednego pytania, kierując je nie do ateistów, lecz do wierzących.
Oto to pytanie: na jakiej podstawie twierdzimy, że Bóg istnieje, i ze smutkiem dziwimy się odrzuceniu Go przez niewierzących, skoro nawet w samej Ewangelii powiedziano, że Boga nikt nigdy nie widział (J 1,18)?
Tak, mówimy, że dowody przytaczane przez niewierzących nie mają zastosowania do Boga i zachowują swoją moc jedynie w odniesieniu do świata widzialnego, dotykalnego, empirycznego; mówimy, że Boga można poznać jedynie przez wiarę. Ale skąd, w jaki sposób rodzi się w nas ta wiara? Wierzący może oczywiście odpowiedzieć: „Nie potrzebuję dowodów, wystarcza mi wiara”. To prawda, lecz prawda tylko dla człowieka wierzącego. A jeśli ktoś pyta go szczerze: „Jak uwierzyłeś? Co doprowadziło cię do wiary?”, czyż powinien odrzucić to pytanie i zamknąć się w swoim pysznym egoizmie?
Pytanie jest to zatem uzasadnione. Odrzucamy „dowody”, których domagają się od nas bezbożnicy, śmiejemy się z kosmonauty, który mówi, że był w niebie i nie znalazł tam Boga. Nie możemy jednak zbyć pytania, gdy ktoś pyta nas, jakie są w takim razie nasze własne dowody. Właśnie tutaj dochodzimy do centralnego dla chrześcijaństwa pojęcia, od którego jedynie można rozpocząć jego wyjaśnianie – do pojęcia objawienia.
Wiara jest odpowiedzią człowieka na Boga i zakłada, że inicjacja tej relacji z Bogiem, którą nazywamy wiarą, należy nie do człowieka, lecz do samego Boga. Bóg objawia się człowiekowi, człowiek przyjmuje to objawienie i odpowiadając na nie, odpowiada Bogu. Dlatego też wierzący nie mają dowodów przekonujących dla niewierzących – dowodów, można powiedzieć, obiektywnych. Jednak dla wierzącego zasadność jego wiary jest czymś oczywistym, podobnie jak oczywiste jest istnienie Boga, ku któremu ta wiara jest skierowana.
Mówiąc jednak o objawieniu, musimy rozumieć, że dla niewierzącego odpowiedź ta wyda się nieprzekonująca.
„Doskonale – powie on – twierdzisz, że Bóg ci się objawił, dlatego wierzysz. Mnie jednak Bóg się nie objawił, a więc moje niewierzenie jest usprawiedliwione i nie mamy już o czym rozmawiać”.
Dlatego samo odwołanie się do objawienia nie wystarcza. Trzeba zapytać: czy w ogóle można komuś, także niewierzącemu, wyjaśnić, jak Bóg się objawia, na czym polega Jego objawienie?
Cała Biblia pełna jest wyrażeń: „I rzekł Bóg do Abrahama”, „I rzekł Bóg do Mojżesza” i podobnych. Ale co one oznaczają? Jak Bóg mówił? W jaki sposób objawiał ludziom swoją wolę? Wielu wydaje się to baśnią właśnie dlatego, że to, co najważniejsze w wierze – ten oczywisty dla niej fakt Bożego objawienia, Bożej inicjatywy, wyrażony dziecięco prostym zdaniem „I rzekł Bóg” – od dawna nie jest już nikomu wyjaśniane.
Jeśli jednak, jak zawsze twierdziło chrześcijaństwo, wiara zaczyna się od objawienia Boga, od wezwania, które człowiek słyszy i na które odpowiada; jeśli zanim zwrócimy się do Boga i znajdziemy Go, On zwraca się do nas, znajduje nas i objawia się nam, to przecież musimy powiedzieć choć coś o tym objawieniu. W przeciwnym razie rację ma ateista, który mówi: „Mnie żaden Bóg się nie objawił, a więc moje niewierzenie jest uzasadnione”.
Czy jednak my, wierzący, możemy dopuścić myśl, że miliony ludzi zostały zapomniane przez Boga, który z jakiegoś powodu objawia się tylko nielicznym, a innym się nie objawia? Czy możemy, innymi słowy, dopuścić jakąś niesprawiedliwość w Nim?
Jeśli Bóg jest Bogiem miłości, to kocha wszystkich i wszystkich do siebie wzywa, od wszystkich oczekując wzajemnej miłości i wzajemnej wiary. A zatem objawienie, o którym mówimy, że jest głównym warunkiem wiary i że wiara możliwa jest jedynie jako odpowiedź na nie, należy uznać nie za tajemniczy cud, nie za naruszenie praw natury, lecz za najwyższe prawo świata.
Prawo to jest jednak ukryte przed tymi, których wzrok skierowany jest gdzie indziej, przed tymi, którzy – jak mówi Ewangelia – „patrzą oczami, a nie widzą, słuchają uszami, a nie rozumieją” (Mk 4,12), i dlatego nie zwracają się do Boga.
o. Aleksander Schmemann (tłum. Jakub Oniszczuk)
za: Беседы на Радио "Свобода" : [в 2 т.] / протопресвитер Александр Шмеман ; [сост.: Юрий Терентьев]. - Москва : Православный Свято-Тихоновский гуманитарный ун-т, 2009-. / Т. 2. - 2009. - 541 с.
fotografia: Aleksander Wasyluk /orthphoto.net/