publicystyka: Dlaczego Bóg jest Miłującym człowieka?
kuchnia muzyka sklep ogłoszenia wydarzenia fotogalerie

Dlaczego Bóg jest Miłującym człowieka?

Marina Birukova (tłum. Justyna Pikutin), 30 maja 2026

W modlitwach i hymnach Cerkwi Bóg wielokrotnie nazywany jest Miłującym człowieka i nikomu, jak mogłoby się wydawać, nie powinno nasuwać się pytanie: dlaczego tak Go nazywamy? My, chrześcijanie, wiemy, że Bóg jest miłością, że „ze względu na nas, ludzi” stał się człowiekiem i złożył swą ofiarę krzyżową, że przebacza nam grzechy, że wskrzesi nas w dniu ostatecznym… W końcu bez wątpienia odczuwamy Jego pomoc, wierzymy w Jego łaskawą Opatrzność. Jak więc nie nazwać Go Miłującym Ludzi? Co tu może być niejasnego?

Dla mnie też wszystko było jasne – do niedawna. A potem nagle zrozumiałam, że moje postrzeganie Jego miłości do ludzi jest w rzeczywistości... bardzo powierzchowne; że do tej pory nie odróżniałam przejawów miłości od jej istoty. Mówiąc prościej, myliłam pojęcie „miłości” z pojęciami „łaska” i „miłosierdzie”. Czym jest łaska? W istocie – to życzliwe nastawienie. Wrażliwość na nasze potrzeby, wyrozumiałość wobec naszego grzesznego stanu, pomoc, wsparcie, podpowiedź – to wszystko jest nam naprawdę potrzebne i oczywiście otrzymujemy to od Niego; inaczej byłoby nam bardzo ciężko. Jednak to tylko przejaw Jego miłości do nas. A nasze relacje z Nim nie powinny sprowadzać się do oczekiwania i otrzymywania tych dobrodziejstw, choćby były one niezbędne. Miłość Boża do nas i nasza odpowiedź na tę miłość – to pojęcia wcale nie tak proste. Kiedy to do mnie dotarło, zaczęłam inaczej postrzegać siebie, swoją wiarę i przynależność do Kościoła.

Czym więc jest dla Boga człowiek? Dlaczego tak wiele dla Niego znaczy? Ludzie zastanawiali się nad tym od niepamiętnych czasów.

„Gdy przypatruję się Twoim niebiosom, dziełu Twoich palców, księżycowi i gwiazdom, które utwierdziłeś, wtedy mówię: Czymże jest człowiek, że o nim pamiętasz, albo syn człowieczy, że troszczysz się o niego? Uczyniłeś go bowiem niewiele mniejszym od aniołów, chwałą i czcią go ukoronowałeś. Dałeś mu panowanie nad dziełami Twoich rąk, wszystko poddałeś pod jego stopy” (Ps 8, 3–6).

Te wersety psalmopiewcy odsyłają nas do samego początku, do Księgi Rodzaju.

Bóg tworzy niebo i ziemię, oddziela światło od ciemności, gromadzi wody w morzach, aby pojawił się ląd, nakazuje wyrosnąć wszelkiej zieleni, tworzy wielkie i małe ciała niebieskie… w końcu stwarza rozmaite zwierzęta. I widzi, że wszystko to jest dobre. I dopiero po tym wszystkim tworzy człowieka – „na Nasz obraz według Naszego podobieństwa, niech panuje nad rybami morskimi i ptactwem niebieskim, nad bydłem i całą ziemią oraz nad wszystkimi zwierzętami, które pełzają po ziemi” (Rdz 1, 26). Najwyraźniej człowiek to nie tylko ostatnie w porządku chronologicznym, ale wyjątkowe stworzenie Boga, nieporównywalne z innymi, jedyne, które zostało stworzone „na obraz i podobieństwo” samego Boga.

Zwierzęta są piękne na swój sposób, ale nie są podobne do Boga. I przecież nie bez powodu materialistyczna nauka atakowała właśnie tę prawdę – wyjątkowość człowieka we wszechświecie; nie bez powodu tak uparcie próbowała ona wpasować „homo sapiens” w ogólny obraz rozwoju świata organicznego, wyprowadzić go od wspólnego z małpami przodka i umieścić na szczycie drzewa ewolucji. Co ciekawe, zaprzeczając królewskiej godności człowieka, nadanej mu przez Stwórcę, materialistyczna cywilizacja, nie zastanawiając się nad tym ani przez chwilę, przyznała „krewniakowi małpy” nieograniczoną władzę nad naturą, w istocie władzę uzurpatora, co doprowadziło do tragicznych konsekwencji.

I tak, Bóg stworzył jedyną w świecie materialnym istotę podobną do Niego, a co więcej, pokrewną Mu: rozumną, duchową, obdarzoną wolną wolą. Bóg stworzył Swego innego. Swego przyjaciela! Tego, kto nawiąże z Nim dialog, kto odpowie na skierowane do niego wezwanie, kto będzie mógł kontynuować Jego dzieło w stworzonym świecie.

Ktoś może się z tym nie zgodzić, ale z moich obserwacji wynika, że u wielu z nas od czasów radzieckich zakorzeniło się półświadome postrzeganie wiary prawosławnej jako naszej osobistej, czysto prywatnej sprawy, która nikogo innego nie dotyczy. Innymi słowy, mamy skłonność do uważania za cel naszego życia duchowego wyłącznie nasze osobiste zbawienie – i to wszystko. Sekularny świat podtrzymuje w nas to przekonanie, bo dla niego religia to właśnie sprawa prywatna i tylko w takiej postaci jest akceptowalna. Poddajemy się presji świata, przyjmujemy jego tezę: „Religia to sprawa prywatna”. Stąd nasze poczucie wyobcowania, stąd ospałość i bladość naszego życia duchowego. Stąd też bierze się fałszywy strach – że okażemy się „niepoprawni”, „nietolerancyjni”, okazując swoją wiarę, mówiąc o niej, broniąc jej w sytuacji konfliktu.

A przecież w rzeczywistości nasza wiara, nasza przynależność do Cerkwi – to nasza misja na świecie, kontynuacja Jego dzieła w nim, to, w czym Sam Bóg pokłada nadzieję w nas, słabych i grzesznych. Pomimo całej naszej niedoskonałości, nadal jesteśmy solą ziemi i światłem świata (por. Mt 5,13–14). Nie przekształcimy tego świata w raj, nie postawiono przed nami takiego zadania; ale jesteśmy powołani, aby nie dopuścić, by zamienił się on w piekło, pogrążył w ciemności, ostatecznie utracił punkty odniesienia, które mogłyby zapewnić zbawienie. To, co Chrystus mówił apostołom w ostatnich godzinach przed swą męką, w równym stopniu odnosi się również do nas, wierzących "dzięki ich słowom” (J 17, 20) – a mówił On następujące słowa: „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i ustanowiłem was, abyście poszli i owoc przynosili, i aby owoc wasz trwał, aby to, o co poprosicie Ojca w imię Moje, dał wam” (J 15,16). A jeśli słyszymy te słowa Zbawiciela właśnie jako skierowane do nas, a nie tylko do ówczesnych uczniów, zaczynamy rozumieć, czym dla Boga jest człowiek.

Człowiek upadł, to prawda; jego natura została splamiona grzechem. Przeciwstawiając swoją wolę woli Bożej, człowiek utracił raj i musi teraz przetrwać na ziemi…

Zauważcie jednak, że Bóg ani na chwilę nie opuścił Swego upadłego stworzenia. Gdyby tak nie było, złamany człowiek załamałby się ostatecznie, stałby się nieodwracalną zdobyczą szatana, przemieniłby się w demona. Jednak to nie do demona, lecz do człowieka przemawia On w Harranie, przy dębie Mamre i na drodze do Sodomy, na górze Synaj oraz we wschodniej krainie Uz. Nie do zgubionych, lecz do żywych dusz zwraca się On ustami proroków; nie umarli, lecz żywi odpowiadają Mu nieśmiertelnymi wersami psalmów. Człowiek Starego Testamentu poznawał Boga we wszystkim: w swej radości, w smutku, w dobrodziejstwie i w karze. Świadczy to o tym, że Bóg nadal przebywał i działał wewnątrz człowieka, w sferze jego intuicji, w sercu. A „gdy nadeszła pełnia czasu” (Gal. 4, 4), sam Bóg stał się Człowiekiem…

Jakie zatem znaczenie ma człowiek dla Boga, skoro Bóg stał się człowiekiem – wszedł do ludzkiej wspólnoty, i nawiązał relacje z wieloma, bardzo wieloma ludźmi… i dobrowolnie złożył niezwykle ciężką, niewyobrażalną Ofiarę – ze względu na wszystkich ludzi, to znaczy ze względu na każdego człowieka.

To znaczenie jest bezgraniczne, tak jak bezgraniczny jest Sam Bóg. Człowiek jest przyjacielem Boga, nadzieją Boga, Jego rozmówcą i współpracownikiem, aktywnym uczestnikiem Świętej historii: każde jej wydarzenie wymaga udziału konkretnych ludzi, swobodnej i świadomej odpowiedzi człowieka na Boże wezwanie:
«Potem usłyszałem głos Pana mówiącego: Kogo poślę i kto nam pójdzie? Wtedy odpowiedziałem: Oto jestem, poślij mnie.» (Iz 6,8);
«Oto ja, służebnica Pana, niech mi się stanie według słowa twego.» (Łk 1,38).
«Panie, do kogóż pójdziemy? Słowa życia wiecznego masz. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Chrystusem, Synem Boga Żywego.» (J 6, 68–69).

Tak mówią ludzie, a oto co Syn mówi do Ojca, modląc się za swoich uczniów i za tych, którzy uwierzyli dzięki ich słowom i pójdą za nimi:
«Aby wszyscy byli jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni w Nas jedno byli, żeby świat uwierzył, iż Ty Mnie wysłałeś. Chwałę zaś, którą Mi dałeś, im dałem, aby byli jedno, jak My jedno jesteśmy, Ja w nich, a Ty we Mnie, aby byli doskonali w jedności, żeby świat poznał, iż Ty Mnie wysłałeś i umiłowałeś ich tak, jak Mnie umiłowałeś.» (J 17, 21–23).

Słyszycie? Miłość Boga do człowieka jest taka sama, jak miłość Ojca do Syna. Czyż człowiek nie jest powołany, by odpowiedzieć na tę miłość – tak jak Syn na miłość Ojca? To ideał, ale do ideału trzeba przynajmniej próbować dążyć.

Chrześcijanie powinni wiedzieć, kim są na tym świecie. Wymagała tego każda epoka, ale obecna, kiedy ludzkość wdycha już gorzkie powietrze Apokalipsy, wymaga tego szczególnie ostro. Zbyt wiele zależy dziś od tego, kim będziemy: światłem dla świata czy po prostu religijną częścią społeczeństwa.
 
„…Misja nie jest jakimś zadaniem praktycznym – jest ściśle związana z Eucharystią, ze sprawowaniem liturgii, stanowi sedno życia cerkiewnego (…). Cel, jakim jest dawanie świadectwa o Chrystusie, jest ostatecznie nadrzędny wobec działalności każdej instytucji cerkiewnej, a także każdego wierzącego. Rzeczywiście, każdy prawosławny, każdy członek Cerkwi jest powołany do misji, powołany do dawania świadectwa. Niestety, w naszej Cerkwi, ogólnie w prawosławiu, nie jest to zbyt dobrze przyswojone przez ludzi świeckich, w przeciwieństwie do niektórych sekt – jak zapewne wiecie – gdzie każdy członek uważa za swój obowiązek, swoją powinność realizowanie misji (…). U nas jest zupełnie inaczej. Nawet niektórzy biskupi, a tym bardziej duchowni, nie uważają misji za zadanie priorytetowe...”.

Czytając kiedyś te słowa, pomyślałam, że misja to przecież nie tylko nauczanie, przekazywanie jakiejś wiedzy i informacji. Chrześcijaństwo w ogóle nie rozprzestrzenia się jako wiedza: można wiedzieć wszystko i w nic nie wierzyć. Chrześcijaństwo rozprzestrzenia się jako świadectwo, jak osobiste doświadczenie, jak ogień przekazywany z serca do serca. I tutaj nie powinna nam przeszkadzać fałszywa pokora: „Jesteśmy tak grzeszni, tak słabi, że jedyne, co możemy dać innym, to negatywny przykład; dlatego lepiej siedzieć cicho i pokutować”. Tak, ludzie patrzą dziś na nas i widzą, że jesteśmy dalecy od chrześcijańskiej doskonałości; ale to przecież nie umniejsza naszej szczerości. Bóg nie wezwał do siebie doskonałych, On w istocie wezwał do Siebie, do niesienia świadectwa o Sobie, do współpracy każdego, bo On jest Miłującym człowieka.

Marina Birukova (tłum. Justyna Pikutin)

za: pravoslavie.ru 

fotografia: jarek /orthphoto.net/