publicystyka: Miłosierdzie, które daje życie
kuchnia muzyka sklep ogłoszenia wydarzenia fotogalerie

Miłosierdzie, które daje życie

Gabriel Szymczak, 08 maja 2026

Przekaz Ewangelii jest prawie pozbawiony emocji. Jeśli gdziekolwiek się one pojawiają, są zaznaczone subtelnie, tak by pójść nie za ich głosem, ale za tym, co kryje się w reakcji, słowach czy czynach Jezusa. Tak jest z radością Kany Galilejskiej, wdzięcznością uzdrowionych czy wskrzeszonych, ale i z cierpieniem Golgoty. One nie zatrzymują nas uczuciowo na sobie, lecz są drogowskazem do odwiecznego Boga.

W tych ramach mieści się też początek ósmego rozdziału Ewangelii wg św. Jana – 9 wersetów opowiadających pewną historię. Żadnych przypowieści, żadnych natchnionych słów, głębokich przenośni. Nic tu nie jest zapisane tak, aby wywołać u nas emocjonalne poruszenie. Choć tekst nie mówi wprost o Bogu, są tu jednak obecne Jego tajemnica i wielkość, czułość i bliskość. Postać Jezusa, pozornie beznamiętnego, jakby będącego trochę obok, tak naprawdę obejmuje sobą człowieka – śmiertelnie grzesznego człowieka, otoczonego tłumem, którego żądzę mordu i rewanżu dopiero musimy sobie wyobrazić. Tak jak i napięcie, wiszące w tej scenie w powietrzu, i ryzyko, które ze spokojem podjął Chrystus.

Jan wspomina, iż do nauczającego w świątyni Jezusa pewnego dnia znawcy Ksiąg i faryzeusze przyprowadzają kobietę na cudzołóstwie przyłapaną i postawiwszy ją pośrodku, mówią Mu: - Nauczycielu, kobieta ta została przyłapana na jawnym cudzołóstwie. Mojżesz w Prawie nakazał nam takie kamienować. Ty zaś, co mówisz?

Ci ludzie chcieli wykorzystać tę sytuację, by wypróbować Jezusa, by znaleźć argument przeciwko Niemu, jeśli nie zgodziłby się na realizację nakazu Prawa; mieliby wtedy o co Go formalnie oskarżyć. Kobieta cudzołożna jest więc tylko pretekstem, by móc zdyskredytować i osądzić Nauczyciela.

Stary Testament, chroniąc świętość małżeństwa, rzeczywiście mówił o karze za cudzołóstwo: Ktokolwiek cudzołoży z żoną bliźniego, będzie ukarany śmiercią, i cudzołożnik, i cudzołożnica (Kpł 20, 10). Przed Jezusem powinny więc stanąć dwie osoby, a nie wyłącznie kobieta – tak jednak nie było. Męska solidarność? Cóż, łatwiej było oskarżyć tylko kobietę, z którą w patriarchalnym społeczeństwie liczono się o wiele mniej (o ile w ogóle), niż wystawiać publicznie na potencjalną śmierć jednego ze swoich. Kto zresztą wie, czy oskarżający nie mieli czegoś podobnego na swoim sumieniu i dlatego tak szybko zrezygnowali z kamienowania, usłyszawszy słowa Chrystusa: Ten, kto z was bezgrzeszny, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem (J 8, 7).

Wiemy, jak się to skończyło – gdy te słowa padły, wszyscy oskarżyciele zniknęli. Pozostali tylko kobieta i Jezus. Bł. Augustyn napisał: Relicti sunt duo: misera et Misericordia - Pozostali [tylko] dwoje: nędzna [nieszczęsna] i Miłosierdzie.

Miłosierdzie uwalnia kobietę słowami: Żaden cię nie osądził? Ani Ja cię nie osądzam. Gdyby opowieść św. Jana kończyła się w tym miejscu, można byłoby ją traktować jako idealne usprawiedliwienie naszych grzechów – skoro Chrystus tak szybko przebacza tak ciężką winę jak cudzołóstwo, nie wyznacza za nią żadnego zadośćuczynienia, to dlaczego my mamy się stresować grzechami „lżejszego kalibru”? Skoro ona została uwolniona od odpowiedzialności, to i my podobnego uwolnienia dostąpimy, niezależnie od tego, co jest naszą winą i czy cokolwiek z tym później robimy.

Ale tekst ma swoją kontynuację. Dalej padają kolejne słowa Jezusa: Idź i odtąd więcej nie grzesz.

Powinniśmy je czytać jako przesłanie dla nas samych – Bóg wybacza, Bóg nie skąpi swego miłosierdzia; ale Bóg oczekuje też, że podejmiemy starania, by grzechu unikać, by w nim nie pozostawać. By nie grzeszyć z rozmysłem, z góry zakładając, że On nam wszystko przebaczy.

Często jednak nie chcemy przyjąć tych słów do siebie, za to ochoczo wykorzystujemy je przeciwko innym. Czujemy się nimi wręcz usprawiedliwieni w naszych działaniach. Są jak kamień, który – w przeciwieństwie do mężczyzn z tłumu – my nadal dzierżymy w ręku i niepomni własnych przewinień, z pasją rzucamy nim w innych. W tych, których my uznajemy za winnych, moralnie skalanych, zbrukanych grzechem. Którym my nie przebaczymy, dopóki się nie zmienią, nie staną się takimi, jakimi według nas powinni być.

Jakże odmienny jest Chrystus. On nie potępia kobiety. Po prostu ją uwalnia. Dopiero później słyszy ona wezwanie do przemiany swego życia.

Ci, którzy ją pochwycili, chcieli wyłącznie jej krwi; Jezus chciał jej transformacji. Im zależało na jej śmierci; Jemu – na jej życiu. Oni ją potępili; On ją wyzwolił. Oni uznali ją za straconą; On dał jej kolejną szansę.

Bóg zaiste jest dziwny. Nieoczywisty. Można byłoby nawet powiedzieć – przeczący samemu sobie. Daje przykazania, lecz wybacza ich złamanie. Mógłby człowieka natychmiast ukarać, ale go oszczędza. Ten, Który jest Mocą i Sprawiedliwością, lituje się nad ludzkim prochem, który śmie naruszać Boskie nakazy. Nie ma tu logiki sądu; jest logika miłości. Co bowiem musiała czuć kobieta - przyłapana, upokorzona, być może naga i wleczona przez rozemocjonowany tłum mężczyzn, chcących jej kosztem rozwiązać problem niepokornego Nauczyciela – nagle uwolniona i obdarzona nowym życiem? Jakiego Boga doświadczyła? Boga Prawa – czy Boga łaski?

Ujmuje w tej opowieści Chrystus. Małomówny, wydaje się – niezainteresowany tym, co się dzieje wokół. Coś pisze na ziemi. Jedni komentatorzy mówią, że pisał słowo „cudzołóstwo”, bo tym zgrzeszył każdy z tłumu. Inni – że listę różnych grzechów, na której każdy z nas może się odnaleźć, bo każdy czymś zgrzeszył. Wyprostowawszy się, gdy tłum już zniknął, zapytał kobietę: Żaden cię nie osądził? A potem dodał: Ani Ja cię nie osądzam. To przecież nawet nie jest powiedzenie: daruję ci, przebaczam ci. To stwierdzenie, które całkowicie uwalnia od przeszłości, od jej ciężaru. Zdejmuje ten ciężar z pleców, pozwala się wyprostować, odetchnąć – i ruszyć w nową drogę. Idź i odtąd więcej nie grzesz.

Co było jej grzechem? Cudzołóstwo? Tak stwierdzić jest najłatwiej. Na tym ją przyłapano. Ale gdyby ono było „tylko” wynikiem innego grzechu – utraty nadziei, jeśli jej życie było trudne i samotne? Braku wiary w to, że niezależnie od okoliczności, Boska Opatrzność nad nią czuwa i że Bóg jest w stanie dać jej siłę, by pokonała trudności i przeszkody? Braku ufności w to, że jeśli czymś zgrzeszyła wcześniej, Bóg może to przebaczyć?

Dużo znaków zapytania. One tylko pokazują, że tak naprawdę nie wiemy nic o drugim człowieku, jego życiu i doświadczeniach, przez które przeszedł. To, co potępiamy, to tylko nasza wizja, nasze wyobrażenie – ale krzywdzimy (czasem odgrywając się za własne upadki) realną osobę. A nie mamy do tego prawa.

Cudzołożna kobieta miała obok siebie Chrystusa. Widzieli Go i słyszeli ci, którzy trzymali w rękach kamienie. Jeśli otworzymy tekst tej Ewangelii, jeśli nauczymy się na pamięć tylko tego jednego zdania: Ten, kto z was bezgrzeszny, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem, to ilekroć przejdzie nam przez głowę myśl, by kogoś potępić, Chrystus będzie także obok nas, tak samo widoczny i tak samo słyszalny, jak wtedy. I tak samo wyjmujący kamień z naszej ręki.

Jego słowa: Żaden cię nie osądził? Ani Ja cię nie osądzam są też wskazówką, że tam, gdzie my, słabi i niedoskonali, odstępujemy od osądu, pozostawiając go Bogu, On sam może od niego odstąpić. Tłum dostał lekcję wstydu, my tym czytaniem – lekcję empatii, współczucia i uświadomienia sobie Bożej wspaniałomyślności i odmienności od człowieka.

Możemy więc sięgnąć po kamień – i możemy go odrzucić.
Możemy postawić siebie w roli, jaką wyobrażamy sobie dla Boga, i osądziwszy, wykonać wyrok – i możemy pokazać, iż słowa: Bądźcie miłosierni, jak i Ojciec wasz miłosierny jest (Łk 6, 36) wyznaczają nasze myślenie, nasz sposób życia i traktowania innych.

Jest tu 9 wersetów z życia cudzołożnej, które burzą wizję Boga jako wyłącznie sędziego, karzącego za jawny grzech; które odkrywają przed nami Bożą wielkoduszność – i troskę o człowieka.

Jest też 10 wersetów z życia Zacheusza, bynajmniej nie przyzwoitego przełożonego celników, do którego domu, by mu przynieść zbawienie, Jezus wręcz sam się wprasza.

I jest 26 wersetów z życia Samarytanki, którą burzliwa przeszłość odsunęła od społeczności i postawiła na marginesie, a na którą Jezus specjalnie czekał przy studni, by dać jej wodę życia – siebie.

Grzesznicy. Uznani przez ludzi za niegodnych, wykluczeni spośród swoich. Wcale nieproszący o przebaczenie, niekajający się.

Łączy ich Jezus. Łączy litość ponad karę, miłosierdzie ponad potępienie, miłość ponad Prawo. Zostali przyjęci przez Boga takimi, jakimi byli, obdarzeni bezwarunkowym przebaczeniem i nowym życiem. A przynajmniej szansą na nie, bowiem decyzja, co dalej, zależała już tylko od nich.

Każdy werset ich historii jest dla nas lekcją pokory wobec wspaniałości i wielkości Boga, i odmienności Jego myślenia w porównaniu z naszym. Jest świadectwem dawania przez Niego nadziei upadłemu, a nie chęci jego osądzenia. Bóg nie bierze do swej ręki kamienia. Nie wkłada go też w naszą dłoń. On go z niej wybija, by ocalić to, co nam wydaje się być zatracone na wieki.

Przykazanie nowe daję wam, abyście miłowali jedni drugich, jak Ja was umiłowałem, abyście i wy miłowali siebie nawzajem. Po tym poznają wszyscy, że Moimi uczniami jesteście, iż miłość będziecie mieli jedni do drugich (J 11,3, 34-35).

Miłość nie kamienuje. Miłość nie potępia i nie odrzuca, bo wie, że to ani niczego nie zmienia, ani niczego nie uczy – jedynie utwierdza w złu, dla którego wydaje się nie być alternatywy. Jezus zmieniał ludzi, pochylając się nad ich złamanym życiem, nad ich cierpieniem – i nad ich grzechem. Czynił go bezsilnym swoją miłością, swoim przebaczeniem, swoim wyjściem ku grzesznikowi – by go podźwignąć, a nie podeptać. Już ukrzyżowany, mówił do Ojca: Odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią (Łk 23, 34). Czy naprawdę nie wiedzieli, co czynili?

Czy jeśli z lubością kamienujemy innych, takich samych grzeszników jak my (bo grzech jest grzechem, nasz wcale nie jest lżejszy czy łagodniejszy niż naszego bliźniego) – nie czynimy tego ze świadomością, co robimy i z zapałem do wykonania egzekucji? I czy do tego właśnie wzywa nas przykład Chrystusa?

Jeśli naśladowanie Jezusa nie kształtuje naszego stosunku do ludzi, nie naśladujemy Jezusa. Po prostu praktykujemy religię. [1]

Gabriel Szymczak

fotografia: anamariaavram /orthphoto.net/

[1] za: pastorbrandon.online