publicystyka: Co kryje się w imieniu?
kuchnia muzyka sklep ogłoszenia wydarzenia fotogalerie

Co kryje się w imieniu?

o. Stephen Freeman (tłum. Gabriel Szymczak), 01 maja 2026

Nie znam przyczyny, ale od czasu do czasu słyszę głos mojej matki wołający moje imię. Może to przypadkowy układ neuronów, a może coś bardziej mistycznego i upiornego. Nie wiem. Wiem jednak, że ma to ogromną moc i przenika głęboko moją duszę.

Takie są imiona.

Jest coś głębokiego w biblijnej scenie, w której Adam nadaje imiona zwierzętom. To urocze, nie do opisania słowami, że Bóg przyprowadził zwierzęta do Adama, „aby przekonać się, jaką on da im nazwę”. Co za osobliwy obraz. Wydaje mi się, że „nadawanie imion” było również częścią „stworzenia”. Bóg powołał stworzenie do istnienia słowem. Jako osoby mówiące (logiki probati – rozumne owce – owce, które mówią) słowami, ucieleśniamy obraz Boga. Istnieje związek między przedmiotem a jego nazwą, związek, który staje się coraz bardziej niejasny w miarę jak nasz język staje się coraz bardziej wyrafinowany. Nie wiemy, co mówimy.

Nadanie imienia dziecku to przerażająco poważna sprawa – nadać komuś imię, które pozostanie jego na całe życie. Istnieją kultury, w których człowiek ma dwa imiona: jedno publiczne i jedno tajne. Świadczy to o mocy tkwiącej w imieniu.

Pismo Święte zawiera wiele historii nadawania imion – a imiona często ujawniają charakter osoby lub miejsca. Głębokim objawieniem jest to, że pierwszym pytaniem Mojżesza, gdy stanął przed obliczem Boga w płonącym krzewie, było: „Jak masz na imię?”. Od tamtej pory plemiona Izraela, mimo że znają Imię, zastępują je słowem „Adonai” (Pan) lub „Ha Szem” (Imię), gdy czytają lub wymawiają imię JHWH. Samo Imię jest uważane za zbyt święte, by je wymawiać.

Współczesny świat przywiązuje niewielką wagę do imion. Współczesne filozofie generalnie głoszą, że imiona to tylko słowa i nie mają nic wspólnego z tym, co się nazywa. To założenie w dużym stopniu wyjaśnia, jak lekkomyślnie używamy słów. Wiersz dla dzieci brzmi:
„Kij i kamień połamią mi kości, ale słowa nigdy mnie nie zranią”.

Prawda jest taka, że kości goją się dość szybko, a ból wywoływany słowami może kłuć przez całe życie.

Coś, czego nie rozumiemy, to aspekt komunijny naszych imion (nie mam lepszego słowa, by to wyrazić). Nasze imiona mieszkają w nas, a my w nich. Ponownie, nie mam jednoznacznego, dogmatycznego sformułowania tej rzeczywistości. Wywodzi się ona jednak z nauczania prawosławnego.

Na początku XX wieku w jednym z klasztorów na Górze Athos toczył się spór wokół nauki, że „imię Boga to Bóg”. Nazywany sporem imiasławskim (Имяславие), był to spór potępiony przez Święty Synod w Moskwie. Późniejsza dyskusja sugerowała, że wokół tego wszystkiego narosło wiele nieporozumień (i niefortunnych sformułowań). Być może kiedyś do tego wrócimy.

Jednakże instynkt wyrażony jako stwierdzenie „imię Boga jest Bogiem” jest zakorzeniony w wielu praktykach Kościoła, w tym w zakazie „używania imienia Pańskiego nadaremno”. Od dawna uważam, że twórcy tej nauki popełnili błąd, opierając ją na języku istoty, zamiast na języku osoby, czyli hipostazy. Mówimy, że ikona jest „hipostatycznym przedstawieniem” osoby, którą przedstawia (por. dzieło św. Teodora Studyty „O świętych ikonach”).

Imiona mają znaczenie.

Nadajemy imię dziecku podczas specjalnego nabożeństwa (w ósmym dniu). Nadajemy imię świętego tym, którzy wstępują do Kościoła w każdym wieku. Mnich otrzymuje tonsurę i nowe imię. Ikona nie jest uważana za kompletną, dopóki nie zostanie na niej zapisane imię. Imię jest z pewnością tak święte, jak sam obraz.

Powiedziano nam, że w eschatonie (końcu wszystkiego) otrzymamy nowe imię (Ap 2,17):
„Kto ma uszy, niechaj posłyszy, co mówi Duch do Kościołów. Zwycięzcy dam manny ukrytą i dam mu biały kamyk, a na kamyku wypisane imię nowe, którego nikt nie zna oprócz tego, kto je otrzymuje”.

Warto zauważyć, że księgi liturgiczne Boskiej Liturgii nakazują, aby Eucharystii udzielać po wypowiedzeniu imienia: „Sługa Boży (imię) przyjmuje najczcigodniejsze i święte Ciało, i Krew Pana i Boga, i Zbawiciela naszego Jezusa Chrystusa, na odpuszczenie grzechów swoich i na życie wieczne”.

Nasze doświadczenie z własnym imieniem bywa problematyczne. Znam ludzi, którzy z głębokim zadowoleniem przyjęli nowe imię podczas bierzmowania lub chrztu, ponieważ zastępowało ono coś, co było punktem złamania. Z biegiem lat czasami nabywamy „pseudonimy”, które mogą być bezużyteczne. Moja własna „droga” w nadawaniu imion zaczęła się od „Małego Steve’a”, potem „Steve’a”, a potem „Stephana” (kiedy przyjąłem święcenia kapłańskie). „Mały Steve” był napędzany przez „Dużego Steve’a”, który mieszkał obok, był większy i okazjonalnie dręczył innych. Dla mnie, jako „ojca Stephena” przez większość dorosłego życia, ciekawe jest spotykać przyjaciół z dzieciństwa, którzy irytująco zwracają się do mnie „Steve”. To w porządku, ale brzmi jak imię obcej osoby.

Istnieje, jak wspomniano w Piśmie Świętym, imię, którego jeszcze nie znamy, imię, które na nas czeka, imię, którego „nikt nie zna oprócz tego, kto je otrzymuje”. Ta rzeczywistość przypomina mi słowa św. Jana:
„Umiłowani, teraz dziećmi Bożymi jesteśmy, a jeszcze nie okazało się, czym będziemy. A wiemy, że kiedy się okaże, podobni do Niego będziemy, ujrzymy Go bowiem, jakim jest” (1 J 3, 2).

Wierzę, że to nowe imię już w nas mieszka. Nazywa ono „prawdę naszego osobistego istnienia”, która jest na obraz Chrystusa. Kiedy ujrzymy Chrystusa „takim, jakim jest”, wtedy ujrzymy siebie „takimi, jakimi naprawdę jesteśmy”. Ta rzeczywistość jest tak wielka, że będzie wymagała nowego imienia.

Niemniej jednak nawet imiona, które obecnie nosimy, mają charakter sakramentalny. Dajemy je sobie nawzajem jako dary. Dajemy je, aby mogły nas nazywać. Dajemy je jako symbol i ikonę siebie. Na językach i w umysłach przyjaciół przynoszą radość i radosne wspomnienia. Na językach i w umysłach wrogów przynoszą strach i gniew. Jeśli istnieje coś takiego jak „złe oko”, to z pewnością istnieje coś takiego jak nadużywanie imienia, i jest ono równie niszczycielskie.

To, że Bóg przyjął ludzkie imię, gdy przyjął ciało z Dziewicy (jak anioł Pański przemówił do Józefa we śnie: „Nadasz Mu imię Jezus, On bowiem zbawi lud swój od grzechów jego” (Mt 1, 21), jest głęboką protekcjonalnością, ponieważ Bóg akceptuje wrażliwość, którą dzielą wszystkie nasze imiona.

W kulturze Południa Ameryki używanie imienia „Jezus” jako przekleństwa było kiedyś nieznane. Niestety, kultura ta uległa erozji, podobnie jak wiele rzeczy, które miały wielką wartość. Izajasz powiedział: „Jestem człowiekiem nieczystych warg i mieszkam pośród ludu nieczystych warg”. Powinniśmy zadbać o to, aby zerwać z nawykiem nadużywania imienia Pańskiego.

Po ukończeniu szkoły średniej przeprowadziłem się do mieszkania z przyjacielem. Byliśmy „Jezusowymi Freakami - Szaleńcami” (część Ruchu Jezusowego z końca lat 60. i początku 70.). Mieszkaliśmy w małym, dwupokojowym mieszkaniu. Jednym z naszych najsłodszych zwyczajów było wołanie do siebie nawzajem różnych imion Jezusa z łóżek przed zaśnięciem. On jest teraz u Pana. Ale przypominam sobie te słodkie chwile za każdym razem, gdy czytam ukochaną prawosławną modlitwę - akatyst do Najsłodszego Pana Jezusa, nabożeństwo do Najświętszego Imienia.

Polecam to wam. Niech imię Jezusa zawsze będzie na naszych ustach i w naszych sercach!

o. Stephen Freeman (tłum. Gabriel Szymczak)

za: Glory to God for All Things

fotografia: levangabechava /orthphoto.net/