publicystyka: Znosić wstyd z Chrystusem
kuchnia muzyka sklep ogłoszenia wydarzenia fotogalerie

Znosić wstyd z Chrystusem

o. Stephen Freeman (tłum. Gabriel Szymczak), 03 kwietnia 2026

Publiczne zawstydzanie jest powszechne w naszej kulturze. Publiczne dyby i obrzucanie się pierzem i smołą zniknęły, ale samo zawstydzanie jest równie aktualne, jak sam internet. Wyobrażam sobie, że niektórzy postrzegają ośmieszanie i drwiny jako nieodłączną część życia publicznego. Ci, którzy cieszą się uznaniem tłumów, muszą być gotowi znosić z ich strony hańbę. Oczywiście dla tych, którzy żyją anonimowo, takie publiczne zawstydzanie dotyczy innych ludzi. Ciche poczucie (a czasem nie tak ciche), że „sami sobie na to zasłużyli”, to dziwna przyjemność zazdrości, podgatunek wstydu. To jedne z najciemniejszych aspektów naszego życia publicznego.

Oczywiście, wstyd i zawiść nie są niczym nowym. To, że nasz cyfrowy świat jest nimi zarażony, to nic innego jak przejaw starożytnej społecznej zarazy. To zazdrość popchnęła Kaina do zabicia brata. Do dziś jest ona przyczyną morderstw.

Głęboko znaczące jest to, że ewangeliczny opis męki Chrystusa zawiera obszerne opisy wstydu i zazdrości, które przenikały to wydarzenie. Ewangelia św. Marka mówi nam wręcz, że Chrystus zrozumiał, iż „arcykapłani wydali Go z zazdrości” (Mk 15, 10). Zauważyłem na przestrzeni lat, że teksty nabożeństw Wielkiego Tygodnia znacznie częściej wspominają o wstydzie i zazdrości („naigrawaniu się i opluciu”) niż o konkretnym cierpieniu związanym z ukrzyżowaniem. Ukrzyżowanie nie dotyczy bólu (Rzymianie mieli do dyspozycji o wiele bardziej bolesne opcje). Ukrzyżowanie dotyczy właśnie wstydu – było uważane za najniższą formę egzekucji – szczególnie odpowiednią dla niewolników.

Święty Paweł powiedział: „Z Chrystusem zostałem współukrzyżowany, a jednak żyję…”. Nasza uwaga skupia się na krzyżu i jego gwoździach. Jeśli jednak ukrzyżowanie jest przede wszystkim aktem publicznego upokorzenia, to mamy o wiele bardziej dosłowne okazje, by zostać ukrzyżowanym z Chrystusem. Drwiny i oplucie, choćby w mniej poważnych formach, są prawdopodobnie powszechne dla nas wszystkich.

Oczywiście, istnieje bardzo ciche ukrzyżowanie wstydu, którego doświadcza wielu: torturujące głosy, które nawiedzają nasze życie, szepczące w ciemności. Podstępna moc takiego wstydu sprawia, że chcemy się ukryć (ukrywanie się leży w samej naturze wstydu). Atakuje on nie tylko nasze czyny – atakuje nas samych.

Słyszymy to w drwiących słowach rzucanych w Chrystusa: „Jeśli jesteś Synem Bożym, zejdź z krzyża…”. Podobną drwinę wypowiadał diabeł podczas kuszenia na pustyni. „Jeśli…”.

Drwiny w nas przybierają własną formę – ale prawie zawsze są skierowane do tego, „kim jesteśmy” lub „ za jakie osoby” się uważamy. Są one prawdopodobnie najgłębszym źródłem bólu w naszym życiu.

Jeśli prawdą jest, że jesteśmy „ukrzyżowani z Chrystusem”, to prawdą jest również, że Chrystus jest ukrzyżowany „z nami”. Szyderstwa i oplucie, których doświadczamy w naszych umysłach i życiu, to coś, co Chrystus uczynił swoim. Nie jesteśmy sami. To leży u podstaw Bożej miłości. Z mojego wieloletniego doświadczenia duszpasterskiego wynika, że wątpimy w miłość Boga. Jesteśmy niegodni (oczywiście). Nie potrafimy odwzajemnić Jego miłości (oczywiście). Myślę, że jest w nas coś, co sprawia, że przywiązujemy większą wagę do słów i myśli pełnych wstydu niż do zapewnienia o Bożej miłości.

Nasze mózgi są zaprogramowane na ochronę (za którą dziękujemy). Jednak te same zaprogramowania zwykle kładą większy nacisk na niebezpieczeństwa i ostrzeżenia niż na radość i świętowanie. Chrystus zna ten właśnie aspekt naszego bytu:

„Ponieważ więc dzieci stały się uczestnikami w krwi i ciele, i On tym bardziej również miał w nich udział, aby przez śmierć zniszczył tego, który ma władzę śmierci, to jest diabła, i uwolnił tych, którzy ze strachu przed śmiercią przez całe życie podlegli byli niewoli” (Hbr 2, 14–15).

Jestem tego świadomy, szczególnie w sakramencie spowiedzi, gdy epitrachelion kapłana zostaje umieszczona na mojej głowie i słyszę kojące słowa, które zapewniają mnie o Bożym przebaczeniu:

…Niech ten sam Bóg przebaczy ci wszystko, przeze mnie grzesznika, zarówno w tym świecie, jak i w przyszłym, i postawi cię bez potępienia przed swoim straszliwym tronem sądu. A teraz, nie troszcząc się już o grzechy, które wyznałeś, odejdź w pokoju.

Myślę o tej przestrzeni pod epitrachelionem jako o „tajemnicy Najwyższego”.

Św. Paweł napisał:
„Ten to Duch współświadczy z naszym duchem, że jesteśmy dziećmi Bożymi. A jeśli dziećmi, to i dziedzicami: dziedzicami Bożymi, a współdziedzicami Chrystusa, jeśli z Nim współcierpimy, aby wespół z Nim dostąpić chwały” (Rz 8, 17).

Podejrzewam, że często uzewnętrzniamy ten werset i zakładamy, że odnosi się on tylko do tych, którzy znoszą fizyczne tortury. Jednak jego sedno znajduje się w wyrażeniu „z Nim”. Łączymy nasze cierpienia (nawet te, które sami sobie zadaliśmy, tortury psychiczne) z Nim za pomocą tak krótkiego zwrotu, jak „Panie, zmiłuj się nad nami!”. Nauczono mnie również modlić się: „Boże, pociesz mnie!”.

W tych sprawach, z Chrystusem, jesteśmy „więcej niż zwycięzcami”.

Umrzyjmy z Chrystusem w Jerozolimie.

o. Stephen Freeman (tłum. Gabriel Szymczak)

za: Glory to God for All Things

fotografia: jarek1 /orthphoto.net/