Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Sąd i apokalipsa
o. Stephen Freeman (tłum. Gabriel Szymczak), 18 lutego 2026
„Opamiętał się”.
Te słowa stanowią punkt zwrotny w historii syna marnotrawnego. Są to słowa sądu, apokalipsy i objawienia. Kiedy młodszy syn zażądał spadku od ojca, nie był sobą. Kiedy udał się do dalekiej krainy i roztrwonił wszystko w szalonej rozkoszy, nie był sobą. Dopiero gdy wszystko zostało utracone, a to, co miał przed sobą, stało się obrzydliwe, słyszymy: „Opamiętał się”. Ujawnienie tej rzeczywistości zajęło trochę czasu.
Wstręt nie jest objawieniem siebie. Wstręt to reakcja, która sprawia, że chcemy coś wypluć. To smakowanie czegoś okropnego i nędznego. Choć to nieprzyjemne doznanie, pozostaje strażnikiem i obrońcą, tarczą przed trucizną i chorobami. Wstręt to rozpoznanie czegoś, co „nie jest naszym ja”. Jednak świadomość, że coś „nie jest moim ja”, nie jest tym samym, co widzenie samego siebie takim, jakim się jest naprawdę. Dla młodszego syna objawienie siebie zaczyna się, gdy mówi: „Pójdę do ojca mego”. To właśnie uznanie, że jest synem i że to, „kim jest”, można poznać tylko w tym kontekście, co stanowi „przyjście do siebie”.
Św. Jakub pisze:
„Jeśli bowiem ktoś jest słuchaczem słowa, a nie wykonawcą, podobny jest do człowieka, który przygląda się w lustrze swemu naturalnemu obliczu. Bo przyjrzał się sobie, odszedł i zaraz zapomniał, jakim był” (Jk 1, 23-24).
Kiedy młodszy syn zapomniał, że jest synem, kiedy opuścił ojca w poszukiwaniu przyjemności, „zapomniał, jakim był”. Nie znał już siebie. Kiedy „przyjrzał się sobie” i powiedział: „Pójdę do ojca mego”, zwrócił się ku zwierciadłu, w którym jedynie można było dostrzec jego prawdziwe ja.
Święty Grzegorz z Nyssy powiedział: „Dusza jest zwierciadłem”. Właściwą funkcją duszy jest odbijanie życia Boga (jesteśmy Jego obrazem). Uderzające jest to, że pustka i odraza syna spotykają się z powitaniem ojca (który widzi w nim tylko syna). Jest on witany, odziewany, czczony i fetowany. Został stworzony do tego. To objawienie jego prawdziwego ja.
To jest cel pokuty – nie osiągnięcie pewnego poziomu wstrętu i odrazy do samego siebie, ale „wejście w siebie”, oczyszczenie lustra z wszelkich rozproszeń i zobaczenie siebie takimi, jakimi naprawdę jesteśmy. Święty Grzegorz w „Duszy i zmartwychwstaniu” opisuje sąd za pomocą obrazów zaczerpniętych ze św. Pawła: spalenie „siana, drewna i słomy”, ale dalej opisuje oczyszczający ogień sądu jako coś, co niszczy rzeczy, które nie mają prawdziwego bytu. Nie jest to utrata siebie, ale odzyskanie siebie. Jak mówi św. Paweł: „Jeśli czyjeś dzieło spłonie, to ten straci, a sam zostanie zbawiony, tak jednak jak ogień” (1 Kor 3, 15).
Chrystus przywołuje różne obrazy sądu w Ewangelii Mateusza 25. Mamy tam owce i kozły oraz spotkania z chorymi, nagimi, głodnymi i więźniami. W tym scenariuszu sąd dokonuje się chwila po chwili, gdy Chrystus w potrzebie jest albo obsługiwany, albo odrzucany. Bardzo uderzające w przypowieści Chrystusa jest to, że gdy ogłaszany jest sąd ostateczny, zarówno „owce”, jak i „kozły” są zaskoczone. Ani owca, ani kozioł nie przyznają się do świadomości, że to Chrystusa spotkały we wszystkich tych potrzebujących sytuacjach.
Dzień po dniu jesteśmy w pewnym sensie „odzwierciedleniem” w życiu otaczających nas ludzi. Ukrzyżowany Chrystus jest zawsze tuż obok, pozwalając nam zjednoczyć się z Nim, niezależnie od tego, czy to rozumiemy, czy nie. Święty Jan tak pisze:
„My wiemy, że przeszliśmy ze śmierci do życia, ponieważ miłujemy braci. Kto nie miłuje bowiem brata, trwa w śmierci” (1 J 3, 14).
Nasza kultura nauczyła nas patrzeć na świat przez pryzmat woli jednostki. Zakładamy, że ludzie są tacy, jacy są, ponieważ w jakiś sposób sami wybrali taką postawę. Nasz system ekonomiczny zakłada, że tak jest (i nagradza tych, którzy mieli szczęście „wybrać” zwycięską rękę). Myślę, że to bardzo wadliwa soczewka. Niewątpliwie nasze wybory (odzwierciedlone w naszych działaniach) niosą ze sobą konsekwencje. To, co robimy, ma znaczenie. Jednak może nie mieć znaczenia w sposób, w jaki sobie to wyobrażamy. Wewnątrz tego wszystkiego kryje się tajemne lustro, znane tylko Bogu.
Dostojewski opowiada historię staruszki, która była podła i skąpa. Po śmierci trafiła do piekła. Jej anioł stróż był tym zaniepokojony i pilnie szukał czegokolwiek, co mogłoby przynieść jej zbawienie. Znalazł pojedynczą, zgniłą cebulę, która dała kiedyś żebrakowi. Przyniósł cebulę do piekła, podał jej i zaczął ją wyciągać. Niestety, historia nie kończy się dobrze. Zawsze jednak uderzała mnie wyobraźnia, która dostrzega tak wielką wartość w pojedynczym akcie skąpej dobroci. Jak mówi Chrystus: „Jedna szklanka wody, podana w imię moje, nie pozostanie bez nagrody”.
Im więcej czasu spędzam z ludźmi, a zwłaszcza słuchając ich najgłębszych historii podczas spowiedzi, tym bardziej dostrzegam złożony świat pragnień, porażek, wyborów i okoliczności.
o. Stephen Freeman (tłum. Gabriel Szymczak)
za: Glory to God for All Things
fotografia: alik /orthphoto.net/
Te słowa stanowią punkt zwrotny w historii syna marnotrawnego. Są to słowa sądu, apokalipsy i objawienia. Kiedy młodszy syn zażądał spadku od ojca, nie był sobą. Kiedy udał się do dalekiej krainy i roztrwonił wszystko w szalonej rozkoszy, nie był sobą. Dopiero gdy wszystko zostało utracone, a to, co miał przed sobą, stało się obrzydliwe, słyszymy: „Opamiętał się”. Ujawnienie tej rzeczywistości zajęło trochę czasu.
Wstręt nie jest objawieniem siebie. Wstręt to reakcja, która sprawia, że chcemy coś wypluć. To smakowanie czegoś okropnego i nędznego. Choć to nieprzyjemne doznanie, pozostaje strażnikiem i obrońcą, tarczą przed trucizną i chorobami. Wstręt to rozpoznanie czegoś, co „nie jest naszym ja”. Jednak świadomość, że coś „nie jest moim ja”, nie jest tym samym, co widzenie samego siebie takim, jakim się jest naprawdę. Dla młodszego syna objawienie siebie zaczyna się, gdy mówi: „Pójdę do ojca mego”. To właśnie uznanie, że jest synem i że to, „kim jest”, można poznać tylko w tym kontekście, co stanowi „przyjście do siebie”.
Św. Jakub pisze:
„Jeśli bowiem ktoś jest słuchaczem słowa, a nie wykonawcą, podobny jest do człowieka, który przygląda się w lustrze swemu naturalnemu obliczu. Bo przyjrzał się sobie, odszedł i zaraz zapomniał, jakim był” (Jk 1, 23-24).
Kiedy młodszy syn zapomniał, że jest synem, kiedy opuścił ojca w poszukiwaniu przyjemności, „zapomniał, jakim był”. Nie znał już siebie. Kiedy „przyjrzał się sobie” i powiedział: „Pójdę do ojca mego”, zwrócił się ku zwierciadłu, w którym jedynie można było dostrzec jego prawdziwe ja.
Święty Grzegorz z Nyssy powiedział: „Dusza jest zwierciadłem”. Właściwą funkcją duszy jest odbijanie życia Boga (jesteśmy Jego obrazem). Uderzające jest to, że pustka i odraza syna spotykają się z powitaniem ojca (który widzi w nim tylko syna). Jest on witany, odziewany, czczony i fetowany. Został stworzony do tego. To objawienie jego prawdziwego ja.
To jest cel pokuty – nie osiągnięcie pewnego poziomu wstrętu i odrazy do samego siebie, ale „wejście w siebie”, oczyszczenie lustra z wszelkich rozproszeń i zobaczenie siebie takimi, jakimi naprawdę jesteśmy. Święty Grzegorz w „Duszy i zmartwychwstaniu” opisuje sąd za pomocą obrazów zaczerpniętych ze św. Pawła: spalenie „siana, drewna i słomy”, ale dalej opisuje oczyszczający ogień sądu jako coś, co niszczy rzeczy, które nie mają prawdziwego bytu. Nie jest to utrata siebie, ale odzyskanie siebie. Jak mówi św. Paweł: „Jeśli czyjeś dzieło spłonie, to ten straci, a sam zostanie zbawiony, tak jednak jak ogień” (1 Kor 3, 15).
Chrystus przywołuje różne obrazy sądu w Ewangelii Mateusza 25. Mamy tam owce i kozły oraz spotkania z chorymi, nagimi, głodnymi i więźniami. W tym scenariuszu sąd dokonuje się chwila po chwili, gdy Chrystus w potrzebie jest albo obsługiwany, albo odrzucany. Bardzo uderzające w przypowieści Chrystusa jest to, że gdy ogłaszany jest sąd ostateczny, zarówno „owce”, jak i „kozły” są zaskoczone. Ani owca, ani kozioł nie przyznają się do świadomości, że to Chrystusa spotkały we wszystkich tych potrzebujących sytuacjach.
Dzień po dniu jesteśmy w pewnym sensie „odzwierciedleniem” w życiu otaczających nas ludzi. Ukrzyżowany Chrystus jest zawsze tuż obok, pozwalając nam zjednoczyć się z Nim, niezależnie od tego, czy to rozumiemy, czy nie. Święty Jan tak pisze:
„My wiemy, że przeszliśmy ze śmierci do życia, ponieważ miłujemy braci. Kto nie miłuje bowiem brata, trwa w śmierci” (1 J 3, 14).
Nasza kultura nauczyła nas patrzeć na świat przez pryzmat woli jednostki. Zakładamy, że ludzie są tacy, jacy są, ponieważ w jakiś sposób sami wybrali taką postawę. Nasz system ekonomiczny zakłada, że tak jest (i nagradza tych, którzy mieli szczęście „wybrać” zwycięską rękę). Myślę, że to bardzo wadliwa soczewka. Niewątpliwie nasze wybory (odzwierciedlone w naszych działaniach) niosą ze sobą konsekwencje. To, co robimy, ma znaczenie. Jednak może nie mieć znaczenia w sposób, w jaki sobie to wyobrażamy. Wewnątrz tego wszystkiego kryje się tajemne lustro, znane tylko Bogu.
Dostojewski opowiada historię staruszki, która była podła i skąpa. Po śmierci trafiła do piekła. Jej anioł stróż był tym zaniepokojony i pilnie szukał czegokolwiek, co mogłoby przynieść jej zbawienie. Znalazł pojedynczą, zgniłą cebulę, która dała kiedyś żebrakowi. Przyniósł cebulę do piekła, podał jej i zaczął ją wyciągać. Niestety, historia nie kończy się dobrze. Zawsze jednak uderzała mnie wyobraźnia, która dostrzega tak wielką wartość w pojedynczym akcie skąpej dobroci. Jak mówi Chrystus: „Jedna szklanka wody, podana w imię moje, nie pozostanie bez nagrody”.
Im więcej czasu spędzam z ludźmi, a zwłaszcza słuchając ich najgłębszych historii podczas spowiedzi, tym bardziej dostrzegam złożony świat pragnień, porażek, wyborów i okoliczności.
o. Stephen Freeman (tłum. Gabriel Szymczak)
za: Glory to God for All Things
fotografia: alik /orthphoto.net/