publicystyka: Więcej nadziei niż strachu
kuchnia muzyka sklep ogłoszenia wydarzenia fotogalerie

Więcej nadziei niż strachu

Gabriel Szymczak, 27 lutego 2026

Hermeneutyka, czyli sposób, w jaki czyta się tekst biblijny, definiuje i determinuje sposób, w jaki myśli się o życiu i w jaki się działa.
Emerson B. Powery, profesor studiów biblijnych w Messiah University

Pierwszy raz usłyszałem ten cytat podczas ubiegłorocznego Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan; użyła go w swoim kazaniu – wykładzie prof. Kalina Wojciechowska. Zapamiętałem te słowa, bo są niezwykle trafne. To, co widzimy, co czytamy, co „bierzemy” z Pisma Świętego – zwłaszcza jeśli jest ono dla nas podstawą naszego życia, tym, co nas w nim kształtuje – rzeczywiście może wpływać na to, jak patrzymy na świat, na ludzi, a nawet na siebie.

Jeśli to, co człowiek najbardziej zapamiętuje, co wręcz stale ma przed swoimi oczami, to obrazy piekła i potępienia – bardzo prawdopodobne, że wokół siebie będzie widział wyłącznie grzech lub zagrożenie nim, a w sobie – jedynie słabość i upadek. W naprawdę skrajnym przypadku całe swoje życie będzie odbierał jako grzeszne i niegodne, bez nadziei na przebaczenie i odkupienie – bowiem to w sobie upatruje zasługi na zbawienie, a nie w miłości i miłosierdziu Boga. Niekiedy wspomniany przez Jezusa Chrystusa grzech przeciwko Duchowi Świętemu, który nie będzie ludziom odpuszczony (por. Mt 12, 31-32; ; Mk 3, 28-29), określany bywa właśnie jako postawienie się ponad Bożym miłosierdziem poprzez twierdzenie, iż Bóg czegoś nie jest w stanie przebaczyć. Tymczasem Jezus przecież mówi: u Boga wszystko jest możliwe (Mt 19, 26).

Jest też oczywiście druga skrajność, kiedy człowiek tak bardzo jest przekonany, że Bóg mu wszystko daruje i go zbawi, iż nie podejmuje żadnej refleksji nad swoim życiem i żadnego duchowego wysiłku. Tak jakby z Listu św. Pawła do Koryntian wziąć tylko słowa: wszystko mi wolno, zapominając, że autor kontynuuje: ale nie wszystko jest pożyteczne, ale nic nie może mnie zniewolić (1 Kor 6, 12). Tak (niewłaściwie) czasem bywa pojmowana apokatastaza, koncepcja powszechnego zbawienia, zbawienia wszystkich ludzi (w skrócie nazywana „pustym piekłem”). Tymczasem apokatastaza jest wyrażeniem nadziei, iż Bóg może – jeśli zechce – tak uczynić, ale nie pewnością, iż tak będzie, która pozwalałaby ludziom żyć wyłącznie wedle własnej woli.

Gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami jest oczywiście cały środek – ludzie, którzy podejmują walkę ze swoimi słabościami i namiętnościami, starają się żyć wedle wskazań nauki Jezusa Chrystusa, nauki Cerkwi, nie zamykając swych oczu ani na jawne przejawy Boskiej miłości, ani na fakt istnienia i działania zła.

Jesteśmy po prostu różni – ale też i różnie w naszym życiu może działać Bóg. Tylko On wie, co dla człowieka jest najlepsze na jego drodze życiowej, jakie doświadczenia będą najlepiej służyły jego podążaniu ku zbawieniu. Niezbadane są wyroki Boże... – te słowa rzeczywiście najlepiej wydają się określać to, jak odmienne może być nasze życie i jego wyzwania.

Problem pojawia się wtedy, gdy ktoś usiłuje innym narzucić swoją wizję Boga i relacji z Nim, swoją wizję świata i innych ludzi – nie dopuszczając myśli, że różnice są możliwe. Nie mówię o dogmatach, o doktrynie, które powinny nas łączyć – mówię o pewnym przeżywaniu doświadczenia kontaktu z Bogiem, dla Którego każdy z nas jest określoną jednostką, człowiekiem tak a nie inaczej ukształtowanym, odróżniającym się od pozostałych. Bóg „nie produkuje” nas taśmowo. Bóg każdego z nas zna po imieniu (Wj 33, 12) – jako indywiduum, a nie kolejny wytwór tej samej linii montażowej.

Można mieć wrażenie, iż szczególnie dzisiaj ostry sposób patrzenia na świat i ludzi, zdecydowanie bardziej przez pryzmat grzechu, jest głośniejszy. Swe przeciwieństwo określa on niekiedy mianem „pluszowego chrześcijaństwa”. Można się z tym zgodzić, jeśli ta nazwa przypisywana jest tym, dla których na pierwszym miejscu jest miłość Boga do człowieka (a nie ludzki grzech) i którzy ze względu na nią podejmują wyzwanie życia według Ewangelii; tak właśnie będę rozumieć „pluszowe chrześcijaństwo” w dalszej części tekstu. Błędem moim zdaniem jest zaś określanie nią także tych, którzy rezygnując z jakiegokolwiek wysiłku, liczą wyłącznie na Boże miłosierdzie, bez własnej odpowiedzialności za swe życie. Trudno w ogóle powiedzieć, że takie podejście jest chrześcijaństwem, które wprost mówi o konieczności metanoi, nieustannego nawracania się i przemiany, w drodze ku przebóstwieniu.

W internetowych bojach zwolenników koncepcji piekła i siarki dla (prawie) każdego, a tych prawidłowo definiowanych „pluszowych”, wydaje się, że jednak uznawanie własnej ułomności przed Bogiem i zdrowa nadzieja na Jego miłość, której w pierwszej kolejności się poszukuje i na którą zwracana jest szczególna uwaga, połączone ze świadomością zbawczej i podjętej za wszystkich ludzi ofiary Chrystusa, z reguły niestety nie dominują.

Napisałem: niestety, bowiem sam jestem „pluszowy”. Ale bycie „pluszowym” nie oznacza zaprzeczania temu, iż zło i grzech istnieją. Serce człowieka jest miejscem batalii między tym, co dobre i co od Boga, a tym, co od złego. Wola człowieka decyduje o tym, ku której stronie się skłoni. Jednak nawet najbardziej zaangażowany w życie wiarą nadal jest tylko człowiekiem i może któregoś dnia się potknąć. Zadanie człowieka w tym życiu to ze wszech sił dążyć ku Bogu, mieć zawsze Pana przed oczami swymi (por. Dz 2, 25), u Niego szukać pomocy i Jego głosić innym swoim życiem. Każde potknięcie na tej drodze boli, także dlatego, że pokazuje własną, ludzką słabość. Jednak ona nie może być usprawiedliwieniem; nie można zwalniać się z odpowiedzialności za własne czyny i myśli, mówiąc Bogu: takim mnie, Panie, stworzyłeś, i takim mnie masz... To nie wydaje się być myślenie „pluszowych”.

Głęboko cenię to, co poznałem w prawosławiu – rzetelną i ostrą wobec samego siebie analizę tego, jak żyję, a jak powinienem żyć. Konieczność metanoi – pokuty rozumianej nie jako jakieś zadośćuczynienie za popełniony czyn, ale jako przemiana postawy i myślenia, zmierzająca nie tyle ku naprawie jednej sytuacji, co ku uzdrowieniu mego sposobu życia w świecie i relacji z innymi. Także relacji z Bogiem, poprzez uczynienie jej najważniejszą spośród wszystkich, bowiem jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu, wszystko inne znajdzie się na właściwym miejscu (bł. Augustyn). I to jest ta jedna, jedyna relacja, która zmienia także wszystkie inne. Ona kształtuje sposób myślenia, patrzenia na świat i odnoszenia się do wszystkiego, co jest wokół.

Prawosławie tak mocno podkreśla też nauczanie Ojców Kościoła o grzechu jako ominięciu celu, które jest udziałem każdego człowieka, ale z którego każdy powinien nieustannie się podnosić, rozpoczynać swoją życiową podróż jakby za każdym razem na nowo, bo żaden grzech nie przekreśla na wieczność, a to, co przekreśla – to pozostanie w upadku, to brak nawet nie tyle nadziei, co wręcz wiary w moc i miłość Boga. Jeśli zaczniesz naprawiać złe przyzwyczajenie i raz, dwa razy, trzy razy, a nawet dwadzieścia razy złamiesz zasadę, to nie popadaj w rozpacz, lecz wstań ponownie, znowu zajmij się tym samym i bez wątpienia zostaniesz zwycięzcą – to słowa św. Jana Złotoustego, które mogą być życiowym mottem i jednocześnie pociechą w każdej życiowej porażce. Podobnie jak myśl św. Grzegorza Dialoga: Jeśli jesteś prawy - bój się gniewu Bożego, aby nie upaść; jeśli jesteś grzeszny - chwytaj się Bożego miłosierdzia, aby powstać.

Przyznam, że okres liturgiczny, który jest mi w prawosławiu najbliższy i na który zawsze czekam, to Wielki Post. Ma swoją mistykę dzięki wyciszeniu, refleksji duchowej, przepięknym tekstom liturgicznym i nabożeństwom. Jednocześnie, choć jest czarny kolorystycznie, jest niesamowicie świetlisty, rzeczywiście jest duchową wiosną, odradzającą człowieka ponownie ku Życiu, ku Pięknu, ku Zmartwychwstaniu. Ku nadziei.

I to właśnie ta nadzieja pozwala mi być „pluszowym”.

Spoglądając na ikonę czy krzyż, widzę Chrystusa triumfującego (choć mam świadomość bólu, przez który przechodził). Zło, grzech, śmierć – nie wygrają. Są wobec Niego bezsilne. Są bezsilne wobec mocy i miłości Boga. Wobec Jego miłosierdzia i poświęcenia dla człowieka. Każdego człowieka – także tego, który Go ignoruje, który Go odrzuca, który Go zdradza. To nie ma znaczenia – Jezus wstępuje na krzyż dobrowolnie dla każdego ludzkiego istnienia. Bo każde ludzkie istnienie jest dla Boga ważne i cenne, i chciane.

Kiedy więc czytam Chrystusowe „biada...” w Ewangeliach, one mną wstrząsają, stawiają do pionu – ale nie przerażają. Wiem, że mają służyć memu pokajaniu, mojej metanoi. Mają mi pokazać inną rzeczywistość, rzeczywistość miłości i dobra, która jest trudna, jest wymagająca, ale jest w moim zasięgu. To nie jest low hanging fruit – owoc wiszący nisko, łatwy do zdobycia, przez co się go nie ceni. Tu trzeba się napracować, tu potrzeba wysiłku i zaangażowania, czasem duchowej krwi i potu, ale nikt idący tą drogą nie jest na niej sam. Bóg jest zawsze obok.

Strach, lęk nie są dobrymi przewodnikami życiowymi. Uczą unikania i podejrzliwości. Nie dają nadziei, a jedynie przerażają.

Czy mam się bać Boga? Czy mam – czy jestem w stanie – Go unikać? Unikać życia, bo mogę zgrzeszyć? Tak się nie da.

Ks. Andrzej Draguła umieścił na swoim profilu z okazji Bożego Narodzenia bardzo ciekawy wpis: Przyszedł do mnie po Mszy człowiek z gratulacjami za kazanie. Że wreszcie zrozumiał, o co chodzi w tej Ewangelii o Słowie. Sam przyznałem na początku homilii, że Ewangelia trudna, ale spróbujemy dać jej radę. A pomysł był w gruncie rzeczy prosty: Logos to nie tylko Słowo, ale Zasada, Porządek, Sens. Na początku był Sens i Sens był u Boga, i Bogiem był Sens. Jesteśmy wyznawcami Sensu, co przewyższa rozum. Autor nawiązuje oczywiście do prologu Ewangelii wg św. Jana.

Bóg jest początkiem i końcem wszystkiego. Jest praprzyczyną istnienia wszystkiego i wszystkich. A Bóg stworzył wyłącznie to, co było dobre – lub nawet bardzo dobre (Rdz 1). W Nim było życie i życie było światłością ludzi; i z Boga jest światłość prawdziwa, oświecająca każdego człowieka, przychodzącego na świat (J 1, 4; 9). Nie rodzimy się ku ciemności, ku grzechowi i potępieniu. Rodzimy się ku światłu, dobru i miłości. To grzech, który pojawił się, gdy człowiek odrzucił Boga jako Nadrzędność i sam usiłował postawić się na tym miejscu, spowodował, że ciemność i zło jakby zwyciężyły. Że grób Chrystusa wypełnił się mrokiem i śmiercią.

Jednak nie na długo. Jedynie na tyle, by wypełniły się proroctwa.

Światło zwycięża. Dobro zwycięża. Bóg zwycięża. Sens zwycięża.

Oprócz grzechu - którego skutkiem są śmierć, cierpienie, ból fizyczny i psychiczny, krzywda – wszystko na tym świecie ma swój mały sens, wszystko istnieje po coś. Jest poukładane, działa według określonej zasady. Istnieje ze względu na coś – i ku czemuś prowadzi. Nawet śmierć wykorzystana została po coś – to, co już martwe, odżywia to, co jeszcze żywe, daje życie innym.

Nic nie jest przypadkowe, wszystko ma swoje zadanie do spełnienia, swoją rolę do odegrania. Jeśli więc materia ma swój sens, swoje znaczenie, tak też jest z tym, co duchowe – jego sens, znaczenie jest w Bogu. Więc to, co przez grzech od Niego oderwane, pragnie do Niego powrócić:
Jak jeleń pragnie źródeł wód, tak moja dusza pragnie Ciebie, Boże. Moja dusza spragniona jest Boga mocnego i żywego (Ps 41, 2-3).

Czy można pragnąć Tego, Który jawi się jako przerażający i zagrażający? Czy można dążyć do Tego, Który wydaje się chcieć jedynie ukarać – albo przynajmniej grozi karą? Czy strach w ogóle może przyciągać – czy raczej odrzuca?

Odkąd po raz pierwszy usłyszałem podczas jednego z kazań słowa św. Ambrożego z Optiny: Zbawienie dokonuje się między strachem i nadzieją, traktuję je jako dobrą szkołę patrzenia na życie i na siebie. Potrzebne są oba komponenty – i zdrowy strach, wyczulający na ryzyko i zagrożenie, powodujący ostrożność i rozwagę, i pozwalający zawsze mieć przed oczami przykazania, ale także i nadzieja – że skoro Bóg tak umiłował świat, że przyjął ludzkie ciało, żył i nauczał pomiędzy nami, oddał za nas swoje życie, byśmy my mieli życie wieczne, i zapewnił nas, że jest z nami aż do kresu czasu – to są to przejawy najwyższej i wręcz być może nie do pojęcia ludzkim rozumem miłości i troski.

Patrzę więc na świat, na innych ludzi, ale także na Pismo właśnie przez ten pryzmat. To Boże dobro i miłość są rozlane wokół nas – i w nas, nawet jeśli tego sami jeszcze nie dostrzegamy. Dobro, miłość, radość mogą więcej niż strach i wizja potępienia. Bóg powołuje nas ku życiu w wieczności razem z Nim – a nie ku wiecznemu ogniowi, który wszak przygotowany był diabłu i jego aniołom (por. Mt 25, 41).

Czasem mam wrażenie, że jesteśmy jak ten niedowidzący chłopiec z filmu poniżej – Bóg chce nam założyć okulary, byśmy wreszcie zobaczyli, jaki On jest i ile dla Niego znaczymy, a my za wszelką cenę próbujemy się przed tym bronić. Ale cóż może taki maluch wobec wielkiego Rodzica…?

Obyśmy więc wszyscy – i ci „pluszowi”, i ci „szorstcy” – któregoś dnia doznali takiego samego zadziwienia jak ów maluch...



Gabriel Szymczak

fotografia: levangabechava /orthphoto.net/