publicystyka: O faryzeuszu z miłością
kuchnia muzyka sklep ogłoszenia wydarzenia fotogalerie

O faryzeuszu z miłością

igumen Nektariusz (tłum. Justyna Pikutin), 31 stycznia 2026

Co najmniej raz w roku, a w rzeczywistości oczywiście częściej, przypominamy sobie faryzeusza z przypowieści opowiedzianej przez Zbawiciela. Przypominamy sobie go głównie po to, aby oskarżyć kogoś o niechrześcijańskie, a mianowicie faryzejskie, podejście do bliźniego. Główne cechy tego podejścia to: wywyższanie własnych cnót, chwalenie się nimi, poniżanie otaczających grzeszników, wyszukiwanie i subtelne, drobiazgowe, pogardliwe rozpatrywanie ich słabości i wad. A także – nadmierna uwaga poświęcana zewnętrzności i zaniedbywanie wnętrza. Często mówimy o kimś: „No cóż, to faryzeusz!”. Albo jeszcze: „Co za faryzeizm!”.

A ja myślę o faryzeuszu z przypowieści i z jakiegoś powodu bardzo mi go żal. I to nie tylko dlatego, że wyszedł ze świątyni „mniej usprawiedliwiony” niż celnik, choć z tego powodu też. W gruncie rzeczy, co takiego złego o nim wiemy, że tak się na niego uwzięliśmy, że od prawie dwóch tysięcy lat nie dajemy mu spokoju, ale wciąż wspominamy go i wspominamy złym słowem. Jakim dokładnie? Tym: „faryzeusz”.

A może w tym słowie jest też coś dobrego? A może w nim, „mniej usprawiedliwionym”, również uda się znaleźć coś pozytywnego?

Moim zdaniem, na pewno się uda.

„Poszczę dwa razy w tygodniu, oddaję dziesiątą część wszystkiego, co nabywam...”. Co w tym złego? I co złego w tym, że nie jest „jak inni ludzie, złodzieje, krzywdziciele, cudzołożnicy”? Chyba tylko to, że sam o tym mówi, sam o sobie świadczy... Ale jednocześnie sam za to dziękuje: „Boże, dziękuję Ci”. To znaczy, rozumie, sądząc po jego słowach, że gdyby nie Bóg, nie byłby w stanie wytrwać w prawości, nie dokonałby żadnego z dobrych uczynków, o których tu mowa.

Tak, bez wątpienia grzeszy tym, że dopuszcza w swoim sercu wywyższanie się ponad „innych”, a zwłaszcza ponad płaczącego nad swoimi grzechami celnika, którego Bóg za te łzy i pokorę już usprawiedliwił. Ale czy nie mamy powodów, aby choć częściowo, choćby odrobinę usprawiedliwić również faryzeusza? Kiedy sam pracujesz, walczysz, powstrzymujesz się od grzechu, przynajmniej czynami, tak łatwo popaść w potępienie! Wróg nie da ci spokoju, ale będzie cię nieustannie kusił widokiem cudzych grzechów, jasnym i barwnym. I nie mniej jasnym i barwnym widokiem twoich czynów. Co więcej: „sprawiedliwy” gniew będzie rodził się w twoim sercu, gdy będziesz kontemplował cudze bezprawia: przecież niegodziwiec nie tylko hańbi wysokie powołanie ludzkości, ale także obraża Boga swymi grzechami! Jak nie gniewać się na niego za to, skoro sam najbardziej boisz się obrazić Stwórcę, uważając to za największe nieszczęście w życiu? Oto biedny faryzeusz, potyka się na tym nierównym miejscu i upada. A my cieszymy się, że możemy przykuć tego nieszczęsnego do słupa hańby...

Ale dlaczego się cieszymy? Czy nie dlatego, że prawie zawsze tak bardzo chcemy kogoś „piętnować”, „skazywać” lub przynajmniej poniżać? Bo jak tylko zgodzimy się z myślą, że ktoś jest zły, do niczego się nie nadaje, to nagle okazuje się, że sami nie jesteśmy tacy źli i do czegoś się nadajemy. Tak więc faryzeusza tak słodko i tak przyjemnie jest potępiać! Można już zapomnieć o jego całkiem realnych cnotach, można nie przywiązywać do nich żadnej wagi (są one przecież zatrute dumą i wywyższaniem!), można upewnić się, że Bóg nie zapyta nas o te zewnętrzne uczynki, bo my wiemy, że to, co wewnętrzne, jest o wiele ważniejsze! Wiemy i... wewnętrznie sami potępiamy faryzeusza i wywyższamy się ponad niego. I w ten sposób stajemy się, co najmniej, faryzeuszami do kwadratu.

A najprawdopodobniej nawet bardziej. Wydaje nam się, że wszystko rozumiemy: oto „zły faryzeusz”, oto „dobry celnik”, grzeszny sprawiedliwy i sprawiedliwy grzesznik. Ale kiedy na drodze naszego życia spotykamy kolejnego „celnika” (czyli grzesznika), nie zwlekamy z potępieniem go. W ten sposób „ratujemy się”: nie mając ani czynów jednego, ani pokory drugiego, wywyższamy się jednak ponad obu, naśladując to, co w nich najgorsze, a nie dotykając tego, co najlepsze.

Nie oznacza to jednak, że jesteśmy całkowicie zgubieni. Bóg jest miłosierny i jeśli nie ma dla nas innej szansy aby otworzyły się nasze oczy, to na wiele różnych sposobów pozwala nam poznać naszą nędzę i nikczemność, naszą skrajną biedę i słabość, tak że czasami mimowolnie powtarzamy już nie modlitwę tego czy tamtego, ale własną: „Boże, dziękuję Ci, że pozwoliłeś mi poznać i poczuć w sercu, że to nikt inny tylko ja jestem najgorszy. Wyznaję swą nikczemność ze skruszeniem i pokornie proszę o łaskę”.

Chociaż... Dlaczego tylko własną? Może faryzeusz modlił się tak samo wkrótce po opisanym przez Chrystusa wydarzeniu? Nie można tego wykluczyć. Bóg „chce wszystkich zbawić i doprowadzić do poznania prawdy”. Nie tylko celników, ale także faryzeuszy...

igumen Nektariusz (tłum Justyna Pikutin)

za pravoslavie.ru

fotografia: levangabechava /orthphoto.net/