Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Żyć wiarą, wierzyć życiem
Gabriel Szymczak, 11 stycznia 2026
Żyć wiarą, wierzyć życiem.
Nie wiem, kto jest autorem tego stwierdzenia, przemknęło mi przed oczami gdzieś w mediach społecznościowych. Ale choć widziałem je zaledwie przez moment, zapamiętałem, bo jest ważne. Kimkolwiek więc jesteś, Autorze – dzięki za tę refleksję.
Zawsze frapowały mnie słowa apostoła Pawła z 1 Listu do Tesaloniczan 5, 17 – nieustannie się módlcie. Dawniej wydawało mi się, że są one jedynie wyznacznikiem monasterskiego sposobu życia. Gdybym miał spojrzeć z perspektywy katolickiej – to byłby to nawet zakon kontemplacyjny, klauzurowy (praktycznie odcięty od świata zewnętrznego i skupiony właśnie na modlitwie). Będąc prawosławnym, powiedziałbym, iż ich odzwierciedleniem jest modlitwa Jezusowa, której najwyższa forma – modlitwa serca – również kojarzy się raczej z mniszkami i mnichami, i to nawet już bardzo zaawansowanymi w duchowej formacji.
Ale to jest pójście na łatwiznę, usprawiedliwienie siebie wobec zarzutu, że takiej nieustannej modlitwy we mnie nie ma. Bo jak mam się tak modlić, skoro mam swoją pracę, rodzinę, dziesiątki ludzi wokół, z którymi muszę wejść w interakcję, bo takie jest moje życie, mój zawód? Bo muszę myśleć najpierw o zarobieniu na życie, by w wolniejszej, spokojniejszej chwili zacząć zastanawiać się nad jego sensem. Jezus Chrystus mówił co prawda: Nie martwcie się więc, mówiąc: Co będziemy jedli lub co pili, lub w co się przyodziejemy? Tego wszystkiego bowiem poganie poszukują. A przecież Ojciec wasz niebiański wie, że potrzebujecie tego wszystkiego. Szukajcie nade wszystko Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, a to wszystko będzie wam przydane. Nie martwcie się więc o jutro, jutro bowiem samo o siebie martwić się będzie, starczą bowiem dniowi utrapienia jego (Mt 6, 31-34), co jednak będzie, jeśli stracę pracę za „bujanie w obłokach” lub stan konta spadnie do zera? Jak to się mówi – czasem Panu Bogu trzeba dopomagać, więc lepiej czuwać i brać sprawy w swoje ręce.
Tylko jaka jest wtedy różnica między mną a resztą świata? Na szybko (o ile w ogóle) odmówiona modlitwa rano i wieczorem? Dwie godziny w cerkwi w niedzielę czy w święto? Duma z ewentualnych kolejnych dwóch, jeśli dotrę na całonocne czuwanie? Może nawet na liturgii wsłucham się w czytania, w kazanie, i postaram się coś zapamiętać, coś zastosować w życiu. A jak Bóg pozwoli, to w Wielkim Poście się za siebie wezmę – pójdę raz, drugi na kanon, na Pasję, do spowiedzi i Eucharystii. Jakoś połączę te duchowe momenty ze zwykłym, codziennym życiem.
No właśnie – połączę. Dwie oddzielne rzeczywistości.
U ewangelisty Marka czytamy o Jezusie obserwującym ludzi wrzucających datki do skarbony w Świątyni Jerozolimskiej. Liczni zamożni wrzucali wiele, a pewna uboga wdowa wrzuciła dwie najdrobniejsze monety. Uczniowie Mistrza usłyszeli wtedy Jego komentarz: Ta biedna wdowa wrzuciła więcej niż wszyscy. Wszyscy bowiem dawali ze swej obfitości, ta zaś ze swego niedostatku: dała wszystko, co miała na życie (Mk 12, 41-44).
Najczęściej patrzymy na ten fragment jako na wzorzec prawdziwej pobożności, oddania Bogu z serca wszystkiego, co człowiek posiada, nawet jeśli dla świata jest to marność nad marnościami. Tymczasem ta kobieta po prostu żyła wiarą – oddała Bogu wszystko, co miała, co od Niego wcześniej otrzymała. Nic sobie nie pozostawiła na swoje utrzymanie. Ktoś powie – nierozsądna, co teraz zrobi? Ale jeśli jej życie to życie wiarą, to wiedziała, że cokolwiek odda Bogu ze szczerego serca, On jej to zwróci, nie pozostawi jej bez opieki. Ufała Mu, zawierzyła Mu samą siebie, swoje istnienie.
Ona nie musiała się na moment przełączyć w tryb wiary czy religijności, jak być może robili ci dający z tego, co im zbywało. Oni na chwilę stawali się szczodrzy wobec Boga, wykonywali swój obowiązek i zapewne wracali do swego codziennego życia. Ona zaś całe swoje życie złożyła Bogu w darze. Nie pozostało jej już nic, do czego miałaby wracać. Bóg był jej całym życiem.
Są kazania, które mocno zapadają w serce. W pierwszej chwili odrzucone, bo ich treść wydaje się nie pasować do audytorium, do „zwykłych wiernych”, obarczonych życiem w tym świecie, zabieganych, zatroskanych o rodzinę, o byt, o ziemską przyszłość. Nie mających ani czasu, ani tym bardziej sił na zastanawianie się nad swoim życiem w kontekście jego całkowitego oddania Bogu.
Takie było kazanie władyki Jakuba w dzień wspomnienia św. apostoła i ewangelisty Łukasza, który kilka lat temu wypadł w niedzielę, stąd część homilii poświęcona była właśnie świętemu. Czas upływa, ale niektóre słowa ciągle są w mojej pamięci i ciągle prowokują.
Na koniec homilii władyka powiedział, że święty zostawił nam swoje teksty, Ewangelię i Dzieje Apostolskie, i rzucił też w naszą stronę pytanie: „czego święty Łukasz by sobie życzył od nas?” Byłem przekonany, że za chwilę usłyszę zwyczajowe „abyśmy czytali jego Ewangelię i z jej kart czerpali naukę o Bogu i o tym, jak żyć, aby dostąpić zbawienia. Amen”. Byłoby to idealne zakończenie kazania, po którym można sobie powiedzieć: „ok, zajrzę kiedyś do tej Ewangelii”, po czym spokojnie dalej robić swoje.
Padły jednak inne słowa - „chciałby, abyśmy tak jak on zostawili wszystko i poszli za Chrystusem, oddając Mu całe nasze życie”.
Władyka nie mówił do mnichów ani nawet diecezjalnych księży, choć i ci - mając rodziny i dzieci - też doczesnością jakoś muszą się zajmować. Nikt z nas nie zostawi wszystkiego, nie odejdzie od rodziny, z pracy, i nie zacznie „chodzić za Chrystusem”, tak jak szli ludzie 2000 lat temu. Wszyscy nie wstąpimy też przecież do monasteru. Jaki więc jest sens głoszenia tak nierealnego oczekiwania?
Wszystko, co mamy, to całe nasze życie. I to jest jednocześnie nasz wdowi grosz.
To życie otrzymaliśmy od Boga i choć może się nam wydawać, że to, co w nim osiągamy, sami wypracowujemy – to jest tak również dlatego, że od Niego otrzymaliśmy konkretne talenty, potencjał, który pozwala nam działać i odnosić sukcesy. Nasz wkład to zaangażowanie i ich wykorzystanie, to rozwijanie samych siebie – także po to, by służyć innym, spłacając w ten sposób dług wobec naszego Darczyńcy.
Władykowe „pójście za Chrystusem i oddanie Mu całego naszego życia” to wrzucenie tego wdowiego grosza do świątynnego skarbca. To potwierdzenie Bogu, że Mu ufam, że wiem, iż mnie nie zostawi. Że nie mam nic swojego poza moją ludzką wolą życia z Nim, w Nim i dla Niego. I że to On jest moją jedyną rzeczywistością, do której nie muszę się przełączać, bo żadna inna nie istnieje. A jeśli jest tylko ta Jego rzeczywistość, to całe moje życie – rodzina, praca, nauka, odpoczynek – wszystko toczy się w Nim. Żyję wiarą.
Czy jeśli jednak zwątpię, zawaham się, gdy przeszyje mnie dreszcz niepewności – czy wtedy Bóg się ode mnie odwróci? Uzna, że nie jestem Go godny?
Spójrzmy na dwa fragmenty Ewangelii wg św. Mateusza:
rozdział 3 – Jezus przychodzi do św. Jana Chrzciciela, by przyjąć od niego chrzest. Jan zaś zabraniał Mu, mówiąc: - To ja potrzebuję być przez Ciebie ochrzczony, a Ty przychodzisz do mnie? (Mt 3, 14),
i rozdział 11: Jan posłał do Niego dwóch ze swoich uczniów, by zapytać: Ty jesteś przychodzącym czy też innego oczekujemy? (Mt 11, 2-3)
Jan pytał, mimo iż słyszał już o czynach Jezusa. Ten, który wcześniej nie miał wątpliwości, że o chrzest prosi go sam Mesjasz, od Którego to on powinien przyjmować chrzest, a nie odwrotnie, wtrącony do więzienia zaczyna się zastanawiać, zaczyna pytać, wydaje się wątpić w posłannictwo i osobę Jezusa. A Jezus, mimo tych jego rozterek, mówił o nim jako o największym z proroków.
Jesteśmy tylko ludźmi. Wierząc, nie tracimy naszej słabości. Ważniejsze jest, co z nią robimy. Czy się jej poddajemy, czy jak Jan – pytamy, szukamy wskazówek, szukamy śladu Bożej obecności.
„Pójść za Chrystusem” to wejść razem z Nim w świat, także w cierpienie, ból, nędzę, śmierć. Tego doświadczali ludzie, do których szedł, którym swoim nauczaniem i działaniem głosił Ewangelię.
„Oddać Mu życie” - to trwać przy Nim, czasem wbrew wszystkiemu i wszystkim. Jak mawiali starożytni: contra spem (et omnes) spero – mam nadzieję wbrew nadziei (i wbrew wszystkiemu, i wszystkim).
„Zostawić wszystko, pójść za Chrystusem, oddając Mu całe nasze życie” - to żyć wiarą.
A jeśli żyję wiarą, to wierzę życiem. Nawet jeśli są w nim wątpliwości czy upadki, to i tak świadczy ono o Tym, w Kogo wierzę. Moje życie i moja wiara są jednością. I takie życie jest nieustanną modlitwą.
W niedawno opublikowanym tekście zacytowałem słowa mojego przyjaciela, który widząc zło tego świata, odrzucił Boga, stwierdzając: „Jaki Bóg, taki świat”. Bóg nie może być dobry i miłosierny, bo świat, który stworzył, taki nie jest.
W swojej wypowiedzi użył prawidłowych słów, ale ułożył je w niewłaściwej kolejności i zabrakło mu dwóch kluczowych.
Prawidłowo powinien był powiedzieć: „Jaki świat wierzących, taka wizja Boga”.
Świat dziś szczególnie dobitnie mówi „sprawdzam”. Czy to, co mówisz, faktycznie jest tym, według czego żyjesz? Czy twoja wiara jest twoim całym życiem, czy to tylko moment przełączenia w tę inną rzeczywistość, po czym wszystko wraca do codziennej normy - gniewu, zapalczywości, złości, znieważania, haniebnej mowy od ust naszych, okłamywania się nawzajem (por. Kol 3, 8)?
Jeśli coś ten świat może od Boga szczególnie mocno oddzielać, to możemy to być właśnie my. Mówimy o Bogu wielkim, wszechmocnym, bliskim i opiekuńczym wobec człowieka (bo czymże innym jest Wcielenie i Wielki Tydzień, jak nie przejawem Jego troski o nas i wyciągnięciem ręki do grzeszników, by nas zbawić?), lecz to, jak żyjemy, tworzy wizję Boga szpetnego, małostkowego i okrutnego, bo tacy jesteśmy na co dzień. Takie jest nasze życie.
Czasem trzeba się na chwilę zatrzymać i zadać sobie pytanie – jak żyję? O czym i o Kim świadczy moje życie? Jakie słowo o Bogu widać we mnie, w mojej codzienności? Czy Biblia, o której mówię z takim nabożeństwem i którą całuję jak świętość, to świadectwo Bożej Opatrzności, którego żywą stronicą jest każdy wierzący – a więc także ja, czy jednak tylko księga z gatunku fantasy?
W tym świątecznym okresie niekiedy słychać głosy oburzenia na świat, że skomercjalizował i spłycił Wcielenie, i zastąpił jego przesłanie i znaczenie migającymi lampkami choinkowymi. A jeśli zrobił to dlatego, że lampki po prostu dają dokładnie to, co obiecują – światło, kolor, migotanie? Kupując je, wiesz, co dostaniesz, nie ma różnicy między obietnicą a rzeczywistością. Tymczasem o Bogu słyszysz i czytasz jedno, ale obserwując nas – często widzisz coś zupełnie innego. Mówimy jedno, robimy drugie. Nie jesteśmy tak wiarygodni, jak te lampki. Dlatego to po nie sięga świat.
Jedna rzeczywistość. Ta, której Panem i Sensem jest Bóg. Ten, który jest Panem nieba i ziemi, który sam daje wszystkim życie i tchnienie, i wszystko. Niedaleko jest od każdego z nas. W Nim bowiem żyjemy i poruszamy się, i jesteśmy (Dz 17, 24-28).
Żyć wiarą, wierzyć życiem. Nie ma ani innej drogi do Boga - ani lepszego świadectwa o Nim.
Gabriel Szymczak
fotografia: nicoolphoto /orthphoto.net/
Nie wiem, kto jest autorem tego stwierdzenia, przemknęło mi przed oczami gdzieś w mediach społecznościowych. Ale choć widziałem je zaledwie przez moment, zapamiętałem, bo jest ważne. Kimkolwiek więc jesteś, Autorze – dzięki za tę refleksję.
Zawsze frapowały mnie słowa apostoła Pawła z 1 Listu do Tesaloniczan 5, 17 – nieustannie się módlcie. Dawniej wydawało mi się, że są one jedynie wyznacznikiem monasterskiego sposobu życia. Gdybym miał spojrzeć z perspektywy katolickiej – to byłby to nawet zakon kontemplacyjny, klauzurowy (praktycznie odcięty od świata zewnętrznego i skupiony właśnie na modlitwie). Będąc prawosławnym, powiedziałbym, iż ich odzwierciedleniem jest modlitwa Jezusowa, której najwyższa forma – modlitwa serca – również kojarzy się raczej z mniszkami i mnichami, i to nawet już bardzo zaawansowanymi w duchowej formacji.
Ale to jest pójście na łatwiznę, usprawiedliwienie siebie wobec zarzutu, że takiej nieustannej modlitwy we mnie nie ma. Bo jak mam się tak modlić, skoro mam swoją pracę, rodzinę, dziesiątki ludzi wokół, z którymi muszę wejść w interakcję, bo takie jest moje życie, mój zawód? Bo muszę myśleć najpierw o zarobieniu na życie, by w wolniejszej, spokojniejszej chwili zacząć zastanawiać się nad jego sensem. Jezus Chrystus mówił co prawda: Nie martwcie się więc, mówiąc: Co będziemy jedli lub co pili, lub w co się przyodziejemy? Tego wszystkiego bowiem poganie poszukują. A przecież Ojciec wasz niebiański wie, że potrzebujecie tego wszystkiego. Szukajcie nade wszystko Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, a to wszystko będzie wam przydane. Nie martwcie się więc o jutro, jutro bowiem samo o siebie martwić się będzie, starczą bowiem dniowi utrapienia jego (Mt 6, 31-34), co jednak będzie, jeśli stracę pracę za „bujanie w obłokach” lub stan konta spadnie do zera? Jak to się mówi – czasem Panu Bogu trzeba dopomagać, więc lepiej czuwać i brać sprawy w swoje ręce.
Tylko jaka jest wtedy różnica między mną a resztą świata? Na szybko (o ile w ogóle) odmówiona modlitwa rano i wieczorem? Dwie godziny w cerkwi w niedzielę czy w święto? Duma z ewentualnych kolejnych dwóch, jeśli dotrę na całonocne czuwanie? Może nawet na liturgii wsłucham się w czytania, w kazanie, i postaram się coś zapamiętać, coś zastosować w życiu. A jak Bóg pozwoli, to w Wielkim Poście się za siebie wezmę – pójdę raz, drugi na kanon, na Pasję, do spowiedzi i Eucharystii. Jakoś połączę te duchowe momenty ze zwykłym, codziennym życiem.
No właśnie – połączę. Dwie oddzielne rzeczywistości.
U ewangelisty Marka czytamy o Jezusie obserwującym ludzi wrzucających datki do skarbony w Świątyni Jerozolimskiej. Liczni zamożni wrzucali wiele, a pewna uboga wdowa wrzuciła dwie najdrobniejsze monety. Uczniowie Mistrza usłyszeli wtedy Jego komentarz: Ta biedna wdowa wrzuciła więcej niż wszyscy. Wszyscy bowiem dawali ze swej obfitości, ta zaś ze swego niedostatku: dała wszystko, co miała na życie (Mk 12, 41-44).
Najczęściej patrzymy na ten fragment jako na wzorzec prawdziwej pobożności, oddania Bogu z serca wszystkiego, co człowiek posiada, nawet jeśli dla świata jest to marność nad marnościami. Tymczasem ta kobieta po prostu żyła wiarą – oddała Bogu wszystko, co miała, co od Niego wcześniej otrzymała. Nic sobie nie pozostawiła na swoje utrzymanie. Ktoś powie – nierozsądna, co teraz zrobi? Ale jeśli jej życie to życie wiarą, to wiedziała, że cokolwiek odda Bogu ze szczerego serca, On jej to zwróci, nie pozostawi jej bez opieki. Ufała Mu, zawierzyła Mu samą siebie, swoje istnienie.
Ona nie musiała się na moment przełączyć w tryb wiary czy religijności, jak być może robili ci dający z tego, co im zbywało. Oni na chwilę stawali się szczodrzy wobec Boga, wykonywali swój obowiązek i zapewne wracali do swego codziennego życia. Ona zaś całe swoje życie złożyła Bogu w darze. Nie pozostało jej już nic, do czego miałaby wracać. Bóg był jej całym życiem.
Są kazania, które mocno zapadają w serce. W pierwszej chwili odrzucone, bo ich treść wydaje się nie pasować do audytorium, do „zwykłych wiernych”, obarczonych życiem w tym świecie, zabieganych, zatroskanych o rodzinę, o byt, o ziemską przyszłość. Nie mających ani czasu, ani tym bardziej sił na zastanawianie się nad swoim życiem w kontekście jego całkowitego oddania Bogu.
Takie było kazanie władyki Jakuba w dzień wspomnienia św. apostoła i ewangelisty Łukasza, który kilka lat temu wypadł w niedzielę, stąd część homilii poświęcona była właśnie świętemu. Czas upływa, ale niektóre słowa ciągle są w mojej pamięci i ciągle prowokują.
Na koniec homilii władyka powiedział, że święty zostawił nam swoje teksty, Ewangelię i Dzieje Apostolskie, i rzucił też w naszą stronę pytanie: „czego święty Łukasz by sobie życzył od nas?” Byłem przekonany, że za chwilę usłyszę zwyczajowe „abyśmy czytali jego Ewangelię i z jej kart czerpali naukę o Bogu i o tym, jak żyć, aby dostąpić zbawienia. Amen”. Byłoby to idealne zakończenie kazania, po którym można sobie powiedzieć: „ok, zajrzę kiedyś do tej Ewangelii”, po czym spokojnie dalej robić swoje.
Padły jednak inne słowa - „chciałby, abyśmy tak jak on zostawili wszystko i poszli za Chrystusem, oddając Mu całe nasze życie”.
Władyka nie mówił do mnichów ani nawet diecezjalnych księży, choć i ci - mając rodziny i dzieci - też doczesnością jakoś muszą się zajmować. Nikt z nas nie zostawi wszystkiego, nie odejdzie od rodziny, z pracy, i nie zacznie „chodzić za Chrystusem”, tak jak szli ludzie 2000 lat temu. Wszyscy nie wstąpimy też przecież do monasteru. Jaki więc jest sens głoszenia tak nierealnego oczekiwania?
Wszystko, co mamy, to całe nasze życie. I to jest jednocześnie nasz wdowi grosz.
To życie otrzymaliśmy od Boga i choć może się nam wydawać, że to, co w nim osiągamy, sami wypracowujemy – to jest tak również dlatego, że od Niego otrzymaliśmy konkretne talenty, potencjał, który pozwala nam działać i odnosić sukcesy. Nasz wkład to zaangażowanie i ich wykorzystanie, to rozwijanie samych siebie – także po to, by służyć innym, spłacając w ten sposób dług wobec naszego Darczyńcy.
Władykowe „pójście za Chrystusem i oddanie Mu całego naszego życia” to wrzucenie tego wdowiego grosza do świątynnego skarbca. To potwierdzenie Bogu, że Mu ufam, że wiem, iż mnie nie zostawi. Że nie mam nic swojego poza moją ludzką wolą życia z Nim, w Nim i dla Niego. I że to On jest moją jedyną rzeczywistością, do której nie muszę się przełączać, bo żadna inna nie istnieje. A jeśli jest tylko ta Jego rzeczywistość, to całe moje życie – rodzina, praca, nauka, odpoczynek – wszystko toczy się w Nim. Żyję wiarą.
Czy jeśli jednak zwątpię, zawaham się, gdy przeszyje mnie dreszcz niepewności – czy wtedy Bóg się ode mnie odwróci? Uzna, że nie jestem Go godny?
Spójrzmy na dwa fragmenty Ewangelii wg św. Mateusza:
rozdział 3 – Jezus przychodzi do św. Jana Chrzciciela, by przyjąć od niego chrzest. Jan zaś zabraniał Mu, mówiąc: - To ja potrzebuję być przez Ciebie ochrzczony, a Ty przychodzisz do mnie? (Mt 3, 14),
i rozdział 11: Jan posłał do Niego dwóch ze swoich uczniów, by zapytać: Ty jesteś przychodzącym czy też innego oczekujemy? (Mt 11, 2-3)
Jan pytał, mimo iż słyszał już o czynach Jezusa. Ten, który wcześniej nie miał wątpliwości, że o chrzest prosi go sam Mesjasz, od Którego to on powinien przyjmować chrzest, a nie odwrotnie, wtrącony do więzienia zaczyna się zastanawiać, zaczyna pytać, wydaje się wątpić w posłannictwo i osobę Jezusa. A Jezus, mimo tych jego rozterek, mówił o nim jako o największym z proroków.
Jesteśmy tylko ludźmi. Wierząc, nie tracimy naszej słabości. Ważniejsze jest, co z nią robimy. Czy się jej poddajemy, czy jak Jan – pytamy, szukamy wskazówek, szukamy śladu Bożej obecności.
„Pójść za Chrystusem” to wejść razem z Nim w świat, także w cierpienie, ból, nędzę, śmierć. Tego doświadczali ludzie, do których szedł, którym swoim nauczaniem i działaniem głosił Ewangelię.
„Oddać Mu życie” - to trwać przy Nim, czasem wbrew wszystkiemu i wszystkim. Jak mawiali starożytni: contra spem (et omnes) spero – mam nadzieję wbrew nadziei (i wbrew wszystkiemu, i wszystkim).
„Zostawić wszystko, pójść za Chrystusem, oddając Mu całe nasze życie” - to żyć wiarą.
A jeśli żyję wiarą, to wierzę życiem. Nawet jeśli są w nim wątpliwości czy upadki, to i tak świadczy ono o Tym, w Kogo wierzę. Moje życie i moja wiara są jednością. I takie życie jest nieustanną modlitwą.
W niedawno opublikowanym tekście zacytowałem słowa mojego przyjaciela, który widząc zło tego świata, odrzucił Boga, stwierdzając: „Jaki Bóg, taki świat”. Bóg nie może być dobry i miłosierny, bo świat, który stworzył, taki nie jest.
W swojej wypowiedzi użył prawidłowych słów, ale ułożył je w niewłaściwej kolejności i zabrakło mu dwóch kluczowych.
Prawidłowo powinien był powiedzieć: „Jaki świat wierzących, taka wizja Boga”.
Świat dziś szczególnie dobitnie mówi „sprawdzam”. Czy to, co mówisz, faktycznie jest tym, według czego żyjesz? Czy twoja wiara jest twoim całym życiem, czy to tylko moment przełączenia w tę inną rzeczywistość, po czym wszystko wraca do codziennej normy - gniewu, zapalczywości, złości, znieważania, haniebnej mowy od ust naszych, okłamywania się nawzajem (por. Kol 3, 8)?
Jeśli coś ten świat może od Boga szczególnie mocno oddzielać, to możemy to być właśnie my. Mówimy o Bogu wielkim, wszechmocnym, bliskim i opiekuńczym wobec człowieka (bo czymże innym jest Wcielenie i Wielki Tydzień, jak nie przejawem Jego troski o nas i wyciągnięciem ręki do grzeszników, by nas zbawić?), lecz to, jak żyjemy, tworzy wizję Boga szpetnego, małostkowego i okrutnego, bo tacy jesteśmy na co dzień. Takie jest nasze życie.
Czasem trzeba się na chwilę zatrzymać i zadać sobie pytanie – jak żyję? O czym i o Kim świadczy moje życie? Jakie słowo o Bogu widać we mnie, w mojej codzienności? Czy Biblia, o której mówię z takim nabożeństwem i którą całuję jak świętość, to świadectwo Bożej Opatrzności, którego żywą stronicą jest każdy wierzący – a więc także ja, czy jednak tylko księga z gatunku fantasy?
W tym świątecznym okresie niekiedy słychać głosy oburzenia na świat, że skomercjalizował i spłycił Wcielenie, i zastąpił jego przesłanie i znaczenie migającymi lampkami choinkowymi. A jeśli zrobił to dlatego, że lampki po prostu dają dokładnie to, co obiecują – światło, kolor, migotanie? Kupując je, wiesz, co dostaniesz, nie ma różnicy między obietnicą a rzeczywistością. Tymczasem o Bogu słyszysz i czytasz jedno, ale obserwując nas – często widzisz coś zupełnie innego. Mówimy jedno, robimy drugie. Nie jesteśmy tak wiarygodni, jak te lampki. Dlatego to po nie sięga świat.
Jedna rzeczywistość. Ta, której Panem i Sensem jest Bóg. Ten, który jest Panem nieba i ziemi, który sam daje wszystkim życie i tchnienie, i wszystko. Niedaleko jest od każdego z nas. W Nim bowiem żyjemy i poruszamy się, i jesteśmy (Dz 17, 24-28).
Żyć wiarą, wierzyć życiem. Nie ma ani innej drogi do Boga - ani lepszego świadectwa o Nim.
Gabriel Szymczak
fotografia: nicoolphoto /orthphoto.net/