publicystyka: Być małym na Boże Narodzenie
kuchnia muzyka sklep ogłoszenia wydarzenia fotogalerie

Być małym na Boże Narodzenie

o. Stephen Freeman (tłum. Gabriel Szymczak), 28 grudnia 2025

Dzieci w dzisiejszych czasach wychowuje się z marzeniami o wielkości. Kulturowe afirmacje naszego nieograniczonego potencjału, w dobrej wierze, nie wykształciły pokolenia ludzi sukcesu, ale wręcz przeciwnie – zrodziły hordy wielkich marzeń. To nic nowego w amerykańskiej kulturze. Jesteśmy najdłużej utrzymującą się na świecie kulturą motywującego słowa. Ronald Reagan uwielbiał cytować przebój Johnny'ego Mercera z 1945 roku:
Musisz akcentować to, co pozytywne
Wyeliminować to, co negatywne
Skup się na tym, co afirmujące
Nie zadawaj się ze średniakiem


Śpiewamy pieśni postępu w ewangelii stale doskonalącego się świata. Dziś jest to cel, który motywuje niemal każde przedsięwzięcie, zarówno publiczne, jak i prywatne. Jednak kult postępu jest odrzuceniem łaski.

Oczywiście, świat postępu i motywujących słów wydaje się całkiem niewinny, a nawet można mu przypisać inspirację do innowacji i wysiłku. W swej istocie jest on zakorzeniony w wierze chrześcijańskiej, choć w heretyckiej wersji, która pojawiła się w XVIII i XIX wieku. Zbiegła się ona z wielkim amerykańskim pędem na Zachód. Z ich połączenia powstało to, co dziś jest największym motorem napędowym kultury nowoczesnej i najbardziej dominującą cywilizacją w historii świata.

„Postęp”, jako słowo w obecnym znaczeniu, sięga zaledwie XIX wieku. Opisuje ono rodzaj eschatologii, chrześcijańską doktrynę końca wszechrzeczy. Tradycyjnie chrześcijaństwo głosi, że u kresu czasów Chrystus powróci i objawi pełnię Królestwa Bożego. Mistycznie Kościół również potwierdzał, że to Królestwo-które-ma-nadejść jest w jakiś sposób już obecne w sakramentalnym życiu Kościoła. XIX-wieczna koncepcja głosiła jednak, że Królestwo jest czymś danym ludzkości do zbudowania. Kierując się modelem sprawiedliwości opisanym w Piśmie Świętym, naszym zadaniem było zaprowadzenie Królestwa na tym świecie, eliminując ubóstwo i niesprawiedliwość. Amerykańscy chrześcijanie XIX wieku, wykraczając poza wszelkie teorie, nie tylko przyjęli tę nową ideę, ale wręcz wierzyli, że już widzą jej urzeczywistnienie. „Od morza do morza” – łaska Boża coraz bardziej objawiała się w rozwijającym się losie amerykańskiego stulecia.

Ta początkowo chrześcijańska wiara dawno już zrzuciła z siebie zewnętrzne religijne pozory i przybrała kształt współczesnego sekularyzmu. Nie powinniśmy jednak lekceważyć religijnej natury nowoczesności. Żadna religia nigdy nie była bardziej pewna swojej słuszności ani stosowalności dla wszystkich ludzi, wszędzie i zawsze, niż wyznawcy i praktycy współczesnego postępu. Postęp ten zakłada wręcz, że wszystkie religie, wszędzie, po cichu zgodzą się na znalezienie swojego miejsca w apelu tych, którzy angażują się w budowę lepszego świata. W ramach zasad świeckiego postępu jest miejsce dla wszystkich.

Zwolennicy nowoczesności nie tylko są pewni słuszności swojego światopoglądu; wierzą, że powinien on być absolutnie oczywisty dla każdego rozsądnego człowieka. Opór jest reakcyjny, wynika z ignorancji lub złych intencji. Jednak w ramach klasycznego chrześcijaństwa jest to czysta herezja i być może najgroźniejsze zagrożenie, z jakim kiedykolwiek zetknęła się ludzkość.

Nikt nie może kwestionować czynienia dobra i pomagania ludziom (i z pewnością nie będę próbował). Jednak umieszczanie dobra, które czynimy (lub próbujemy czynić) w kontekście postępu lub czynienia świata „lepszym miejscem”, to poważne wypaczenie, które w rzeczywistości odwraca uwagę od naszego życia.

W tym kontekście warto zastanowić się nad pewnymi nawykami serca. Tok myślenia ukierunkowany na postęp i wielkość naszych osiągnięć ma swoje korzenie w wysiłkach rozumowania dyskursywnego, by osądzać, ważyć, mierzyć i porównywać. Staje się to nawykiem, który zaślepia nas na wiele rzeczy. Warto zauważyć, że zdolność osądzania, ważenia, mierzenia i porównywania to nie ta sama zdolność, która dostrzega piękno. Jest to zdolność użyteczności, stworzona dla narzędzi.

Ta zdolność serca, która dostrzega piękno, jest również zdolnością, która dostrzega rzeczy małe i te, które „nie mają znaczenia”. Nie jest to miejsce praktyczne ani nastawione na użyteczność. Ojcowie określają ją jako nous i często nazywają ją po prostu sercem. To miejsce, poprzez które mamy komunię z Bogiem. Co ciekawe, jest to również miejsce, które rozpoznaje Go w „najmniejszych z tych Moich braci”. To miejsce, które dostrzega osobowość we właściwej jej formie, w jej całkowitej wyjątkowości, a nigdy jako „jedną z wielu”.

Warto wziąć pod uwagę, że nasze codzienne życie jest niemal całkowicie wypełnione „drobnymi sprawami”. Niewielu z nas działa na arenie globalnej, a nawet na scenie znacznie większej niż garstka ludzi i rzeczy. Nasze interakcje często powtarzają się wielokrotnie, tworząc rodzaj swojskości, która może przytępić naszą uwagę. Jesteśmy inkulturowani w świecie „ważnych” rzeczy. Czytamy o ważnych rzeczach z przeszłości (i nazywamy to historią); Jesteśmy narażeni na „ważne” rzeczy przez cały dzień (i nazywamy to wiadomościami). Uczymy się mieć bardzo silne opinie na temat rzeczy, o których wiemy niewiele, i na temat ludzi, których nigdy nie spotkaliśmy.

Wpoiliśmy sobie etykę tego, co ważne – formę ceniącą uczucia ponad wszystko. Często słyszymy na różne sposoby, że jeśli zależy nam na pewnych rzeczach, jeśli lubimy pewnych ludzi, a nie lubimy innych, jeśli rozumiemy pewne fakty – jesteśmy dobrymi ludźmi. A jesteśmy dobrzy, ponieważ jesteśmy częścią większej siły, która czyni świat lepszym miejscem. Wszystko to jest w dużej mierze fikcją, produktem ubocznym fałszywej religii nowoczesności. Dla wielu ludzi stało się to nawet treścią ich chrześcijaństwa.

Przykazania Chrystusa zawsze wskazują na to, co szczegółowe i drobne. Nie chodzi o to, że całość, „szerszy obraz”, nie ma znaczenia, ale o to, że nie żyjemy w „szerszym obrazie”. Ten obraz jest produktem współczesnych praktyk ankiet, pomiarów, prognoz i statystyk. Założenia leżące u podstaw tej praktyki nie są założeniami wiary chrześcijańskiej. Oferują one (lub udają, że oferują) „boski punkt widzenia” na świat i sugerują, że możemy kierować światem ku pożądanemu celowi. Nic dziwnego, że współczesny świat jest coraz bardziej „obserwowany”. Obecnie prawie 1100 aktywnych satelitów monitoruje Ziemię (unoszącą się w morzu ponad 500 000 cząstek wytworzonych przez człowieka). Monitoring wizyjny staje się coraz bardziej powszechny w dużych miastach świata. Praktycznie każda czynność wykonywana na komputerze jest rejestrowana. Wszystko to jest dążeniem do Człowieka-Boga.

Dążenie samego Boga kieruje się jednak ku temu, co małe i szczególne, „nieistotne” i zapomniane. We wcielonym dziele Chrystusa Bóg wkracza w nasz świat w słabości i w ciągłym akcie samooczyszczania. Identyfikuje ludzi po imieniu i angażuje ich jako osoby. Oczywiście, Chrystus mógł podnieść palec i uleczyć każdą dolegliwość w Izraelu w jednej chwili. Nie robił jednak tego. Sam ten fakt powinien dać nam do myślenia – bo to właśnie to, co uznalibyśmy za „ważne” (i coś, co stanowiło podstawę trzech kuszeń na pustyni). Wszyscy zostaliby uzdrowieni, ale nikt nie zostałby zbawiony. Uzdrowieni jedynie zachorowaliby i umarli później. To jest również powód, dla którego nie możemy mówić o zbawieniu w kategoriach uniwersalnych. Chociaż Chrystus działał w imieniu wszystkich i dla wszystkich, to działanie to może być zamanifestowane i zrealizowane jedynie w unikalny i szczególny sposób przez każdego.

Ten Boski „pęd” jest również właściwym kierunkiem dla naszego życia. Nasza właściwa uwaga skierowana jest na to, co małe, bezpośrednie, szczegółowe i teraźniejsze. Mówienie tego wywołuje u wielu niepokój, strach, że niezwrócenie uwagi na to, co większe i „ważne”, w jakiś sposób pogorszy sytuację. Możemy być pewni, że nasza uwaga nie poprawia sytuacji w ujęciu całościowym, podczas gdy ignorowanie konkretnych spraw jest z całą pewnością prawdziwą porażką. Nasze życie duchowe zależy od tego, co konkretne i szczegółowe – to tam angażuje się serce i tam spotyka ono Boga. W sprawy „większe” angażują się nasze uczucia, a nie serca. Nie można kochać „pokoju na świecie” ani „sprawiedliwości społecznej”. To kaprysy, które pozwalają nam ignorować pokój z otaczającymi nas ludźmi i sprawiedliwość wobec tych, których spotykamy. Bóg nie chce „szlachetnych” dusz – chce prawdziwych dusz, czyniących prawdziwe rzeczy, kochających prawdziwych ludzi, umierających prawdziwą śmiercią.

Podążajcie drogą Chrystusa i stańcie się mali na Boże Narodzenie.

Ks. Thomas Hopko w jednej ze swoich 55 maksym powiedział: „Bądźcie zwykłymi ludźmi, członkami rodzaju ludzkiego”.

W rzeczy samej.

o. Stephen Freeman (tłum. Gabriel Szymczak)

za: Glory to God for All Things

fotografia: alik /orthphoto.net/