publicystyka: Czy Bogarodzica wchodziła do świątyni? - spowiedź wątpiącego
kuchnia muzyka sklep ogłoszenia wydarzenia fotogalerie

Czy Bogarodzica wchodziła do świątyni? - spowiedź wątpiącego

diakon Jerzy Maksymov (tłum. Justyna Pikutin), 06 grudnia 2025

Pewnego razu mój przyjaciel opowiedział mi o artykule na jednej z teologicznych stron internetowych poświęconym tematyce święta Wprowadzenia do Świątyni Najświętszej Marii Panny. Głównym przesłaniem tego artykułu było to, że żadnego wprowadzenia do świątyni właściwie nie było – tak uznało „wielu badaczy”, a „wielu badaczy”, jak wiadomo, nigdy się nie myli.

I przypomniałem sobie, że kiedyś, jakieś dziesięć lat temu, ja również nie wierzyłem w historyczność Wprowadzenia Najświętszej Bogarodzicy do Świątyni i uważałem się za bardzo mądrego i postępowego w tej kwestii. Wierzyłem, że to moja własna opinia, choć tak naprawdę wyczytałem ją u jednego z „wielu badaczy” lub nawet po prostu u kogoś, kto ich czci. Argument, który wydawał mi się nie do podważenia, polegał na tym, że samo to wydarzenie nie pasuje do tego, co wiadomo o stosunku starożytnych Żydów do świątyni, a nawet jest sprzeczne z niektórymi zasadami (wchodzenie do świątyni było dostępne wyłącznie dla mężczyzn).

I tak żyłem sobie z takim przekonaniem, a potem – powiedzmy, dziewięć lat temu – nagle zacząłem się zastanawiać: czyżby na moich oczach nie zdarzały się wyjątki, na przykład w życiu cerkiewnym? I nie chodzi tu o naruszenia, ale o te wyjątki, które dzieją się wyraźnie z woli samego Boga – czyżby nie było takich przypadków? Były i są. Wyjątki od reguł się zdarzają. A o tym, że zdarzały się one również w czasach Starego Testamentu, sam Chrystus zaświadczył starożytnym mędrcom: „Czy nie czytaliście, co uczynił Dawid, gdy zgłodniał, i ci, którzy z nim byli? Jak wszedł do Domu Bożego i zjadł chleby pokładne, których nie godziło się jeść ani jemu, ani tym, którzy z nim byli, a jedynie kapłanom?” (Mt 12, 3-4).

Gdyby jednak Chrystus nie wypowiedział tych słów, z pewnością znaleźliby się dzisiejsi mędrcy, którzy napisaliby artykuł o tym, że epizod z chlebami ofiarnymi, opisany w 21 rozdziale pierwszej Księgi Samuela, według „wielu badaczy” jest niczym więcej niż fikcją, ponieważ jest sprzeczny z Prawem i wczesną tradycją żydowską, która jasno mówiła, że spożywanie tych chlebów było zawsze przywilejem wyłącznie kapłanów.

Jeśli wyjątki były i są, to takim wyjątkiem mogło być wprowadzenie Matki Bożej do świątyni – oto myśl, która przyszła mi do głowy. A skoro tak, to argument, o którym miałem tak wysokie mniemanie, jest nic nie wart. O „wielu badaczach” można z całą pewnością powiedzieć jedno: wszyscy oni pochodzą z XX, a w najlepszym razie z XIX wieku, i żaden z nich nie żył w czasach Świątyni Jerozolimskiej w I wieku p.n.e., aby móc poświadczyć z całą pewnością, co wtedy było, a czego nie było. Wszystko, co ma do dyspozycji „wielu badaczy”, to niewielki zbiór rozproszonych informacji ze źródeł pisanych i własna wyobraźnia. Co więcej, każdy brak tego pierwszego zawsze rekompensuje nadmiar tego drugiego. Święcie wierzyć, że historycy znają każdy krok i każdy gest dokonany dwa tysiące lat temu w jednym z pomieszczeń jednego z miast Imperium Rzymskiego, może tylko osoba całkowicie nieznająca się na historii.

Ja natomiast, dzięki Bogu, już dziesięć lat temu wiedziałem, że „wielu badaczy” dysponuje jedynie fragmentarycznymi informacjami z nielicznych źródeł na temat tak odległych wydarzeń, na podstawie których próbują oni z większym lub mniejszym prawdopodobieństwem formułować teoretyczne wnioski na temat sytuacji w danej epoce. Może to całkiem dobrze działać w odniesieniu do zwykłego biegu wydarzeń, ale jest bezsilne wobec wyjątków, tym bardziej takich, które nie miały szczęścia trafić do źródeł historycznych, zapisanych przez naocznych świadków i zachowanych do naszych dni.

Jeśli więc wprowadzenie Marii do świątyni mogło być nie zwykłym wydarzeniem, ale wyjątkiem, to sceptycyzm „wielu badaczy” XX wieku – niezależnie od tego, jak wielu ich było – ma, delikatnie mówiąc, niewielką wartość. To nie wiedza, a przypuszczenia. A przed domysłami „wielu badaczy” XX wieku znacznie większą wiarygodnością cieszy się źródło historyczne z II wieku („Protoewangelia Jakuba”), które zapisuje przekaz o wprowadzeniu Dziewicy Marii do świątyni jako realny fakt.

Tak pomyślałem dziewięć lat temu i zacząłem dopuszczać historyczność Wprowadzenia Matki Bożej do świątyni, i nadal wydawało mi się, że jestem bardzo mądry, choć nadal byłem takim samym głupcem i nie rozumiałem, że to wszystko bzdury, które nie mają żadnego związku z meritum sprawy.
Postaram się w końcu przejść do sedna. Ale zacznę od dalekiego.

Dlaczego tak bardzo zainteresowało mnie to, co przeczytałem u kogoś o niehistoryczności wydarzenia, któremu poświęcone jest to święto? Dlaczego tak łatwo się z tym zgodziłem? Argumenty, które nie zostały przytoczone na poparcie tej tezy, mnie zaskoczyły. Powodem było to, że ja, podobnie jak autor, którego czytałem, opierałem się na tych samych założeniach, które sprowadzały się do następujących aksjomatów:
1. „Ci, którzy żyli wcześniej, byli głupsi ode mnie”.
2. „Mogę i powinienem sam, opierając się na argumentach swego rozumu, określić, co jest prawdą”.

Właśnie dlatego tak łatwo zgodziłem się z tym, u kogo przeczytałem lub od kogo usłyszałem ideę o niehistoryczności święta Wprowadzenia. Szliśmy z nim z jednego punktu i w jednym kierunku, więc naturalne było, że doszliśmy do tego samego – do sceptycyzmu i uzasadnień tego sceptycyzmu. Jego idea okazała się dla mnie tak zaraźliwa właśnie ze względu na to wewnętrzne pokrewieństwo i jedność poglądów. To jest właśnie korzeń tego, co nazywamy modernizmem, korzeń ten od najmłodszych lat wpajano każdemu z nas i potrzeba wiele wysiłku, aby go z siebie wyrwać.

Tylko opierając się na dwóch wyżej wymienionych aksjomatach można, nie dostrzegając całej absurdalności takiego połączenia, jednocześnie uważać się za wierzącego chrześcijanina i sądzić, że lepiej wiesz, co wydarzyło się w życiu Dziewicy Marii niż chrześcijanie II wieku, niż święci German i Tarasiusz z Konstantynopola, święty Grzegorz Palamas i inni, którzy pisali o tych wydarzeniach jako o faktach, wreszcie niż sam Kościół, który ustanowił takie święto.

Jednak pycha, nawet w tak groteskowych formach, to tylko połowa problemu. Druga połowa to słaba wiara lub po prostu jej brak.

Jeśli nazywasz siebie prawosławnym chrześcijaninem, to znaczy, że wierzysz w istnienie wiecznego Boga, Który jest świadkiem wszystkich wydarzeń w historii ludzkości, Który objawia Swoją prawdę świętym ludziom, zarówno w dawnych czasach, jak i w czasach ostatnich; wierzysz, że On stworzył Cerkiew, która jest „filarem i podporą prawdy” (1 Tm 3, 15), której „bramy hadesu nie przemogą” (Mt 16, 18) i w której mieszka Duch Święty, o którym powiedziano: „was nauczy wszystkiego” (J 14, 26) i „poprowadzi was ku całej prawdzie” (J 16, 13). A to oznacza, że uznajesz, iż „Kościół nie może grzeszyć ani błądzić, ani mówić kłamstwa zamiast prawdy, ponieważ Duch Święty, zawsze działający poprzez wiernie służących ojców i nauczycieli Kościoła, chroni go przed wszelkimi błędami” (List Patriarchów Wschodnich o wierze prawosławnej, art. 12). A to oznacza, że wierzysz i uznajesz w Kościele to, co zostało ustanowione i głoszone jako prawda, w tym historyczność ustanowienia święta Wprowadzenia Najświętszej Bogarodzicy do świątyni.

Jeśli uważasz historię o tym wydarzeniu za fikcję i kłamstwo, to znaczy, że uważasz, że Kościół mówi kłamstwa zamiast prawdy – bo tutaj wszystko jest jednoznaczne, to nie jest tylko wypowiedź jakichś pojedynczych osób, czyjeś „prywatne zdanie”, ale jedno z dwunastu wielkich świąt, z ogólnocerkiewnym tekstem nabożeństw, z mnóstwem homilii ojców Kościoła na ten temat itp. – to znaczy, że Duch Święty nie chroni go przed błędami i nie kieruje ku wszelkiej prawdzie, a więc albo Bóg skłamał, albo po prostu nie istnieje.

Albo jedno, albo drugie. Albo wierzysz Bogu, albo nie wierzysz.

Wiara to zaufanie Bogu bardziej niż samemu sobie. To nie „ustalanie prawdy” własnym umysłem, ale poznawanie jej od Tego, Który ją posiada. A jeśli z Jego słowa – objawionego albo przez Pismo, albo przez Cerkiew – przyjmujesz tylko to, co możesz zrozumieć swoim umysłem i zgadzasz się uznać za godne zaufania, to w takiej postawie nie ma miejsca na wiarę, nie wierzysz Bogu, ale samemu sobie.

To nie jest wiara, to fałszywka.

A jeśli już wierzyć, to naprawdę.

Jeśli Bóg istnieje, to jest On świadkiem wszystkiego, jeśli stworzył Kościół i objawił mu prawdę, to znaczy, że należy wierzyć świadectwu Świadka, nawet jeśli nie jest to modne i popularne w oczach świata, nawet jeśli niewyobrażalna liczba „wielu badaczy” twierdzi coś innego.

Nie przez przypadek Bóg pozwala na istnienie i rozpowszechnianie modernistycznych idei o niehistoryczności wprowadzenia do świątyni i tym podobnych. Wszystko to dla naszego dobra. Popularność tych idei pomaga odróżnić wierzącego od niewierzącego, a samemu człowiekowi pomaga określić, gdzie znajduje się w stosunku do Boga. To tak jak z teorią ewolucji. Świat powtarza, że ludzie pochodzą od małp, a Bóg w Biblii mówi, że stworzył ludzi z ziemi. Wybierz więc i zobacz, do czego przywiązane jest twoje serce – do Boga czy do świata.

Ale tylko wtedy, gdy zaczynasz naprawdę wierzyć, gdy otwierasz się całkowicie na Boga, bez żadnych „tak, ale...”, „wszystko oprócz...” i „tak, tylko jeśli nie...”, tylko wtedy zdarzają się cuda i zaczyna się życie, w porównaniu z którym poprzednie wydaje się po prostu somnambulicznym istnieniem.

diakon Jerzy Maksymov (tłum. Justyna Pikutin)

za: pravoslavie.ru 

fotografia: pastaljon /orthphoto.net/