Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Krzyż w podzielonym, pełnym gniewu i podziału świecie
o. Luke A. Veronis (tłum. Gabriel Szymczak), 03 grudnia 2025
Nasz kraj nie tak dawno temu doznał wstrząsów. Zabójstwo Charliego Kirka. Kolejna strzelanina w szkole tego samego dnia. Przemoc, która napełniła nas szokiem, gniewem, strachem, a nawet odrętwieniem.
„Płakałem cały dzień, kiedy usłyszałem o śmierci Charliego Kirka” – żalił się jeden z parafian. Inny, przygnębiony, stwierdził: „To tak niepokojące, gdy śmierć wywołuje więcej podziałów zamiast jedności. Przerażające jest, ile nienawiści istnieje między różnymi stronami politycznymi w naszym kraju”.
Czujesz to?
Ten ciężar?
Ten ciężar w naszym społeczeństwie?
Żyjemy w czasach, gdy przemoc polityczna narasta ze wszystkich stron. Ludzie są wściekli i przestraszeni. Tragedie już nas nie szokują, ale napełniają furią, bo zdarzają się tak często. Kiedy śmierć ludzi – czy to polityków, czy dzieci w szkole – nie prowadzi do żałoby i jedności, a zamiast tego wywołuje więcej kłótni, więcej nienawiści, więcej podziałów, coś jest nie tak.
W tym wszystkim jednak rozglądam się po naszej parafialnej rodzinie i widzę coś innego.
Tu, w naszej cerkwi, nie wszyscy jesteśmy tacy sami. Nie wszyscy głosujemy tak samo. Nie wszyscy oglądamy te same wiadomości. Z pewnością nie wszyscy mamy te same poglądy polityczne. Mamy zagorzałych konserwatystów, siedzących obok zagorzałych postępowców. I jakoś – jakimś cudem – pozostajemy jedną wspólnotą, jedną rodziną. I jest między nami miłość.
Jak to możliwe?
Nie dlatego, że wszyscy jesteśmy z natury cierpliwi czy życzliwi. Nie dlatego, że znaleźliśmy idealną równowagę polityczną. Nie dlatego, że zawsze się zgadzamy. Nie! To dlatego, że w tej wspólnocie wiary staramy się skupiać na Dobrej Nowinie o Jezusie Chrystusie, a nie na naszej polityce.
W tym tygodniu w mediach społecznościowych o. Nicholas Halkias napisał prowokacyjną i mocną refleksję:
„Dusza Ameryki umiera. Nie dlatego, że zginęli Charlie Kirk, studenci w Denver, ukraińska imigrantka czy niewinne ofiary w Strefie Gazy, ale dlatego, że są ludzie, którzy cieszą się z tych śmierci”.
Pomyślcie o tym. Prawdziwą tragedią, prawdziwą śmiercią jest to, że ludzkie serca świętują śmierć innych. Zamieniliśmy naszych wrogów w potwory, zamiast postrzegać ich jako istoty ludzkie.
Nie ma usprawiedliwienia dla tego, co dzieje się teraz, a jeśli ktokolwiek zamierza wskazać palcem jako winnego kogoś innego niż on sam, to nawet nie dostrzega problemu. Jedyne, co może zapoczątkować odbudowę, to cztery słowa: „To ja jestem winny”.
Nie wiadomości. Nie rząd. Nie druga strona.
„To ja jestem winny”.
Tak łatwo powiedzieć: „Problemem są oni… gdyby tylko ta partia, ten polityk, ta grupa się zmieniła”. Ale Ewangelia nie pozwala nam wskazywać palcem. Ewangelia wzywa nas do pokuty, zaczynając od siebie.
Jestem winny, bo nie mówię z wystarczającą miłością.
Jestem winny, bo nie zachowuję pokoju pośród zamętu.
Jestem winny, bo nie słucham, kiedy powinienem.
Jestem winny, bo nie pocieszam tych, którzy cierpią.
Są ludzie, którzy cieszą się ze śmierci kogoś takiego jak Charlie Kirk. Ja jestem winny.
Są ludzie potępiający wszystkich demokratów i liberałów. Ja jestem winny.
Są ludzie żyjący w strachu. Ja jestem winny.
Są tacy, którzy uważają, że ich strona polityczna ma całkowitą rację, a druga strona jest całkowicie w błędzie. Ja jestem winny.
To kończy się na mnie. Na nikim innym. Ja jestem winny.
Te słowa bolą, prawda? Możesz nie chcieć ich usłyszeć. Możesz się nie zgadzać i nie chcieć przyznać: „Ja jestem winny”. A jednak tego właśnie uczy nas nasza wiara prawosławna. To jest Boża prawda. Jesteśmy stróżami naszego bliźniego. Nasza miłość do bliźniego prowadzi nas do utożsamienia się z nim.
„To ja jestem winien”.
Takie przesłanie odzwierciedla to, co jest sednem święta Podwyższenia Krzyża Chrystusowego.
Krzyż nie oznacza zemsty, nienawiści ani podziałów.
Krzyż to miłość w obliczu nienawiści.
Krzyż to przebaczenie w obliczu przemocy.
Krzyż to pojednanie w obliczu podziałów.
Krzyż to współczucie i łaska pośród sztywnego legalizmu.
Z krzyża nasz Pan zawołał: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. Bóg oczekuje, że będziemy okazywać w podobnym duchu miłosierdzie i łaskę naszym wrogom.
Za każdym razem, gdy czynimy znak krzyża lub gdy czujemy krzyż na szyi, musimy pamiętać o przebaczaniu, miłości, pojednaniu i działaniu jako mediatorzy. Za każdym razem, gdy całujemy krzyż, całujemy drogę miłosierdzia, współczucia, ofiarnej miłości.
A jak to wygląda w praktyce?
Kiedy ktoś publikuje w mediach społecznościowych coś, co doprowadza nas do wrzenia – nie reagujmy gniewem, sarkazmem, kpiną, lecz wybierajmy cierpliwość, zrozumienie i powściągliwość.
Kiedy rozmowa w pracy lub w rodzinie staje się gorąca z powodu różnicy zdań, nie podnośmy głosu i nie pogłębiajmy chaosu, lecz wybierajmy słuchanie z szacunkiem i próbę zrozumienia.
Kiedy nasze społeczeństwo mówi nam: „Twoi przeciwnicy polityczni są twoimi wrogami”, wybierajmy postrzeganie drugiego człowieka jako naszego brata, jako innego dziecka Bożego, stworzonego na Jego obraz, które jesteśmy powołani kochać.
Nasza wiara nie pozwala nam demonizować innych. Nasza wiara nie pozwala nam radować się z cierpienia innych. Nasza wiara nie pozwala nam poddać się w strachu ani popaść w otępienie i mówić: „Tak po prostu jest”.
Jesteśmy prawosławnymi chrześcijanami. Podążamy za ukrzyżowanym i zmartwychwstałym Panem Jezusem. Święty Paweł mówi nam, że „nauka o krzyżu jest głupstwem dla tych, którzy giną”. Bóg oczekuje, że będziemy się różnić od świata. Oczekuje, że będziemy działać jak światło w ciemności. Zaprasza nas, byśmy służyli społeczeństwu jako Jego ambasadorzy miłości, miłosierdzia i łaski.
A dobrą nowiną jest to, że potrafimy to robić w naszej wspólnocie lokalnej. Z pewnością nie zgadzamy się we wszystkim. Wręcz przeciwnie. Ale tutaj, tydzień po tygodniu, stoimy ramię w ramię jako bracia i siostry. Zanosimy te same modlitwy. Śpiewamy te same hymny. Obejmujemy się i pozdrawiamy podczas każdej Boskiej Liturgii. Przystępujemy do tego samego Kielicha „z bojaźnią Bożą, z wiarą i miłością”. Tak, mamy skrajnie różne poglądy, a jednak decydujemy się pozostać kochającą się Rodziną.
To, moi przyjaciele, jest cudem w dzisiejszej Ameryce.
Świat na zewnątrz jest podzielony, skłócony, pełen gniewu i strachu. Tu jednak pokazujemy inną drogę. Tutaj żyjemy rzeczywistością, w której Chrystus zburzył mur podziałów między nami. Nie lekceważcie tego, jak potężne może być takie świadectwo dla świata.
Kiedy ludzie widzą, że parafia potrafi obejmować konserwatystów i postępowców, imigrantów i obywateli od pokoleń, ludzi, którzy kochali Charliego Kirka, a także tych, którzy odrzucali jego przesłanie – kiedy to widzą, widzą Królestwo Boże wkraczające na świat.
A jednak mamy też swoje wyzwanie. Nie możemy pozwolić, aby ten duch zatrzymał się u wrót cerkwi. To, jak reagujemy w takich czasach, pokazuje, kim jesteśmy. To, co publikujemy w mediach społecznościowych, pokazuje, kim jesteśmy. To, jak rozmawiamy z naszymi sąsiadami i współpracownikami, odzwierciedla naszego prawdziwego ducha.
Czy rozpalimy ogień podziałów, czy zgasimy płomienie nienawiści?
Co wybierzemy? Drogę gniewu, podejrzliwości i nienawiści czy drogę krzyża – podążanie ścieżką przebaczenia, miłosierdzia, współczucia, pojednania?
Tak, świat jest zły. Świat się boi. Świat jest podzielony. Ale krzyż jest przed nami jako antidotum.
Krzyż pokazuje nam, że miłość jest silniejsza niż nienawiść; przebaczenie jest silniejsze niż zemsta; pojednanie jest silniejsze niż podział; życie jest silniejsze niż śmierć.
Dlatego, Bracia i Siostry, weźmy krzyż, mówiąc: „To ja jestem winny”. I za każdym razem, gdy chcemy obwinić i zaatakować drugiego, niech każdy z nas zdecyduje: „To kończy się na mnie. Na nikim innym. To ja jestem winny”. I żyjmy inaczej.
A kiedy świat na nas spojrzy, niech zobaczy nie kolejną wspólnotę gniewu i podziałów, ale rodzinę zjednoczoną krzyżem, rodzinę miłości, rodzinę, która pokazuje światu, że inna droga jest możliwa, gdy to Chrystus jest w centrum.
o. Luke A. Veronis (tłum. Gabriel Szymczak)
za: St. Constantine and Helen Greek Orthodox Church
fotografia: Adam Matyszczyk /cerkiew-sokolka.pl/
„Płakałem cały dzień, kiedy usłyszałem o śmierci Charliego Kirka” – żalił się jeden z parafian. Inny, przygnębiony, stwierdził: „To tak niepokojące, gdy śmierć wywołuje więcej podziałów zamiast jedności. Przerażające jest, ile nienawiści istnieje między różnymi stronami politycznymi w naszym kraju”.
Czujesz to?
Ten ciężar?
Ten ciężar w naszym społeczeństwie?
Żyjemy w czasach, gdy przemoc polityczna narasta ze wszystkich stron. Ludzie są wściekli i przestraszeni. Tragedie już nas nie szokują, ale napełniają furią, bo zdarzają się tak często. Kiedy śmierć ludzi – czy to polityków, czy dzieci w szkole – nie prowadzi do żałoby i jedności, a zamiast tego wywołuje więcej kłótni, więcej nienawiści, więcej podziałów, coś jest nie tak.
W tym wszystkim jednak rozglądam się po naszej parafialnej rodzinie i widzę coś innego.
Tu, w naszej cerkwi, nie wszyscy jesteśmy tacy sami. Nie wszyscy głosujemy tak samo. Nie wszyscy oglądamy te same wiadomości. Z pewnością nie wszyscy mamy te same poglądy polityczne. Mamy zagorzałych konserwatystów, siedzących obok zagorzałych postępowców. I jakoś – jakimś cudem – pozostajemy jedną wspólnotą, jedną rodziną. I jest między nami miłość.
Jak to możliwe?
Nie dlatego, że wszyscy jesteśmy z natury cierpliwi czy życzliwi. Nie dlatego, że znaleźliśmy idealną równowagę polityczną. Nie dlatego, że zawsze się zgadzamy. Nie! To dlatego, że w tej wspólnocie wiary staramy się skupiać na Dobrej Nowinie o Jezusie Chrystusie, a nie na naszej polityce.
W tym tygodniu w mediach społecznościowych o. Nicholas Halkias napisał prowokacyjną i mocną refleksję:
„Dusza Ameryki umiera. Nie dlatego, że zginęli Charlie Kirk, studenci w Denver, ukraińska imigrantka czy niewinne ofiary w Strefie Gazy, ale dlatego, że są ludzie, którzy cieszą się z tych śmierci”.
Pomyślcie o tym. Prawdziwą tragedią, prawdziwą śmiercią jest to, że ludzkie serca świętują śmierć innych. Zamieniliśmy naszych wrogów w potwory, zamiast postrzegać ich jako istoty ludzkie.
Nie ma usprawiedliwienia dla tego, co dzieje się teraz, a jeśli ktokolwiek zamierza wskazać palcem jako winnego kogoś innego niż on sam, to nawet nie dostrzega problemu. Jedyne, co może zapoczątkować odbudowę, to cztery słowa: „To ja jestem winny”.
Nie wiadomości. Nie rząd. Nie druga strona.
„To ja jestem winny”.
Tak łatwo powiedzieć: „Problemem są oni… gdyby tylko ta partia, ten polityk, ta grupa się zmieniła”. Ale Ewangelia nie pozwala nam wskazywać palcem. Ewangelia wzywa nas do pokuty, zaczynając od siebie.
Jestem winny, bo nie mówię z wystarczającą miłością.
Jestem winny, bo nie zachowuję pokoju pośród zamętu.
Jestem winny, bo nie słucham, kiedy powinienem.
Jestem winny, bo nie pocieszam tych, którzy cierpią.
Są ludzie, którzy cieszą się ze śmierci kogoś takiego jak Charlie Kirk. Ja jestem winny.
Są ludzie potępiający wszystkich demokratów i liberałów. Ja jestem winny.
Są ludzie żyjący w strachu. Ja jestem winny.
Są tacy, którzy uważają, że ich strona polityczna ma całkowitą rację, a druga strona jest całkowicie w błędzie. Ja jestem winny.
To kończy się na mnie. Na nikim innym. Ja jestem winny.
Te słowa bolą, prawda? Możesz nie chcieć ich usłyszeć. Możesz się nie zgadzać i nie chcieć przyznać: „Ja jestem winny”. A jednak tego właśnie uczy nas nasza wiara prawosławna. To jest Boża prawda. Jesteśmy stróżami naszego bliźniego. Nasza miłość do bliźniego prowadzi nas do utożsamienia się z nim.
„To ja jestem winien”.
Takie przesłanie odzwierciedla to, co jest sednem święta Podwyższenia Krzyża Chrystusowego.
Krzyż nie oznacza zemsty, nienawiści ani podziałów.
Krzyż to miłość w obliczu nienawiści.
Krzyż to przebaczenie w obliczu przemocy.
Krzyż to pojednanie w obliczu podziałów.
Krzyż to współczucie i łaska pośród sztywnego legalizmu.
Z krzyża nasz Pan zawołał: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. Bóg oczekuje, że będziemy okazywać w podobnym duchu miłosierdzie i łaskę naszym wrogom.
Za każdym razem, gdy czynimy znak krzyża lub gdy czujemy krzyż na szyi, musimy pamiętać o przebaczaniu, miłości, pojednaniu i działaniu jako mediatorzy. Za każdym razem, gdy całujemy krzyż, całujemy drogę miłosierdzia, współczucia, ofiarnej miłości.
A jak to wygląda w praktyce?
Kiedy ktoś publikuje w mediach społecznościowych coś, co doprowadza nas do wrzenia – nie reagujmy gniewem, sarkazmem, kpiną, lecz wybierajmy cierpliwość, zrozumienie i powściągliwość.
Kiedy rozmowa w pracy lub w rodzinie staje się gorąca z powodu różnicy zdań, nie podnośmy głosu i nie pogłębiajmy chaosu, lecz wybierajmy słuchanie z szacunkiem i próbę zrozumienia.
Kiedy nasze społeczeństwo mówi nam: „Twoi przeciwnicy polityczni są twoimi wrogami”, wybierajmy postrzeganie drugiego człowieka jako naszego brata, jako innego dziecka Bożego, stworzonego na Jego obraz, które jesteśmy powołani kochać.
Nasza wiara nie pozwala nam demonizować innych. Nasza wiara nie pozwala nam radować się z cierpienia innych. Nasza wiara nie pozwala nam poddać się w strachu ani popaść w otępienie i mówić: „Tak po prostu jest”.
Jesteśmy prawosławnymi chrześcijanami. Podążamy za ukrzyżowanym i zmartwychwstałym Panem Jezusem. Święty Paweł mówi nam, że „nauka o krzyżu jest głupstwem dla tych, którzy giną”. Bóg oczekuje, że będziemy się różnić od świata. Oczekuje, że będziemy działać jak światło w ciemności. Zaprasza nas, byśmy służyli społeczeństwu jako Jego ambasadorzy miłości, miłosierdzia i łaski.
A dobrą nowiną jest to, że potrafimy to robić w naszej wspólnocie lokalnej. Z pewnością nie zgadzamy się we wszystkim. Wręcz przeciwnie. Ale tutaj, tydzień po tygodniu, stoimy ramię w ramię jako bracia i siostry. Zanosimy te same modlitwy. Śpiewamy te same hymny. Obejmujemy się i pozdrawiamy podczas każdej Boskiej Liturgii. Przystępujemy do tego samego Kielicha „z bojaźnią Bożą, z wiarą i miłością”. Tak, mamy skrajnie różne poglądy, a jednak decydujemy się pozostać kochającą się Rodziną.
To, moi przyjaciele, jest cudem w dzisiejszej Ameryce.
Świat na zewnątrz jest podzielony, skłócony, pełen gniewu i strachu. Tu jednak pokazujemy inną drogę. Tutaj żyjemy rzeczywistością, w której Chrystus zburzył mur podziałów między nami. Nie lekceważcie tego, jak potężne może być takie świadectwo dla świata.
Kiedy ludzie widzą, że parafia potrafi obejmować konserwatystów i postępowców, imigrantów i obywateli od pokoleń, ludzi, którzy kochali Charliego Kirka, a także tych, którzy odrzucali jego przesłanie – kiedy to widzą, widzą Królestwo Boże wkraczające na świat.
A jednak mamy też swoje wyzwanie. Nie możemy pozwolić, aby ten duch zatrzymał się u wrót cerkwi. To, jak reagujemy w takich czasach, pokazuje, kim jesteśmy. To, co publikujemy w mediach społecznościowych, pokazuje, kim jesteśmy. To, jak rozmawiamy z naszymi sąsiadami i współpracownikami, odzwierciedla naszego prawdziwego ducha.
Czy rozpalimy ogień podziałów, czy zgasimy płomienie nienawiści?
Co wybierzemy? Drogę gniewu, podejrzliwości i nienawiści czy drogę krzyża – podążanie ścieżką przebaczenia, miłosierdzia, współczucia, pojednania?
Tak, świat jest zły. Świat się boi. Świat jest podzielony. Ale krzyż jest przed nami jako antidotum.
Krzyż pokazuje nam, że miłość jest silniejsza niż nienawiść; przebaczenie jest silniejsze niż zemsta; pojednanie jest silniejsze niż podział; życie jest silniejsze niż śmierć.
Dlatego, Bracia i Siostry, weźmy krzyż, mówiąc: „To ja jestem winny”. I za każdym razem, gdy chcemy obwinić i zaatakować drugiego, niech każdy z nas zdecyduje: „To kończy się na mnie. Na nikim innym. To ja jestem winny”. I żyjmy inaczej.
A kiedy świat na nas spojrzy, niech zobaczy nie kolejną wspólnotę gniewu i podziałów, ale rodzinę zjednoczoną krzyżem, rodzinę miłości, rodzinę, która pokazuje światu, że inna droga jest możliwa, gdy to Chrystus jest w centrum.
o. Luke A. Veronis (tłum. Gabriel Szymczak)
za: St. Constantine and Helen Greek Orthodox Church
fotografia: Adam Matyszczyk /cerkiew-sokolka.pl/