Zostań przyjacielem cerkiew.pl
O celu życia
01 grudnia 2025
O cokolwiek by ludzie się nie spierali – oczywiście w sposób poważny – ostatecznie szukają odpowiedzi na pytanie: jaki jest sens życia, po co żyjemy? Pytanie to stanowi w gruncie rzeczy temat kultury, czyli poszukiwań, twórczości i „refleksji” ludzkości nad samą sobą, w przeciwieństwie do „powszedniego” życia, polegającego głównie na poszukiwaniu swoistego zapomnienia.
Rzeczywiście, chcemy tego czy nie chcemy, centralnym faktem ludzkiej świadomości, doświadczenia i podświadomości jest wiedza człowieka o jego śmiertelności. „Umarę” – w istocie jest to jedyne bezbłędne twierdzenie, jakie mogę wypowiedzieć. Wszystko inne, łącznie z tym, co stanie się ze mną za pięć minut, spowite jest mrokiem nieznanego. Ale ten podstawowy fakt nieuchronnego końca – jest jasny i oczywisty. Dlatego jest, oczywiście, ziarno prawdy w twierdzeniach, na przykład antyreligijnej propagandy, że religia żywi się strachem przed śmiercią, nie do zniesienia dla człowieka tajemniczym, lecz nieuniknionym końcem. Tyle że trzeba dodać, iż nie tylko religia, lecz w pewnym sensie cała kultura, wszystkie systemy „wartości” również żywią się tą samą świadomością i wiedzą o śmierci.
Można powiedzieć, że dzieciństwo człowieka kończy się w momencie, gdy uświadamia on sobie własną śmiertelność. Dziecko tego nie wie i nie zdaje sobie z tego sprawy, dlatego ma możliwość pełnego, nieskażonego szczęścia – szczęścia, które nie zna swojej przemijalności. Dorosły natomiast – i dotyczy to wszystkich epok, wszystkich kultur – świadomie lub podświadomie jest określany przez świadomość własnej śmiertelności. Dla niego pytanie o to, jaki jest sens tego życia, które się skończy, nabiera zasadniczego znaczenia. W najgłębszej warstwie wszystko, co robi, jest próbą w taki czy inny sposób przezwyciężenia bezsensu, grozy i nieuchronności tego losu.
Puszkin powiedział: „Nie, cały ja nie umrę” – i to samo, choć może inaczej, chce powiedzieć każdy człowiek. I dlatego wszelkie badanie człowieka, ludzkiego społeczeństwa, ludzkiej kultury, które nie uwzględnia tej – można powiedzieć – tragicznej głębi, tragicznego wymiaru kultury, poszukiwań, twórczości, jest niepełne, połowiczne i w ostatecznym rozrachunku fałszywe.
Albowiem, powtarzam, nie tylko religia mówi o śmierci, próbuje ją wyjaśnić i pogodzić z nią człowieka. To samo czyni, na przykład, każda tak zwana „ideologia”. Ponieważ sensem i zadaniem ideologii jest ukazywanie człowiekowi celu jego życia i działania. Ona również przede wszystkim dąży do tego, by człowiek pogodził się ze swoim śmiertelnym losem i znalazł usprawiedliwienie dla swego krótkotrwałego istnienia.
Mówi się nam, na przykład, że szkodliwość religii polega na tym, iż przenosząc punkt ciężkości na inny, zagrobny świat, odrywa człowieka od troski o ten świat i czyni go obojętnym wobec tego życia. Jednak dokładnie to samo można powiedzieć na przykład o ideologii marksistowskiej, która cel ludzkiego życia upatruje w wysiłkach skierowanych ku idealnemu społeczeństwu przyszłości. Przecież to idealne przyszłe społeczeństwo jest również pewnego rodzaju innym światem, ponieważ ci, którzy je budują i dla niego teraz umierają, sami go nie poznają i nie będą w nim uczestniczyć.
Jeśli religia, w imię przyszłości, wzywa do wyrzeczenia się wielu rzeczy w teraźniejszości, to tego samego wymaga każda ideologia ukierunkowana na jakieś idealne wartości w przyszłości. Francuski ateista, pisarz Marcel Proust dosłownie doprowadził się do śmierci nieludzkimi wysiłkami, jakie podejmował, aby dokończyć swój słynny cykl powieściowy „W poszukiwaniu straconego czasu”. Dla niego ta powieść oznaczała przezwyciężenie własnej śmierci, czyli nieśmiertelność w twórczości. Dlatego spór, wieczny spór, toczy się nie o zaświaty, nie o to, czy one istnieją czy nie, lecz o to, w czym człowiek widzi swoje ostateczne przeznaczenie i – jeszcze prościej – w jaki sposób przezwycięża on bezsens śmierci.
Spór toczy się o realność, o skuteczność tego ideału, którym człowiek żyje i dla którego jest gotów oddać swoje życie. Albowiem to, za co człowiek jest gotów oddać nawet życie, jest właśnie tym, co dla niego przezwycięża bezsens śmierci. A to znaczy, że człowiek jest religijny w swojej istocie. I jeśli odrzuca religię Boga transcendentnego, czyli ponadświatowego, to koniecznie przyjmuje religię Boga immanentnego, którego imieniem może być Socjalizm, Historia, Kultura — cokolwiek. Tu i tam mamy projekcję ludzkiego życia na jakiś ideał, na idealną przyszłość, która nie jest nam dana w doświadczeniu i codzienności. Tu i tam — innymi słowy — mamy wiarę, i tylko wiara, jak mówi Ewangelia, „przenosi góry”.
Już dawno należałoby zrozumieć, że materializm, na przykład, jest również wiarą, ponieważ powiedzieć: „Materializm zbuduje idealne społeczeństwo” – oznacza wyrażenie apriorycznego, religijnego sądu. Obiekty wiary mogą być różne, ale sama wiara jako ruch ludzkiej świadomości pozostaje ta sama. Dlatego na świecie spór nie toczy się między wiarą a niewiarą, lecz między różnymi wiarami. Ci zaś, którzy „w nic nie wierzą” – są po prostu oportunistami, kombinatorami i przeciętniakami, ostatecznie wypadającymi poza sferę ludzkiej moralności.
Cechą naszej epoki nie jest to, że jest mniej religijna niż inne, ponieważ to nieprawda, lecz to, że w przeciwieństwie do innych religijnych epok pozbawiona jest jednego obiektu wiary, jednej systemowej religijnej wartości, które byłyby bezwarunkowo przyjęte przez wszystkich. Nasza epoka, jak by to nie brzmiało dziwnie, jest epoką nowej wojny religijnej, ponieważ w niej zderzają się różne ideały religijne, różne rozumienia sensu życia człowieka. Dawne wojny religijne rozstrzygano ogniem i mieczem. Wiemy, że to rozwiązanie zawiodło. W naszych czasach jest ono niemożliwe, bo jeśli coś można uznać za dowiedzione, to właśnie całkowitą niemożność zgładzenia lub uciszenia idei. Przewaga idei nad siłą jest właściwie zdumiewającym „odkryciem” nowego czasu. Dlatego jeśli na najgłębszym poziomie zderzają się różne teorie o sensie i celu życia ludzkiego, prawdziwy i wolny spór między nimi wciąż pozostaje jedynym polem bitwy, a zwycięży w tej bitwie ta odpowiedź, która zdoła objąć całą nieskończoną głębię ludzkiego poszukiwania, ludzkiego pragnienia. Tak właśnie, według Ewangelii: „Szukajcie, a znajdziecie... Pukajcie, a otworzą wam...”.
Rzeczywiście, chcemy tego czy nie chcemy, centralnym faktem ludzkiej świadomości, doświadczenia i podświadomości jest wiedza człowieka o jego śmiertelności. „Umarę” – w istocie jest to jedyne bezbłędne twierdzenie, jakie mogę wypowiedzieć. Wszystko inne, łącznie z tym, co stanie się ze mną za pięć minut, spowite jest mrokiem nieznanego. Ale ten podstawowy fakt nieuchronnego końca – jest jasny i oczywisty. Dlatego jest, oczywiście, ziarno prawdy w twierdzeniach, na przykład antyreligijnej propagandy, że religia żywi się strachem przed śmiercią, nie do zniesienia dla człowieka tajemniczym, lecz nieuniknionym końcem. Tyle że trzeba dodać, iż nie tylko religia, lecz w pewnym sensie cała kultura, wszystkie systemy „wartości” również żywią się tą samą świadomością i wiedzą o śmierci.
Można powiedzieć, że dzieciństwo człowieka kończy się w momencie, gdy uświadamia on sobie własną śmiertelność. Dziecko tego nie wie i nie zdaje sobie z tego sprawy, dlatego ma możliwość pełnego, nieskażonego szczęścia – szczęścia, które nie zna swojej przemijalności. Dorosły natomiast – i dotyczy to wszystkich epok, wszystkich kultur – świadomie lub podświadomie jest określany przez świadomość własnej śmiertelności. Dla niego pytanie o to, jaki jest sens tego życia, które się skończy, nabiera zasadniczego znaczenia. W najgłębszej warstwie wszystko, co robi, jest próbą w taki czy inny sposób przezwyciężenia bezsensu, grozy i nieuchronności tego losu.
Puszkin powiedział: „Nie, cały ja nie umrę” – i to samo, choć może inaczej, chce powiedzieć każdy człowiek. I dlatego wszelkie badanie człowieka, ludzkiego społeczeństwa, ludzkiej kultury, które nie uwzględnia tej – można powiedzieć – tragicznej głębi, tragicznego wymiaru kultury, poszukiwań, twórczości, jest niepełne, połowiczne i w ostatecznym rozrachunku fałszywe.
Albowiem, powtarzam, nie tylko religia mówi o śmierci, próbuje ją wyjaśnić i pogodzić z nią człowieka. To samo czyni, na przykład, każda tak zwana „ideologia”. Ponieważ sensem i zadaniem ideologii jest ukazywanie człowiekowi celu jego życia i działania. Ona również przede wszystkim dąży do tego, by człowiek pogodził się ze swoim śmiertelnym losem i znalazł usprawiedliwienie dla swego krótkotrwałego istnienia.
Mówi się nam, na przykład, że szkodliwość religii polega na tym, iż przenosząc punkt ciężkości na inny, zagrobny świat, odrywa człowieka od troski o ten świat i czyni go obojętnym wobec tego życia. Jednak dokładnie to samo można powiedzieć na przykład o ideologii marksistowskiej, która cel ludzkiego życia upatruje w wysiłkach skierowanych ku idealnemu społeczeństwu przyszłości. Przecież to idealne przyszłe społeczeństwo jest również pewnego rodzaju innym światem, ponieważ ci, którzy je budują i dla niego teraz umierają, sami go nie poznają i nie będą w nim uczestniczyć.
Jeśli religia, w imię przyszłości, wzywa do wyrzeczenia się wielu rzeczy w teraźniejszości, to tego samego wymaga każda ideologia ukierunkowana na jakieś idealne wartości w przyszłości. Francuski ateista, pisarz Marcel Proust dosłownie doprowadził się do śmierci nieludzkimi wysiłkami, jakie podejmował, aby dokończyć swój słynny cykl powieściowy „W poszukiwaniu straconego czasu”. Dla niego ta powieść oznaczała przezwyciężenie własnej śmierci, czyli nieśmiertelność w twórczości. Dlatego spór, wieczny spór, toczy się nie o zaświaty, nie o to, czy one istnieją czy nie, lecz o to, w czym człowiek widzi swoje ostateczne przeznaczenie i – jeszcze prościej – w jaki sposób przezwycięża on bezsens śmierci.
Spór toczy się o realność, o skuteczność tego ideału, którym człowiek żyje i dla którego jest gotów oddać swoje życie. Albowiem to, za co człowiek jest gotów oddać nawet życie, jest właśnie tym, co dla niego przezwycięża bezsens śmierci. A to znaczy, że człowiek jest religijny w swojej istocie. I jeśli odrzuca religię Boga transcendentnego, czyli ponadświatowego, to koniecznie przyjmuje religię Boga immanentnego, którego imieniem może być Socjalizm, Historia, Kultura — cokolwiek. Tu i tam mamy projekcję ludzkiego życia na jakiś ideał, na idealną przyszłość, która nie jest nam dana w doświadczeniu i codzienności. Tu i tam — innymi słowy — mamy wiarę, i tylko wiara, jak mówi Ewangelia, „przenosi góry”.
Już dawno należałoby zrozumieć, że materializm, na przykład, jest również wiarą, ponieważ powiedzieć: „Materializm zbuduje idealne społeczeństwo” – oznacza wyrażenie apriorycznego, religijnego sądu. Obiekty wiary mogą być różne, ale sama wiara jako ruch ludzkiej świadomości pozostaje ta sama. Dlatego na świecie spór nie toczy się między wiarą a niewiarą, lecz między różnymi wiarami. Ci zaś, którzy „w nic nie wierzą” – są po prostu oportunistami, kombinatorami i przeciętniakami, ostatecznie wypadającymi poza sferę ludzkiej moralności.
Cechą naszej epoki nie jest to, że jest mniej religijna niż inne, ponieważ to nieprawda, lecz to, że w przeciwieństwie do innych religijnych epok pozbawiona jest jednego obiektu wiary, jednej systemowej religijnej wartości, które byłyby bezwarunkowo przyjęte przez wszystkich. Nasza epoka, jak by to nie brzmiało dziwnie, jest epoką nowej wojny religijnej, ponieważ w niej zderzają się różne ideały religijne, różne rozumienia sensu życia człowieka. Dawne wojny religijne rozstrzygano ogniem i mieczem. Wiemy, że to rozwiązanie zawiodło. W naszych czasach jest ono niemożliwe, bo jeśli coś można uznać za dowiedzione, to właśnie całkowitą niemożność zgładzenia lub uciszenia idei. Przewaga idei nad siłą jest właściwie zdumiewającym „odkryciem” nowego czasu. Dlatego jeśli na najgłębszym poziomie zderzają się różne teorie o sensie i celu życia ludzkiego, prawdziwy i wolny spór między nimi wciąż pozostaje jedynym polem bitwy, a zwycięży w tej bitwie ta odpowiedź, która zdoła objąć całą nieskończoną głębię ludzkiego poszukiwania, ludzkiego pragnienia. Tak właśnie, według Ewangelii: „Szukajcie, a znajdziecie... Pukajcie, a otworzą wam...”.
o. Aleksander Schmemann (tłum. Jakub Oniszczuk)
za: Собрание статей, 1947-1983: [сборник] / Прот. Александр Шмеман ; [сост. и ред. Е. Ю. Дорман ; предисл.: А. Кырлежев]. 2-е изд. - Москва: Русский путь, 2011. - 896 с.
fotografia: Aleksander Wasyluk /orthphoto.net/