publicystyka: Jeśli wsłuchać się na nowo
kuchnia muzyka sklep ogłoszenia wydarzenia fotogalerie

Jeśli wsłuchać się na nowo

10 listopada 2025

„Zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go” (Mt 16, 18). Słowa te bardzo często rozumiano w sposób uproszczony, dosłowny – jako pewnego rodzaju gwarancję nieustannego sukcesu, rozwoju, dobrobytu i rozkwitu chrześcijaństwa.
 
W tych interpretacjach często dawało się odczuć posmak historycznego, a nawet duchowego kwietyzmu. Jakby w Ewangelii nie było zapisanych innych słów — o zubożeniu wiary i miłości, o nieskończonej trudności „wąskiej drogi” prowadzącej do Królestwa, o potędze demonicznych sił w świecie. „Lecz czy Syn Człowieczy, gdy przyjdzie, znajdzie wiarę na ziemi?” (Łk 18,8). Ten kwietyzm, to nieczucie tragizmu — współistotnego chrześcijańskiemu orędziu — w odniesieniu do losów świata i człowieka, zbyt często usypiał w chrześcijanach poczucie odpowiedzialności, a także to napięte skupienie na „czasach i chwilach” historii, które było tak silne u pierwszych chrześcijan.
 
Przez wieki kształtował się typ chrześcijanina zadowolonego z siebie, sytego i spokojnego; przez wieki chrześcijaństwo przeżywano nie jako ogień, który Chrystus przyszedł rzucić na ziemię — ogień oczyszczający, przetapiający i palący — lecz jako coś oczywistego, jako jeden z niezbędnych „filarów”, równie bezdyskusyjny, jak rozmaite „wartości” nagromadzone przez ludzkość w procesie historycznego rozwoju i przedmiot szkolnego nauczania. Tak, oczywiście, w każdej epoce byli i jaśnieli ci, w których dokonywały się przebłyski tego ognia — jego światło i żar płynęły w świętych, sprawiedliwych, szaleńcach, „których świat nie był godzien” (Hbr 11,38). Lecz i ich nauczono się szybko „wykorzystywać” — jako pomocników, orędowników, opiekunów, ale nie jako wezwanie i sąd.
 
A oto, gdy ów „świat chrześcijański” — pełen nierówności, obłudy i samozadowolenia — zaczął się walić i rozsypywać, syci i zadowoleni chrześcijanie, którzy dawno już zapomnieli o słowach apostoła Pawła o „pielgrzymach i przybyszach, którzy nie mają tu trwałego miasta, lecz szukają przyszłego” (por. Hbr 13,14), pierwsi wszędzie zaczęli dostrzegać antychrysta, głosić koniec świata, potępiać, złorzeczyć i nienawidzić. Ze „świętej codzienności” — w paniczny Apokalipsis! Nie rozpoznali, że to właśnie ich własny, wielowiekowy sen, ich niezdolność ujrzenia w historii świata walki dwóch Królestw, ich przyzwyczajenie do chrześcijaństwa są przyczyną tego upadku… Nie nauczywszy się miłości, zamknęli się w patetycznym proteście, równie bezpłodnym, jak ta nierealna „przeszłość”, którą uczynili absolutną miarą wszystkiego…
 
Taka jest jedna z postaw we współczesnym świecie prawosławnym. Przeciwstawia się jej inna — również mająca swoje korzenie tamże, w tym samym, lecz inaczej „zeświecczonym” chrześcijaństwie. Jest to postawa ugodowców, wszystkich tych, którzy sądzą, że chrześcijaństwo jest „pożyteczne” i może stać się jeszcze „pożyteczniejsze”, jeśli tylko nieco dostosuje się je do „aktualnego momentu”. Oczywiście, nie jest to „wartość pierwszorzędna”, ale na swoim miejscu — w programie politycznym, w ideologicznym manifeście czy też w zestawieniu niezachwianych „wartości duchowych” — dlaczego by nie wspomnieć o zasadach chrześcijańskich, o chrześcijańskim natchnieniu i ewangelicznych podstawach? Przy budowie przyszłego państwa, społeczeństwa, kultury — wszystko to może się przydać, a w każdym razie nie zaszkodzi. A więc z jednej strony — apokaliptyka zagubionych „obywateli codzienności”, z drugiej — płaski realizm ideologów przyszłego świata, nudny jak wszystkie ich „ideologie”.
 
I oto w tym dusznym, nużącym dylemacie, stworzonym przez obie te postawy, chciałoby się choćby tylko napomknąć — nie tłumacząc i nie rozdrabniając — o tym czymś innym, bez czego wszelka rozmowa o religii brzmi nieznośnie fałszywie. To „inne” można nazwać rozmaicie, bo wszystkie słowa tu są tylko przybliżeniem. To — radość wiary, to — ogień Pięćdziesiątnicy, to — światło i pełnia Eucharystii, to — wolność tych, którzy znają prawdę, to — jakieś przeczucie, przedsmak tego, czego „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, i co na serce człowieka nie wstąpiło, co przygotował Bóg tym, którzy Go miłują” (1 Kor 2,9).
 
Od dawna już przyjęło się wydzielać „mistykę” jako jakąś szczególną dziedzinę religii, pewnego rodzaju religijną „specjalność”. Ale w istocie — i trzeba to powiedzieć z całą prostotą — religia jest mistyką. I tam, gdzie nie ma choćby nieskończenie małej cząstki tego świętego „szaleństwa”, tej radości, której nie da się porównać z żadną inną radością, oraz tego pragnienia, którego nic na tym świecie nigdy nie zaspokoi — tam nie ma religii, jest tylko nudna, ziemska karykatura religii. Religia — to spotkanie z żywym Bogiem, a to spotkanie nie może być czymś mniej niż śmiercią i zmartwychwstaniem duszy do nowego życia.
 
Ale właśnie dopiero wtedy, gdy wiara odzyskuje swą prawdziwą, mistyczną naturę, gdy raz po raz zanurza się w radość i ogień Królestwa, staje się naprawdę „pożyteczna” dla świata. Wiedząc, że „świat leży w złu”, znając całą potęgę demonicznych sił, które powstały przeciw Bogu, całą nieskończoną ciężkość nienawiści i złości — wiara radośnie i wolno je zwycięża.
 
Tylko „mistykowi” naprawdę ukazane są losy świata i tajemnica Bożej miłości. I jeśli na nowo wsłuchać się w dawne, dobrze znane słowa Kościoła, jeśli znów nauczyć się jego języka i jego pojęć, można usłyszeć, że w nich nieustannie rozbrzmiewa wezwanie — skierowane jednakowo do każdego z nas i do wszystkich razem — wezwanie, by szukać „jednego, co jest potrzebne”, a w tym „jednym” odnaleźć i otrzymać wszystko: Boga, ludzi i świat.