publicystyka: Najwyższe pragnienie
kuchnia muzyka sklep ogłoszenia wydarzenia fotogalerie

Najwyższe pragnienie

29 września 2025

Wszyscy myśliciele, filozofowie i ideolodzy zawsze używali obecnie oklepanego wyrażenia „hierarchia wartości”.

Tak nazywali to, czego szuka – niezależnie od tego, czy jest tego świadomy – każdy człowiek: umiejętność rozróżniania tego, co najważniejsze, od tego, co drugorzędne, wyróżniania tego, co ma swoje znaczenie, od wszystkiego innego. Jeśli więc dla mnie na pierwszym miejscu są pieniądze i dobrobyt materialny, to całe moje życie potoczy się w jednym kierunku, jeśli najwyższą wartością jest dla mnie wolność, to w innym, jeśli sława i władza – w trzecim itd.

Wydaje mi się jednak, że naszą epokę można określić przede wszystkim jako ogromny kryzys wartości. We wszystkich poprzednich epokach ludzie byli w taki czy inny sposób zjednoczeni mniej więcej wspólną hierarchią wartości. Można ją było różnie postrzegać i interpretować, różnie wcielać w życie, ale to właśnie ona nadawała ogólny ton, ogólny koloryt życiu, społeczeństwu i kulturze. Były epoki, w których na pierwszym planie stawiano Prawdę przez duże P i podporządkowywano jej wszystkie inne wartości. Były epoki skoncentrowane na sławie i bogactwie. Były też określane walką o wszelkiego rodzaju „wolności” itp. Ale czego tak naprawdę chce tak zwany współczesny człowiek? I czy sam zna odpowiedź na to pytanie?

Ktoś kiedyś powiedział, że życie każdego człowieka zawsze determinuje „najwyższe pragnienie”, czyli to, czego pragnie najbardziej. Ale co się dzieje, gdy takie „najwyższe pragnienie” - prawda lub wartość - samo zaczyna znikać z wewnętrznej wizji? Kiedy ogromne społeczeństwa, wyposażone w niespotykaną dotąd technikę, naukę i wiedzę, nie wiedzą, czego tak naprawdę chcą? Dobrze wyraził to młody poeta Iosif Brodski w ostatnich wersach swojego wiersza „Postój na pustyni”:

Dziś w nocy patrzę w okno
i myślę, dokąd zaszliśmy?
<...>
Do czego jesteśmy bliscy? Co czeka nas tam, przed nami?
Czy nie nadchodzi już inna era?
A jeśli tak — czym jest nasz wspólny obowiązek?
I co powinniśmy złożyć jej w ofierze?

W tych niezwykłych wersach wszystko jest prawdziwe, a przede wszystkim prawdziwa jest kolejność pytań. Na pustyni, gdzie poeta zatrzymuje się na chwilę i dopiero wtedy dostrzega, że to pustynia, nagle pojawiają się wszystkie pytania. Okazuje się, że zgiełk, ruch, hałas, cała ta niespotykana gorączka, w której człowiek żyje dzień i noc, ukrywały przed nami to, że w rzeczywistości jesteśmy na pustyni i nie wiemy, gdzie się znaleźliśmy, co jest blisko, a co „tam, przed nami...”. Nie wiedząc tego, nie wiemy też, na czym polega nasz wspólny obowiązek i wspólna ofiara. Obowiązek bowiem określa się poprzez znajomość celów i kierunków, a ofiarę – poprzez znajomość obowiązku.

Niektórzy krzyczą (tak głośno, jakby wiedzieli, o czym mówią): „Wolność!”. I wydaje się, że najbardziej na świecie pragniemy wolności, wyzwolenia. Ale czy wystarczy samo słowo „wolność”? Czy nie wymaga ono natychmiastowego rozwinięcia, wypełnienia znaczeniem i treścią? Wolność po co? Wolność do czego? Ile pozornych „wyzwoleń” na naszych oczach doprowadziło do strasznego i rzeczywistego zniewolenia! Bo jeśli człowiek nie zna swojego „absolutnie pożądanego”, to oczywiście nie wie też, po co mu wolność. Strasznym kłamstwem wszystkich współczesnych okrzyków o wolności jest to, że pojęcie wolności zakłada pewną całościową wizję człowieka, rozumienie go jako istoty zdolnej do wolności. Ale jak może być zdolny do wolności, jak może pragnąć i szukać wyzwolenia ten, kogo ci sami „wyzwoliciele” natychmiast określają jako istotę całkowicie zdeterminowaną przez istniejące poza nim realia – materię, pożywienie, stosunki gospodarcze? A jeśli taka jest hierarchia wartości, to nie ma sensu włączać do niej pojęcia wolności.

Inni krzyczą o szczęściu. Ale od razu sprowadzają to szczęście albo do zaspokojenia potrzeb fizjologicznych, albo do „poziomu życia”, albo do ustroju politycznego... I znowu, znowu natrafiamy na te same pytania: „dokąd zaszliśmy? <...> Do czego jesteśmy bliscy? Co czeka? <...> I... czym jest nasz wspólny obowiązek?”

Dopóki nie zrozumiemy źródła tego zagubienia, dopóki w ostrym, nieprzeniknionym świetle dnia nie zobaczymy, że za całym naszym zgiełkiem, za szalonym ruchem naszej cywilizacji, prześwituje coraz straszniejsza, coraz bardziej oczywista, naga i martwa pustynia, dopóki nie zatrzymamy się, tak jak zrobił to poeta, na pustyni, nie spojrzymy w górę, na niebo, na gwiazdy i w głąb – w siebie i w swoją duszę, dopóki nie odkryjemy w sobie pragnienia „najwyższego pragnienia”, wszystko to, co sugerują nam krzykliwi mądrale, wszystko to, w imię czego wzywają nas do poświęceń, pozostanie bolesną pustką i, co najważniejsze, dehumanizującą paplaniną.

Jesteśmy wezwani do ponownego odkrycia hierarchii wartości, ponieważ bez niej nie możemy żyć ludzkim życiem. Wszystko, co najlepsze w naszych czasach, jest w ukryciu określane tylko przez to poszukiwanie. Można dostrzec pierwsze zarysy tej jeszcze niewidzialnej, ale tak samo niezbędnej jak chleb i woda prawdy. Dlaczego w dzisiejszych czasach te zarysy widzą lub przewidują tylko ci, którzy znajdują się poza zgiełkiem technokratycznej cywilizacji – poeci, myśliciele, marzyciele? Dlaczego potrzebujemy ciszy i skupienia, aby usłyszeć, zobaczyć i ponownie uczynić sobie tym „absolutnie pożądanym”? O tym spróbujemy porozmawiać w kolejnych rozmowach.

Ludzie spierają się o wolność i wyzwolenie, o szczęście i sposoby jego osiągnięcia, o życie i jego poprawę, nie łącząc żadnego z tych pojęć z choćby w najmniejszym stopniu całościowym postrzeganiem człowieka, którego chcą wyzwolić, o którego szczęście walczą i którego życie chcą poprawić. Kiedyś Władimir Sołowjow wyśmiewał się z ograniczonych pozytywistów w stylu Bazarowa z powieści Turgieniewa, którzy sprowadzali całe życie do materii, całego człowieka – do fizjologii, wszystkie problemy ducha – do ekonomii, ale jednocześnie twierdzili, że „człowiek – to brzmi dumnie”. Całą tę naukę, mówił Władimir Sołowjow, można sprowadzić do jednego paradoksu: „Ludzie pochodzą od małp, więc kochajmy się nawzajem!”.

Ale w istocie ten żart rosyjskiego filozofa nie jest już żartem, a przerodził się w straszną i krwawą tragedię, ponieważ w imię tej „wolności”, tego „szczęścia” i tej „poprawy życia” apostołowie i kaznodzieje nowych ideałów tak zniewolili człowieka, pogrążyli go w tak głębokim nieszczęściu, uczynili jego życie tak strasznym i pozbawionym radości, że cały świat jest teraz przepełniony strachem, złością i cierpieniem.

Ten okropny żart trwa nadal. I oczywiście tak będzie trwał, dopóki nie powrócimy do prawdziwej hierarchii wartości. W ideologiach proponowanych nam jako panaceum na wszystkie zło, jako najbardziej naukowa, ostateczna odpowiedź na wszystkie pytania, najbardziej uderzające jest zaprzeczenie tego, co można by nazwać „najwyższymi wartościami” i w odniesieniu do czego staje się jasne, co jest wysokie, a co niskie.

Kiedyś wszyscy zrozumieją, że wspólnym mianownikiem wszystkich tych ideologii, niezależnie od tego, jak bardzo się od siebie różnią, jest nienawiść do tego, co najwyższe. Stąd ich wspólna nienawiść do religii, żarliwe dążenie do jej zniszczenia wszelkimi dostępnymi sposobami: od otwartego prześladowania po pseudonaukowe „obnażanie” argumentami, które nie mają nic wspólnego z prawdziwą nauką. Bez wątpienia bowiem początkiem i podstawą hierarchii wartości powinien być Bóg. „Jeśli nie ma Boga – mówił Dostojewski – wtedy wszystko jest dozwolone”. Wtedy rzeczywiście panuje bezmyślne pomieszanie pojęć, w wyniku którego „wolnością” nazywa się niewolnictwo, „szczęściem” – nieszczęście, a „jasnym życiem” – szare, do końca zanonimizowane istnienie ludzkiego stada. Bo jeśli nie ma Boga, to nie ma człowieka, którego imię „brzmi dumnie”. Bo bez Boga nie ma też tego, co od wieków nazywano „duszą” – tego, co sprawia, że szczęście i wolność, samo życie są ludzkie, co nadaje im głębię i wysokość, której pozbawiona jest egzystencja protoplazmy.

O drzewie, kamieniu, a nawet zwierzęciu nie można powiedzieć, że są wolne lub niewolnikami, ponieważ pojęcia te nie mają do nich zastosowania. Odnoszą się one tylko do człowieka, którego nie da się sprowadzić do praw materialnego istnienia. A niepodległość człowieka od tych praw potwierdza fakt, że od pierwszych kroków na ziemi zaczął on wypowiadać słowo „Bóg”, którym oznaczał Tego, który nadaje wszystkiemu sens i treść, wyjaśnienie i cel.

Oczywiście, samo poczucie Boga i oparta na nim hierarchia wartości pogłębiały się i oczyszczały. A kiedy człowiek dostrzegł Boga w Ukrzyżowanym, kiedy dostrzegł w tym upadku triumf miłości, prawdy i człowieczeństwa, jego dusza osiągnęła pełny rozwój. Dopiero wtedy stało się jasne, po co mu potrzebna jest wolność i na czym polega jej prawdziwa istota, co oznacza tajemnicze słowo „szczęście” i jeszcze bardziej tajemnicze słowo „życie”. Z tej duszy wyrosła kultura niespotykana pod względem głębi i piękna. Nad światem zabłysło odbicie ostatecznej prawdy, piękna i dobra, w świetle których ewangeliczne słowa o Królestwie Bożym i jego nadejściu stały się najskrytszą modlitwą człowieka, tutaj, tylko tutaj zaczął on naprawdę marzyć o wolności, szczęściu i nowym życiu.

I tę wysoką prawdę, tę nieśmiertelną duszę człowieka znienawidziło wszystko, co niskie na świecie, i zbuntowało się przeciwko nim. Uczyniło te słowa swoimi, ale tylko po to, aby je zbezcześcić, aby zmusić człowieka do zapomnienia ich prawdziwego znaczenia. Bo komuś zależy, aby człowiek nie tylko stał się niewolnikiem, ale nazwał swoje niewolnictwo „wolnością”, nie tylko stał się nieszczęśliwy, ale nauczył się nazywać swoje nieszczęście „szczęściem”, nie tylko pogrążył się w szarości bezimiennego istnienia, ale nazwał to „życiem”. Dlatego przede wszystkim konieczne jest wyzwolenie człowieka z sieci strasznego i wszechogarniającego kłamstwa. Ale to wyzwolenie jest możliwe tylko wtedy, gdy człowiek na nowo odnajdzie swoje najwyższe dobro i dowie się, że imię tego najwyższego dobra brzmi – Bóg.

o. Aleksander Schmemann (tłum. Jakub Oniszczuk)

za: Проповеди и беседы / Протоиерей Александр Шмеман - М. : Паломникъ, 2002. - 206, [1] с.

fotografia: Aleksander Wasyluk /orthphoto.net/