publicystyka: Już, ale jeszcze nie
kuchnia muzyka sklep ogłoszenia wydarzenia fotogalerie

Już, ale jeszcze nie

o. John Breck (tłum. Gabriel Szymczak), 26 września 2025

Życie i wiara chrześcijańska pełne są wszelkiego rodzaju paradoksów. Ojcowie Kościoła nazywali je „antynomiami”, mając na myśli myśli i idee, które wydają się sprzeczne, ale takie nie są. Po prostu nie mieszczą się w utartych kategoriach ludzkiego rozumowania. Najbardziej oczywistym przykładem jest prawdopodobnie uwielbienie, jakie oddajemy Marii, Bogurodzicy: Tej, która nosiła Boga w swoim łonie. Czcimy Ją jako „Matkę Dziewicę” i „Niezamężną Oblubienicę”.

Kolejny paradoks dotyczy tego, co nazywamy „eschatologią”, czyli doktryną „rzeczy ostatecznych”. Obejmuje ona takie kwestie, jak relacja duszy i ciała po śmierci, zmartwychwstanie indywidualne i powszechne, Sąd Ostateczny, niebo i piekło oraz „nowe stworzenie” nieba i ziemi. Ta dziedzina teologii jest paradoksalna z co najmniej dwóch głównych powodów. Po pierwsze, ponieważ zajmuje się tym, co ma nadejść, a nie przeszłością czy teraźniejszością, co oznacza, że ​​wymaga od nas wyraźnego rozróżnienia między tym, co Bóg objawił o przyszłości, a tym, co jest jedynie ludzkim domysłem. Przyszłość nie jest „historyczna”, więc nie może podlegać normalnym metodom analizy historycznej. Proroctwo ma tendencję do przesuwania się od teraźniejszości ku przyszłości. Jest zakorzenione w bezpośrednim doświadczeniu ludu Bożego do tego stopnia, że bardziej dotyczy sądu nad teraźniejszością niż przepowiedni tego, co ma nadejść, mimo że sąd ten jest wyrażany jako groźba lub obietnica, która spełni się dopiero w przyszłości. To, co nazywamy eschatologią, ma tendencję do przesuwania się od przyszłości do teraźniejszości. Koncentruje się na czasach ostatecznych, aby dostarczyć nam danych – myśli, obrazów i koncepcji – które ukształtują naszą drogę do Królestwa Bożego. Przynajmniej tak często przedstawia się tę kwestię w podręcznikach teologicznych.

Najbardziej paradoksalny aspekt eschatologii wiąże się z jej realizacją: kiedy i jak te przyszłe wydarzenia zachodzą w życiu i doświadczeniu chrześcijańskim. Jezus głosił, że w Jego osobie „wypełnił się czas, zbliżyło się Królestwo Boże” (Mk 1,15). Duch Święty zstąpił, aby narodzić Kościół, Ciało zmartwychwstałego Pana (Dz 2), a apostoł Paweł może oświadczyć: „żyję już nie ja, lecz żyje we mnie Chrystus” (Gal 2,20). Te i wiele innych fragmentów, w tym wiele „przypowieści o Królestwie” Jezusa, skłoniły teologów do twierdzenia, że eschatologia jest zasadniczo „obecna”, już zrealizowana. Żyjemy życiem w Chrystusie we wspólnocie chrześcijańskiej, uczestnicząc w tym życiu bezpośrednio poprzez komunię sakramentalną. Śmierć jest już za nami, o ile zostaliśmy ochrzczeni, a tym samym „odrodzeni” lub „zregenerowani” do nowego istnienia, które będzie trwać wiecznie (Rz 6,4-11; Ef 2,4-6; Tt 3,4-7). Przez Krzyż i Zmartwychwstanie Chrystusa wszystko się dokonało, a my weszliśmy w nowe życie, stając się „dziećmi Bożymi” (J 1,12-13). Jednym słowem, podążając zwłaszcza za perspektywą Ewangelii Jana, „życie wieczne jest teraz”.

A jednak ci sami świadkowie Pisma Świętego nieustannie mówią o zmartwychwstaniu i nadchodzącym sądzie, jako preludium do naszego przyjęcia do „niebiańskich przybytków” (J 5,28-29; 14,1-4; Rz 6,5; Gal 5,5; Flp 3,20-21; Hbr 10,23-31; Ap 20-22 itd.). W tej perspektywie eschatologia jest wyraźnie „przyszłością”, która dopiero ma się urzeczywistnić. Fundament został położony przez śmierć i zmartwychwstanie Syna Bożego; a wszyscy, którzy w Nim mieszkają, którzy przyjęli i powitali dar Jego Ducha, żyją odnowionym życiem wiary, wyrażonym w uczynkach miłości. Spełnienie będzie jednak znane dopiero po zmartwychwstaniu umarłych i Sądzie Ostatecznym, który prowadzi do potępienia lub do życia wiecznego (J 5; Mt 25).

Nie da się logicznie pogodzić pozornych sprzeczności, ponieważ obie są prawdziwe. „Eschatologia” jest zarówno „przyszła”, jak i „teraźniejsza”. W życiu Kościoła Królestwo Boże jest już obecne, ale jego wypełnienie dopiero nadejdzie. Umarliśmy z Chrystusem i wyszliśmy z wód chrztu w „nowym życiu”; jednak dalsza droga wymaga ascetycznej walki, nieustannej pokuty i gestów ofiarnej miłości, na obraz samego Chrystusa.

Aby wyrazić to napięcie między teraźniejszością a przyszłością, o. Georges Florovsky i inni mówili o „eschatologii zainaugurowanej”. „Rzeczy ostateczne” są w pełni obecne, w pełni dostępne, o ile są niezbędne dla naszego zbawienia. Przełożenie tej zbawczej łaski na nowo stworzone istnienie wymaga jednak wzrostu w Duchu Świętym: nabycia „miłości, radości, pokoju” i wszystkich „owoców”, które Duch Święty może w nas wzbudzić, aby przemienić nas na „podobieństwo Boże”.

Nie ma zatem czegoś takiego jak „raz zbawiony, na zawsze zbawiony”, jeśli przez to rozumiemy, że proste, publiczne wyznanie wiary, złożone raz na zawsze, wystarczy, aby zagwarantować nam wejście do Królestwa Bożego. Mamy tendencję do obwiniania naszych ewangelickich braci i sióstr za tego rodzaju uproszczone podejście do tajemnicy zbawienia. Jesteśmy jednak podatni na pokusę, by zachowywać się tak, jakby była ona również artykułem wiary prawosławnej. Jest to naturalne, ponieważ jesteśmy ludźmi. Jednak to, co „naturalne”, jest również upadłe i potrzebuje odkupienia.

Aby nadać sens temu, co wydaje się nieco zawiłym teologicznym żargonem, w naszym codziennym życiu musimy przekształcić „refleksję eschatologiczną” w modlitwę. Musimy nieustannie dziękować za niewysłowioną łaskę, która już dokonała naszego zbawienia poprzez misję Chrystusa i wylanie Ducha Świętego. Jednocześnie musimy błagać Boga o męstwo, mądrość, pokorę i odwagę, by w pokoju i niezachwianej wierze dokończyć naszą podróż w i ku „rzeczom ostatecznym”.

o. John Breck (tłum. Gabriel Szymczak)

za: oca.org

fotografia: Adam Matyszczyk /cerkiew-sokolka.pl/