Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stawką jest wszystko
o. Stephen Freeman (tłum. Gabriel Szymczak), 24 września 2025
W walce o osiągnięcie pełni Osobowości – o stanie się „prawdziwym ja”, a nie pogrążeniem się w „fałszywym ja”, stawką jest nasze istnienie jako istot duchowych.
Jeśli czytasz prawosławne książki, które koncentrują się na kwestii Osobowości – dostrzegasz pewien wspólny wątek. Nasz upadek i nasze złamanie sprawiają, że jesteśmy podatni, nawet w naszych religijnych wysiłkach, na rozwój „fałszywego ja”, czegoś zupełnie innego niż pełnia prawdziwej Osobowości. W istocie religia może być na to bardziej niż tylko trochę podatna – może być jednym z najlepszych sposobów na podążanie fałszywym trybem istnienia. Należy od razu dodać, że większość naszych działań przyczynia się do tego fałszywego ja – ponieważ jest to po prostu kolejny sposób, w jaki manifestuje się nasza grzeszność. Przejście od fałszywego do prawdziwego ja to inny sposób opisania dzieła zbawienia, które dokonuje się w nas przez łaskę.
Rozróżnienia między „fałszywym” a „prawdziwym” nie dotyczą tożsamości: nie dotyczą tego, czy jestem „Billem” czy „George’em”. Zamiast tego dokonuje się rozróżnienia między wypaczonym i niewłaściwym związkiem z Bogiem i otaczającym mnie światem, a pełnym i właściwym związkiem z Bogiem i otaczającym mnie światem. Poprzez liczne doświadczenia życiowe odkrywamy, że jesteśmy zranieni i złamani. Nasza miłość ulega wypaczeniu i nie kochamy tak, jak powinniśmy. Nasze uczucia (w najszerszym i wszechogarniającym sensie tego słowa) ulegają wypaczeniu. Nie kochamy tego i tych, których powinniśmy kochać w sposób, w jaki powinni być kochani. Cały wachlarz emocji, od nienawiści, gniewu, radości, miłości itd., ulega wypaczeniu. Wydaje się zatem, że często im dłużej żyjemy, tym więcej krzywd otrzymujemy i zadajemy.
Uzdrowienie swego ja obejmuje uzdrowienie całego siebie. Poprzez oczyszczenie, oświecenie i przebóstwienie (lub na inne sposoby opisywane ascetyczne i duchowe życia prawosławnego chrześcijanina) nasze emocje zostają przywrócone do właściwego funkcjonowania. Jesteśmy zdolni kochać, być wdzięczni, odczuwać gniew, a nawet nienawidzić (ale w ich właściwym znaczeniu – oznaczającym wszystko, co jest rzeczywiście na obraz Boga). Czynimy to, co słuszne (nie według abstrakcyjnego zbioru zasad czy obiektywnego zbioru reguł), lecz według woli Boga: „Kto czyni wolę Ojca Mego, Który jest w niebiosach” (Mt 7,21).
Problem w tym wszystkim polega na tym, że opisuje to coś dynamicznego, co dzieje się w życiu wierzącego. Nie jest to statyczne, co oznacza, że kończy się, zanim się skończy. Jest to raczej swego rodzaju mapa drogowa, która ukazuje, co dzieje się w życiu zbawienia i jest sposobem na opisanie względnych zalet różnych rzeczy. Jest sposobem na określenie, co jest ważne, a co jest stawką.
Jest całkiem możliwe, że lokalny Kościół (lokalna parafia, choć moglibyśmy opisywać bardziej adekwatne znaczenie „lokalnego” Kościoła i mieć na myśli Kościół prawosławny w Ameryce lub rosyjski Kościół prawosławny itd.) zajmuje się tym, co wygląda na dzieło Kościoła, a w rzeczywistości nie wykonuje dzieła Kościoła. Sakramenty mogą być jednak obecne (są to absolutnie istotne aspekty życia Kościoła). O. Alexander Schmemann powiedział: „Kościół nie jest instytucją, która ma tajemnice; jest Tajemnicą, która ma instytucje”. Można jednak spojrzeć na to z innej strony i zamiast służyć zbawieniu każdego członka, służyć tworzeniu i pielęgnowaniu fałszywego ja.
Nasz amerykański styl życia ma tendencję do przekształcania lokalnej cerkwi w sklepik religijny. Oferuje on różnorodne programy i zajęcia, które angażują wszystkich, a nawet maksymalizują „posługi” swoich członków. Ale może on również stać się po prostu ulem pełnym aktywności, z których żadna lub niewiele ma coś wspólnego z uzdrawianiem duszy.
W każdej działalności Kościoła, czy to liturgicznej, edukacyjnej, budowlanej, czy w czymkolwiek innym, każda aktywność powinna służyć uzdrawianiu duszy i pielęgnowaniu prawdziwego ja. W przeciwnym razie Kościół stałby się po prostu kolejną świecką działalnością, która niszczy prawdziwe życie, zamiast je pielęgnować.
Co więc jest stawką? Wszystko. Łatwo jest popełnić błąd w tych kwestiach i niewątpliwie bardzo często popełniamy błędy w ich realizacji. Co powinniśmy robić? Najpierw modlić się i starać się żyć tak, jakbyśmy wierzyli w Boga. I nie tylko wierzyli w Boga, ale także w to, że celem naszego życia jest nasze mistyczne zjednoczenie z Nim i ze sobą nawzajem. Możemy angażować się w każdą Bożą działalność, ale będzie ona postrzegana jako Boża działalność wtedy i tylko wtedy, gdy jej celem będzie prawdziwe zjednoczenie z Bogiem i ze sobą nawzajem. Będzie to naznaczone miłością, wolnością, a wręcz owocem Ducha. Może nie będzie to najsprawniejsza z organizacji (sprawność nie jest kryterium Bożego osądu), ale jeśli następuje postęp w tym dziele uzdrawiania, to wykonuje dzieło Boga, a On będzie uwielbiony.
Inną konkretną działalnością, głęboko związaną z tym fałszywym i prawdziwym „ja”, jest poznanie Boga i wszystkiego, o czym mówimy, kiedy wypowiadamy słowo: „doktryna”. Częścią argumentacji św. Grzegorza Palamasa przeciwko tym, którzy opowiadali się za innym sposobem poznania Boga, było jego podkreślanie doświadczalnego charakteru właściwego poznania Boga. Zatem, gdy właściwie poznajemy Boga, znamy Go jako Osobę, a nie jako przedmiot czy temat. Ktoś może znać wszystkie formuły dogmatyczne, tak że może je bez problemu cytować, a nawet szybko analizować jakieś stwierdzenie jako sprzeczne z doktryną Kościoła, a mimo to znać to wszystko w sposób, który nie jest właściwy. Staje się po prostu ekspertem, jak ktoś przygotowujący się do teleturnieju. Jest to aktywność, która pielęgnuje fałszywe ja i może być bardziej niebezpieczna niż wiele innych, ponieważ osoba zaangażowana może cierpieć z powodu złudzenia, że skoro „zna” wszystkie prawdziwe fakty, to w rzeczywistości zna prawdę, podczas gdy tak nie jest.
W liturgii śpiewamy: „Widzieliśmy światłość prawdziwą, przyjęliśmy Ducha z niebios, znaleźliśmy wiarę prawdziwą, kłaniamy się niepodzielnej Trójcy, albowiem Ona nas zbawiła”. To w żaden sposób nie oznacza: „Teraz znamy prawdziwe fakty”. Każdy może znać prawdę. To nic nie oznacza. Hymn w liturgii odnosi się do żywej relacji, która uzdrawia nas jako całość. W tym hymnie nie ma żadnego triumfalizmu (jeśli jest, to śpiewa się z „fałszywego ja”). Zamiast tego jest po prostu wdzięczność. Dziękujemy, ponieważ Bóg to dla nas uczynił (a my w żaden sposób nie zasłużyliśmy na to, co zostało uczynione).
Dlatego życie prawosławne powinno zawsze cechować się poznaniem Boga (często niewyrażalnym, nawet jeśli jest ono zgodne z doktryną, tak jak została objawiona). Ale nie doktrynę chcę poznać, lecz Tego, Którego doktryna objawia. Ponownie, stawką jest wszystko.
o. Stephen Freeman (tłum. Gabriel Szymczak)
za: oca.org
fotografia: jarek1 /orthphoto.net/
Jeśli czytasz prawosławne książki, które koncentrują się na kwestii Osobowości – dostrzegasz pewien wspólny wątek. Nasz upadek i nasze złamanie sprawiają, że jesteśmy podatni, nawet w naszych religijnych wysiłkach, na rozwój „fałszywego ja”, czegoś zupełnie innego niż pełnia prawdziwej Osobowości. W istocie religia może być na to bardziej niż tylko trochę podatna – może być jednym z najlepszych sposobów na podążanie fałszywym trybem istnienia. Należy od razu dodać, że większość naszych działań przyczynia się do tego fałszywego ja – ponieważ jest to po prostu kolejny sposób, w jaki manifestuje się nasza grzeszność. Przejście od fałszywego do prawdziwego ja to inny sposób opisania dzieła zbawienia, które dokonuje się w nas przez łaskę.
Rozróżnienia między „fałszywym” a „prawdziwym” nie dotyczą tożsamości: nie dotyczą tego, czy jestem „Billem” czy „George’em”. Zamiast tego dokonuje się rozróżnienia między wypaczonym i niewłaściwym związkiem z Bogiem i otaczającym mnie światem, a pełnym i właściwym związkiem z Bogiem i otaczającym mnie światem. Poprzez liczne doświadczenia życiowe odkrywamy, że jesteśmy zranieni i złamani. Nasza miłość ulega wypaczeniu i nie kochamy tak, jak powinniśmy. Nasze uczucia (w najszerszym i wszechogarniającym sensie tego słowa) ulegają wypaczeniu. Nie kochamy tego i tych, których powinniśmy kochać w sposób, w jaki powinni być kochani. Cały wachlarz emocji, od nienawiści, gniewu, radości, miłości itd., ulega wypaczeniu. Wydaje się zatem, że często im dłużej żyjemy, tym więcej krzywd otrzymujemy i zadajemy.
Uzdrowienie swego ja obejmuje uzdrowienie całego siebie. Poprzez oczyszczenie, oświecenie i przebóstwienie (lub na inne sposoby opisywane ascetyczne i duchowe życia prawosławnego chrześcijanina) nasze emocje zostają przywrócone do właściwego funkcjonowania. Jesteśmy zdolni kochać, być wdzięczni, odczuwać gniew, a nawet nienawidzić (ale w ich właściwym znaczeniu – oznaczającym wszystko, co jest rzeczywiście na obraz Boga). Czynimy to, co słuszne (nie według abstrakcyjnego zbioru zasad czy obiektywnego zbioru reguł), lecz według woli Boga: „Kto czyni wolę Ojca Mego, Który jest w niebiosach” (Mt 7,21).
Problem w tym wszystkim polega na tym, że opisuje to coś dynamicznego, co dzieje się w życiu wierzącego. Nie jest to statyczne, co oznacza, że kończy się, zanim się skończy. Jest to raczej swego rodzaju mapa drogowa, która ukazuje, co dzieje się w życiu zbawienia i jest sposobem na opisanie względnych zalet różnych rzeczy. Jest sposobem na określenie, co jest ważne, a co jest stawką.
Jest całkiem możliwe, że lokalny Kościół (lokalna parafia, choć moglibyśmy opisywać bardziej adekwatne znaczenie „lokalnego” Kościoła i mieć na myśli Kościół prawosławny w Ameryce lub rosyjski Kościół prawosławny itd.) zajmuje się tym, co wygląda na dzieło Kościoła, a w rzeczywistości nie wykonuje dzieła Kościoła. Sakramenty mogą być jednak obecne (są to absolutnie istotne aspekty życia Kościoła). O. Alexander Schmemann powiedział: „Kościół nie jest instytucją, która ma tajemnice; jest Tajemnicą, która ma instytucje”. Można jednak spojrzeć na to z innej strony i zamiast służyć zbawieniu każdego członka, służyć tworzeniu i pielęgnowaniu fałszywego ja.
Nasz amerykański styl życia ma tendencję do przekształcania lokalnej cerkwi w sklepik religijny. Oferuje on różnorodne programy i zajęcia, które angażują wszystkich, a nawet maksymalizują „posługi” swoich członków. Ale może on również stać się po prostu ulem pełnym aktywności, z których żadna lub niewiele ma coś wspólnego z uzdrawianiem duszy.
W każdej działalności Kościoła, czy to liturgicznej, edukacyjnej, budowlanej, czy w czymkolwiek innym, każda aktywność powinna służyć uzdrawianiu duszy i pielęgnowaniu prawdziwego ja. W przeciwnym razie Kościół stałby się po prostu kolejną świecką działalnością, która niszczy prawdziwe życie, zamiast je pielęgnować.
Co więc jest stawką? Wszystko. Łatwo jest popełnić błąd w tych kwestiach i niewątpliwie bardzo często popełniamy błędy w ich realizacji. Co powinniśmy robić? Najpierw modlić się i starać się żyć tak, jakbyśmy wierzyli w Boga. I nie tylko wierzyli w Boga, ale także w to, że celem naszego życia jest nasze mistyczne zjednoczenie z Nim i ze sobą nawzajem. Możemy angażować się w każdą Bożą działalność, ale będzie ona postrzegana jako Boża działalność wtedy i tylko wtedy, gdy jej celem będzie prawdziwe zjednoczenie z Bogiem i ze sobą nawzajem. Będzie to naznaczone miłością, wolnością, a wręcz owocem Ducha. Może nie będzie to najsprawniejsza z organizacji (sprawność nie jest kryterium Bożego osądu), ale jeśli następuje postęp w tym dziele uzdrawiania, to wykonuje dzieło Boga, a On będzie uwielbiony.
Inną konkretną działalnością, głęboko związaną z tym fałszywym i prawdziwym „ja”, jest poznanie Boga i wszystkiego, o czym mówimy, kiedy wypowiadamy słowo: „doktryna”. Częścią argumentacji św. Grzegorza Palamasa przeciwko tym, którzy opowiadali się za innym sposobem poznania Boga, było jego podkreślanie doświadczalnego charakteru właściwego poznania Boga. Zatem, gdy właściwie poznajemy Boga, znamy Go jako Osobę, a nie jako przedmiot czy temat. Ktoś może znać wszystkie formuły dogmatyczne, tak że może je bez problemu cytować, a nawet szybko analizować jakieś stwierdzenie jako sprzeczne z doktryną Kościoła, a mimo to znać to wszystko w sposób, który nie jest właściwy. Staje się po prostu ekspertem, jak ktoś przygotowujący się do teleturnieju. Jest to aktywność, która pielęgnuje fałszywe ja i może być bardziej niebezpieczna niż wiele innych, ponieważ osoba zaangażowana może cierpieć z powodu złudzenia, że skoro „zna” wszystkie prawdziwe fakty, to w rzeczywistości zna prawdę, podczas gdy tak nie jest.
W liturgii śpiewamy: „Widzieliśmy światłość prawdziwą, przyjęliśmy Ducha z niebios, znaleźliśmy wiarę prawdziwą, kłaniamy się niepodzielnej Trójcy, albowiem Ona nas zbawiła”. To w żaden sposób nie oznacza: „Teraz znamy prawdziwe fakty”. Każdy może znać prawdę. To nic nie oznacza. Hymn w liturgii odnosi się do żywej relacji, która uzdrawia nas jako całość. W tym hymnie nie ma żadnego triumfalizmu (jeśli jest, to śpiewa się z „fałszywego ja”). Zamiast tego jest po prostu wdzięczność. Dziękujemy, ponieważ Bóg to dla nas uczynił (a my w żaden sposób nie zasłużyliśmy na to, co zostało uczynione).
Dlatego życie prawosławne powinno zawsze cechować się poznaniem Boga (często niewyrażalnym, nawet jeśli jest ono zgodne z doktryną, tak jak została objawiona). Ale nie doktrynę chcę poznać, lecz Tego, Którego doktryna objawia. Ponownie, stawką jest wszystko.
o. Stephen Freeman (tłum. Gabriel Szymczak)
za: oca.org
fotografia: jarek1 /orthphoto.net/