Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Łowić ludzi dla Boga
Gabriel Szymczak, 20 września 2025
Do urzędu pracy trafiłem zaraz po studiach - poszedłem się tam zarejestrować, a wyszedłem jako doradca zawodowy. Nic to, że moje doświadczenie było praktycznie zerowe, studenckiego dorabiania nie licząc. Miałem odtąd doradzać znacznie starszym od siebie ludziom, steranym życiem i postawionym pod ścianą, niekiedy pozornie bez szans na cokolwiek…
Spotykałem głównie kobiety po pięćdziesiątce, potrafiące filetować ryby (miasto nadmorskie), karmić zwierzęta (w okolicy dominowały PGR-y, Państwowe Gospodarstwa Rolne, w których pracowały całe rodziny), lutować podzespoły elektroniczne lub szyć odzież (najwięksi lokalni państwowi pracodawcy, w upadku po przemianach ustrojowych) – i właściwie tylko to. Widziałem zniszczone pracą ręce, pomarszczone i noszące ślady pracy w zimnie twarze, i słyszałem podobne historie – zakład / gospodarstwo zamknięto, pracowali tam razem z mężem, u młodszych jest kilkoro dzieci na utrzymaniu, i nic innego poza tym, co dotychczas robiły, nie potrafią… Nie wiedzą, jak szukać pracy, nie umieją napisać życiorysu czy podania o pracę, właściwie to nawet za dobrze sobie z pisaniem nie radzą… A jeśli nawet mają lepsze wykształcenie, były księgowymi, sekretarkami czy innymi „umysłowymi” pracownikami – to też pracy znaleźć nie mogą i zaczynają się załamywać.
Najważniejsze było, by poznać człowieka. To, co robił, co potrafi, ale i jaki jest. Co lubi, co go interesuje, czym zajmował się poza pracą, w domu, w rodzinie. Złapać jakiś punkt, od którego można zacząć budować przyszłość. Niekiedy (co było najtrudniejsze) delikatnie, acz stanowczo podpowiedzieć, że trzeba się ogarnąć fizycznie – zadbać o czystość, uczesać, odświeżyć garderobę, wyczyścić paznokcie… To podstawy, które wydają się oczywiste, których spełnienie potrafi tchnąć w człowieka nowego ducha, pozwolić mu choć odrobinę wyżej podnieść głowę – a które niekiedy schodzą na plan dalszy jako niby nieważne, a tak naprawdę jeszcze bardziej odrzucające otoczenie od tej osoby.
Trzeba było ludzi nauczyć, jak rozmawiać z pracodawcą, jak się do tego przygotować, co mówić, a czego unikać. Jak opowiedzieć o sobie – rzeczowo, z przywołaniem faktów i w sposób, który drugą stronę zachęci do dalszego kontaktu.
Jednocześnie nie można było ukrywać prawdy – że będzie ciężko, że to potrwa, że dziesiątki wysłanych podań mogą nic nie dać, ale nie wolno się załamywać, tylko dalej robić swoje. Czekać, nieustępliwie pukając do kolejnych drzwi i żadnego dnia nie odpuszczając starań.
Byli tacy, którym się udawało, którzy dość szybko znajdowali nową pracę. Ale byli i tacy, którzy za każdym razem odpadali. W końcu zaczynało im brakować motywacji do kolejnego podejścia, tracili wiarę w to, że w ogóle cokolwiek potrafią, że coś jeszcze mogą w życiu osiągnąć. W świecie i innych doszukiwali się wyłącznie wroga. A gdy na dodatek ich własna rodzina koncentrowała się na podkreślaniu kolejnych porażek, a nie podnoszeniu ich na duchu, to jeśli przyjmowali tę narrację, jeśli zaczynali widzieć w sobie tylko słabości i braki, odpuszczali wszystko, czasem także życie.
Nawet najlepszy, najbardziej doświadczony doradca zawodowy nie jest w stanie zbudować życia i przyszłości człowieka za niego. Może go natomiast wesprzeć, coś podpowiedzieć, pomóc spojrzeć na siebie przez nieco inny pryzmat - potencjału i szans, a nie ograniczeń i błędów. I niekiedy – właściwie to nawet często – to jest to, czego człowiek potrzebuje i co daje mu napęd do dalszej walki.
Jednocześnie to, co sam musiałem zrozumieć, to fakt, że nie jestem wszechmocny – nie wyprowadzę wszystkich z dołka psychicznego, nie nauczę ich perfekcji w pisaniu dokumentów i rozmowie z pracodawcą, nie nauczę błyskotliwego odpowiadania na pytania, nie zamienię czerni pesymizmu w jasność nadziei. Realizację ich życia i zadań muszę pozostawić im.
To ważne – gdybym się tego nie nauczył, gdybym trochę „nie stwardniał” w tej pracy, porażka każdego z nich (a było ich wielu) byłaby moją osobistą porażką, osłabiającą moje zaangażowanie w pracę z nimi, zmieniającą moje nastawienie (które musiało być pozytywne, i to nie sztucznie, ale prawdziwie) do sensu pracy z nimi – a może finalnie prowadzącą do niechęci do nich. W każdej kolejnej osobie widziałbym bowiem kolejnego przegranego, którego porażka pociągnie w dół i mnie. Tymczasem moją rolą było wskazywać kierunek – i dawać nadzieję na zwycięstwo, choćby wymagało to i z ich, i z mojej strony wielkiego wysiłku. Ten pozorny egoizm był potrzebny, by zwiększyć ich szanse.
Dlaczego o tym piszę? I czy jest tu jakiś związek z życiem wiarą?
Jest. Każdy z nas jest dla innych życiowym doradcą. Może nie kształtujemy ludzi wprost, nie jesteśmy zawodowo ich duchowymi przewodnikami, ale to, jacy jesteśmy, czym się w relacjach z nimi kierujemy, jak się zachowujemy, co mówimy, jak ich traktujemy – to wszystko wywiera na nich wpływ. Jeśli jeszcze dodamy do tego to, że uważamy siebie za wierzących – i albo ludzie o tym po prostu wiedzą, albo my sami głośno o tym mówimy – to nasze życie nie świadczy tylko o nas samych, ale o Bogu i o prawosławiu - czy szerzej, o chrześcijaństwie.
Co z wiary wybieram jako swoją siłę napędową? Co tym samym daję innym? Czy jestem prorokiem potępienia i sądu (najczęściej nie dla siebie, a wyłącznie dla innych), czy raczej prorokiem nadziei i łaski (co nie znaczy, że jestem potulny i nie wzywam do przemiany myślenia i życia, do metanoi)?
Doradca nie mógł jedynie współczuć i głaskać zbolałego po głowie. Musiał zdecydowanie pokazać jego niedoskonałości i zewnętrzne zagrożenia, z którymi miał zacząć walkę – ale jednocześnie (a może nawet przede wszystkim) pokazać cel, możliwą drogę lub drogi do niego – i podtrzymywać na duchu. Walkę ten człowiek podejmował sam, ale za plecami miał kogoś, kto mógł – i chciał - mu pomóc, kto czasem ledwie maleńką cząstką swej myśli jakoś wierzył w jego powodzenie. I nie tracił tej wiary w obliczu kolejnych niepowodzeń.
Tak łatwo mówimy - nie potępiaj człowieka, potępiaj jego grzech. Jednak gdy słucham i czytam, jak to robimy, co mówimy o innych – daleko nam do tego. Słowa apostoła Jakuba: Jeden jest prawodawca i sędzia, mogący zbawić i zgubić; ty zaś kim jesteś, gdy osądzasz bliźniego? (Jk 4, 12) jakże często wydają się być po prostu martwe…
Gdy staje przed nami jawnogrzesznica, jesteśmy jak ci faryzeusze i znawcy Ksiąg, ochoczo dzierżący w dłoni kamień, by go rzucić. Możemy nawet nie mieć pewności, że ona zgrzeszyła, mogła wcale nie być pochwycona na cudzołóstwie, a jedynie o to podejrzana – ale już sama pogłoska nam wystarczy, by osądzić, by chcieć wydać wyrok i go wykonać. Mamy wtedy poczucie wykonywania ważnej misji, misji oczyszczania świata ze zła i „nawracania” naszej siostry czy brata. Mamy poczucie, że działamy dla dobra tego człowieka – albo dla dobra otoczenia, które w ten sposób chronimy przed jego złem, przed jego wpływem. Potrafimy być tak zawzięci i tak pewni swego, że nie widzimy stojącego obok i coś piszącego na piasku Chrystusa, nie słyszymy Jego słów – miłujcie swoich bliźnich, dobrze im czyńcie, przebaczajcie, nie sądźcie, nie skupiajcie się na drzazdze w oku brata swego, lecz na belce w waszym…
W imię Boga, w imię wiary, w imię naszego dobrego samopoczucia potrafimy ludzi ranić. Mówimy o dobrym Stwórcy, na Którego obraz i podobieństwo jesteśmy ukształtowani, lecz tego nie pokazujemy. Mówimy o miłości i szacunku, oczekujemy ich dla siebie, ale odmawiamy tego innym. Wołamy „Panie, zmiłuj się”, lecz sami przed miłosierdziem dla innych się wzdragamy. Staje przed nami człowiek, który się pogubił – albo którego jedynie my jako takiego widzimy, bo nam nie pasuje do wzorca – i dajemy sobie prawo do potępienia i odrzucenia. Tymczasem często w ogóle go nie znamy; właściwie nawet nie chcemy go poznać, nie chcemy się dowiedzieć, co się w nim kryje, dlaczego jest właśnie taki – lub czy to, co się o nim mówi, jak się go widzi, jest na czymkolwiek oparte. Wystarczy nam nasze własne jego wyobrażenie.
Boję się osądzania. Boję się wydawania na kogoś wyroku, nawet jeśli wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że mógłbym mieć rację. Zbyt dużo już w życiu widziałem, zbyt dużo doświadczyłem i zbyt wielu ludzi jakże odmiennych przy bliższym poznaniu niż to, co o nich mówiono, spotkałem. Zbyt wiele zła sam uczyniłem, by wierzyć w swoją doskonałość i nie mieć do siebie zastrzeżeń. By samu sobie dawać prawo do orzekania wyroku wobec innych.
Wszyscy jesteśmy tacy sami – i dobrzy, i źli jednocześnie; i twardzi, i słabi, gdy próba, której zostajemy poddani, jest zbyt wielka. Na pozór szczęśliwi, w środku rozdzierani bólem. Ale też niby niewiele mogący zaoferować i zepchnięci gdzieś na margines – lecz gdy ktoś potrzebuje pomocy czy wsparcia, oddający mu wszystko, co mamy i stający przy nim bez cienia zawahania. Wbrew pewności innych, że niczego dobrego po nas spodziewać się nie można.
Wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom (Mt 7, 11) – te słowa Chrystusa tylko podkreślają, że w każdym z nas ścierają się przeciwieństwa, że jesteśmy areną walki dobra i zła, światła i ciemności. Sami wybieramy komu i co okazujemy. Lecz mamy być inni – miłować wrogów, błogosławić przeklinających, czynić dobro nienawidzącym nas, modlić się za prześladowców, i tak czyniąc – stać się synami Ojca naszego, Którego słońce wschodzi nad złymi i dobrymi, i deszcz pada na sprawiedliwych i niesprawiedliwych (Mt 5, 44-45). Dopiero to – a nie sama deklaracja - czyni różnicę między wierzącym, a światem.
Czy tego chcemy, czy nie, droga większości z nas wiedzie do Boga przez drugiego człowieka.. Nie jesteśmy pustelnikami odciętymi od innych. To ten drugi jest probierzem naszej wiary, jej stałości, siły – i prawdziwości. I im bardziej jest od nas inny, im trudniejszy – tym czulszy to probierz. Łatwo jest bowiem szanować, czynić dobro i wybaczać podobnemu do nas, wyznającemu te same wartości, trudniej – temu, od kogo wszystko wydaje się nas różnić. Miło mieć kontakt z kimś czystym i schludnym (nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim duchowo), trudniej – z brudnym i obdartym, poranionym życiem, niekiedy na własne życzenie.
Tymczasem miłość i współczucie nie są sterylne; im człowiek brudniejszy, im bardziej grzeszny, im bardziej zepchnięty przez świat na margines – tym większa jest jego moc, by hartować naszą wiarę – i życie nią. Chrystus nie unikał brudnych, nagich, trędowatych, opętanych, nieczystych… - kontaktem z nimi pokazywał, na kim Bogu najbardziej zależy i jak szaloną miłością i pragnieniem bliskości ich darzy. Nie miał dla nich złego czy potępiającego słowa, wręcz przeciwnie. Twarde i ostre słowa kierował natomiast ku tym pozornie czystym i bogobojnym, którzy jednak w Jego ocenie byli od Boga daleko.
Ubrudzić ręce. Poczuć smród rozkładu czyjegoś życia, czyjejś nadziei. Zanurzyć się w czyimś bólu i rozpaczy. Dotknąć czyjejś dłoni, którą ogarnia chłód śmierci. Nie uciec. Nie odwrócić wzroku z obrzydzeniem. Nie potępić.
Czy mam na to siłę? Czy w drugim człowieku jestem w stanie dostrzec choć cień jego Boskiego Stwórcy? Czy widzę w ludzkim łachmanie siostrę, brata, z ich ludzką godnością, choćby i ukrytą pod morzem grzechu? Czy mam nadzieję mocną na tyle, by rozproszyła mrok ich załamania? Czy mam wystarczającą wiarę, by trwać wbrew przeszkodom i własnemu zniechęceniu? Czy w ogóle tak widzę swoją rolę jako tego, który wierzy i ma być świadkiem?
Łowimy ludzi dla Boga naszym własnym życiem.
Bardzo utkwiło mi w pamięci to przesłanie z homilii władyki Jakuba do czytania o powołaniu przez Jezusa pierwszych apostołów – rybaków. Naszą siecią do połowu jest nasze własne życie – nie jego wizja, nie teoria, nie wzniosłe słowa – ale każdy realny, wręcz namacalny dzień. Każdy czyn. Każdy gest. Jeśli są szczere, prawdziwe, zgodne z Ewangelią, jeśli nie ma w nich fałszu i drugiego dna – to są naszą siecią, w którą dla Boga łapiemy innych ludzi. Siecią zadbaną, naprawioną, bez dziur. Wypróbowaną w wielu różnych, niełatwych okolicznościach. Siecią, która nawet jeśli niedoskonała i prowadzona rękami niewprawnego jeszcze rybaka, to jest wspomagana przez Boga, bowiem Pan jest bliski wszystkim, którzy wzywają Go w prawdzie (Ps 144, 18). Jak głoszę, tak żyję; i jak żyję, tak - i takiego Boga - głoszę.
Zakończę dwoma nieco dłuższymi cytatami. Nie są prawosławne. Pierwszy to historia opowiedziana przez papieża Franciszka w książce Miłosierdzie to imię Boga. Drugi – buddyjska przypowieść o mistrzu i uczniu. Choć tak różne, oba to lekcja pokory i uważności wobec drugiego człowieka, i prawdziwie życia według Bożego słowa.
***
Z czasów, kiedy byłem rektorem jezuickiego Kolegium Głównego i proboszczem w Argentynie, pamiętam pewną matkę, która mając małe dzieci, została porzucona przez męża. Nie miała stałego zatrudnienia, tylko przez kilka miesięcy w roku znajdowała prace dorywcze. Kiedy nie miała pracy, by wyżywić swoje dzieci, zarabiała jako prostytutka. Była pokorna, przychodziła do parafii, próbowaliśmy jej pomóc poprzez Caritas. Pamiętam, że pewnego dnia – był to okres świąt Bożego Narodzenia – przyszła do kolegium z dziećmi i zapytała o mnie. Zawołano mnie i przyszedłem, żeby ją przyjąć. Przyszła, by mi podziękować. Sądziłem, że dziękuje za paczkę z żywnością z Caritasu, którą jej wysłaliśmy. „Dostała ją pani?”, zapytałem. A ona: „Tak, tak, dziękuję również za to. Ale przyszłam podziękować przede wszystkim za to, że nigdy nie przestał mnie ojciec nazywać panią”. To doświadczenie, z którego można nauczyć się, jak ważne jest, by przyjmować z delikatnością tego, kto przed nami stoi, nie ranić jego godności.
***
Do Buddy przyszedł kiedyś młody uczeń i zapytał:
– Mistrzu, ja też kiedyś chcę zostać mistrzem jak Ty. Udziel mi światłej rady, co mam czynić.
– Idź w góry, studiuj święte księgi i medytuj – odrzekł Budda.
– Jak długo?
– Tyle, ile uznasz za stosowne.
– W jaki sposób?
– Najwłaściwszy dla siebie.
Uczeń poszedł w góry. Niewiele jadł, niewiele pił, śpiewał święte mantry, siedząc tyłem do wody i przodem do ściany jaskini. Po pięciu latach poszedł do Buddy i zapytał:
– Czy już jestem mistrzem?
– A co umiesz robić? – spytał Budda.
– Mogę powstrzymać się od spożywania posiłku przez trzydzieści dni.
– Świetnie, a co jeszcze?
– Mogę nie pić wody przez czternaście dni.
– Świetnie, a co jeszcze?
– Mogę wstrzymać oddech na kilka minut.
– Świetnie, a co jeszcze?
Uczeń posmutniał i z powrotem poszedł w góry.
Po piętnastu latach znowu spotkał Buddę i zapytał:
– Czy już jestem mistrzem?
– A co umiesz zrobić? – spytał Budda.
– Opanowałem zdolność jasnowidzenia i jasnosłyszenia.
– Wspaniale, a co jeszcze?
– Opanowałem zdolność telepatii.
– Wspaniale, a co jeszcze?
– Potrafię myślą poruszać martwe przedmioty.
– Wspaniale, a co jeszcze?
I uczeń z powrotem poszedł w góry.
Po dwudziestu pięciu latach znowu przyszedł do Buddy i spytał:
– Czy już jestem mistrzem?
– A co umiesz zrobić? – spytał Budda.
– Potrafię w mroźną noc osuszyć ciałem mokre prześcieradła i wtopić się w lodowiec.
– Fantastycznie, a co jeszcze?
– Mogę chodzić po tafli jeziora albo bosymi stopami po rozżarzonych węglach.
– Fantastycznie, a co jeszcze umiesz zrobić?
I uczeń z powrotem poszedł w góry.
Po trzydziestu pięciu latach uczeń znowu spotkał Buddę. Ten zapytał go:
– I co potrafisz zrobić?
– Potrafię pomóc drugiemu człowiekowi i uśmiechnąć się do niego – odparł uczeń.
Budda też się uśmiechnął i powiedział:
– Jesteś mistrzem.
Gabriel Szymczak
fotografia: jarek11 /orthphoto.net/
Spotykałem głównie kobiety po pięćdziesiątce, potrafiące filetować ryby (miasto nadmorskie), karmić zwierzęta (w okolicy dominowały PGR-y, Państwowe Gospodarstwa Rolne, w których pracowały całe rodziny), lutować podzespoły elektroniczne lub szyć odzież (najwięksi lokalni państwowi pracodawcy, w upadku po przemianach ustrojowych) – i właściwie tylko to. Widziałem zniszczone pracą ręce, pomarszczone i noszące ślady pracy w zimnie twarze, i słyszałem podobne historie – zakład / gospodarstwo zamknięto, pracowali tam razem z mężem, u młodszych jest kilkoro dzieci na utrzymaniu, i nic innego poza tym, co dotychczas robiły, nie potrafią… Nie wiedzą, jak szukać pracy, nie umieją napisać życiorysu czy podania o pracę, właściwie to nawet za dobrze sobie z pisaniem nie radzą… A jeśli nawet mają lepsze wykształcenie, były księgowymi, sekretarkami czy innymi „umysłowymi” pracownikami – to też pracy znaleźć nie mogą i zaczynają się załamywać.
Najważniejsze było, by poznać człowieka. To, co robił, co potrafi, ale i jaki jest. Co lubi, co go interesuje, czym zajmował się poza pracą, w domu, w rodzinie. Złapać jakiś punkt, od którego można zacząć budować przyszłość. Niekiedy (co było najtrudniejsze) delikatnie, acz stanowczo podpowiedzieć, że trzeba się ogarnąć fizycznie – zadbać o czystość, uczesać, odświeżyć garderobę, wyczyścić paznokcie… To podstawy, które wydają się oczywiste, których spełnienie potrafi tchnąć w człowieka nowego ducha, pozwolić mu choć odrobinę wyżej podnieść głowę – a które niekiedy schodzą na plan dalszy jako niby nieważne, a tak naprawdę jeszcze bardziej odrzucające otoczenie od tej osoby.
Trzeba było ludzi nauczyć, jak rozmawiać z pracodawcą, jak się do tego przygotować, co mówić, a czego unikać. Jak opowiedzieć o sobie – rzeczowo, z przywołaniem faktów i w sposób, który drugą stronę zachęci do dalszego kontaktu.
Jednocześnie nie można było ukrywać prawdy – że będzie ciężko, że to potrwa, że dziesiątki wysłanych podań mogą nic nie dać, ale nie wolno się załamywać, tylko dalej robić swoje. Czekać, nieustępliwie pukając do kolejnych drzwi i żadnego dnia nie odpuszczając starań.
Byli tacy, którym się udawało, którzy dość szybko znajdowali nową pracę. Ale byli i tacy, którzy za każdym razem odpadali. W końcu zaczynało im brakować motywacji do kolejnego podejścia, tracili wiarę w to, że w ogóle cokolwiek potrafią, że coś jeszcze mogą w życiu osiągnąć. W świecie i innych doszukiwali się wyłącznie wroga. A gdy na dodatek ich własna rodzina koncentrowała się na podkreślaniu kolejnych porażek, a nie podnoszeniu ich na duchu, to jeśli przyjmowali tę narrację, jeśli zaczynali widzieć w sobie tylko słabości i braki, odpuszczali wszystko, czasem także życie.
Nawet najlepszy, najbardziej doświadczony doradca zawodowy nie jest w stanie zbudować życia i przyszłości człowieka za niego. Może go natomiast wesprzeć, coś podpowiedzieć, pomóc spojrzeć na siebie przez nieco inny pryzmat - potencjału i szans, a nie ograniczeń i błędów. I niekiedy – właściwie to nawet często – to jest to, czego człowiek potrzebuje i co daje mu napęd do dalszej walki.
Jednocześnie to, co sam musiałem zrozumieć, to fakt, że nie jestem wszechmocny – nie wyprowadzę wszystkich z dołka psychicznego, nie nauczę ich perfekcji w pisaniu dokumentów i rozmowie z pracodawcą, nie nauczę błyskotliwego odpowiadania na pytania, nie zamienię czerni pesymizmu w jasność nadziei. Realizację ich życia i zadań muszę pozostawić im.
To ważne – gdybym się tego nie nauczył, gdybym trochę „nie stwardniał” w tej pracy, porażka każdego z nich (a było ich wielu) byłaby moją osobistą porażką, osłabiającą moje zaangażowanie w pracę z nimi, zmieniającą moje nastawienie (które musiało być pozytywne, i to nie sztucznie, ale prawdziwie) do sensu pracy z nimi – a może finalnie prowadzącą do niechęci do nich. W każdej kolejnej osobie widziałbym bowiem kolejnego przegranego, którego porażka pociągnie w dół i mnie. Tymczasem moją rolą było wskazywać kierunek – i dawać nadzieję na zwycięstwo, choćby wymagało to i z ich, i z mojej strony wielkiego wysiłku. Ten pozorny egoizm był potrzebny, by zwiększyć ich szanse.
Dlaczego o tym piszę? I czy jest tu jakiś związek z życiem wiarą?
Jest. Każdy z nas jest dla innych życiowym doradcą. Może nie kształtujemy ludzi wprost, nie jesteśmy zawodowo ich duchowymi przewodnikami, ale to, jacy jesteśmy, czym się w relacjach z nimi kierujemy, jak się zachowujemy, co mówimy, jak ich traktujemy – to wszystko wywiera na nich wpływ. Jeśli jeszcze dodamy do tego to, że uważamy siebie za wierzących – i albo ludzie o tym po prostu wiedzą, albo my sami głośno o tym mówimy – to nasze życie nie świadczy tylko o nas samych, ale o Bogu i o prawosławiu - czy szerzej, o chrześcijaństwie.
Co z wiary wybieram jako swoją siłę napędową? Co tym samym daję innym? Czy jestem prorokiem potępienia i sądu (najczęściej nie dla siebie, a wyłącznie dla innych), czy raczej prorokiem nadziei i łaski (co nie znaczy, że jestem potulny i nie wzywam do przemiany myślenia i życia, do metanoi)?
Doradca nie mógł jedynie współczuć i głaskać zbolałego po głowie. Musiał zdecydowanie pokazać jego niedoskonałości i zewnętrzne zagrożenia, z którymi miał zacząć walkę – ale jednocześnie (a może nawet przede wszystkim) pokazać cel, możliwą drogę lub drogi do niego – i podtrzymywać na duchu. Walkę ten człowiek podejmował sam, ale za plecami miał kogoś, kto mógł – i chciał - mu pomóc, kto czasem ledwie maleńką cząstką swej myśli jakoś wierzył w jego powodzenie. I nie tracił tej wiary w obliczu kolejnych niepowodzeń.
Tak łatwo mówimy - nie potępiaj człowieka, potępiaj jego grzech. Jednak gdy słucham i czytam, jak to robimy, co mówimy o innych – daleko nam do tego. Słowa apostoła Jakuba: Jeden jest prawodawca i sędzia, mogący zbawić i zgubić; ty zaś kim jesteś, gdy osądzasz bliźniego? (Jk 4, 12) jakże często wydają się być po prostu martwe…
Gdy staje przed nami jawnogrzesznica, jesteśmy jak ci faryzeusze i znawcy Ksiąg, ochoczo dzierżący w dłoni kamień, by go rzucić. Możemy nawet nie mieć pewności, że ona zgrzeszyła, mogła wcale nie być pochwycona na cudzołóstwie, a jedynie o to podejrzana – ale już sama pogłoska nam wystarczy, by osądzić, by chcieć wydać wyrok i go wykonać. Mamy wtedy poczucie wykonywania ważnej misji, misji oczyszczania świata ze zła i „nawracania” naszej siostry czy brata. Mamy poczucie, że działamy dla dobra tego człowieka – albo dla dobra otoczenia, które w ten sposób chronimy przed jego złem, przed jego wpływem. Potrafimy być tak zawzięci i tak pewni swego, że nie widzimy stojącego obok i coś piszącego na piasku Chrystusa, nie słyszymy Jego słów – miłujcie swoich bliźnich, dobrze im czyńcie, przebaczajcie, nie sądźcie, nie skupiajcie się na drzazdze w oku brata swego, lecz na belce w waszym…
W imię Boga, w imię wiary, w imię naszego dobrego samopoczucia potrafimy ludzi ranić. Mówimy o dobrym Stwórcy, na Którego obraz i podobieństwo jesteśmy ukształtowani, lecz tego nie pokazujemy. Mówimy o miłości i szacunku, oczekujemy ich dla siebie, ale odmawiamy tego innym. Wołamy „Panie, zmiłuj się”, lecz sami przed miłosierdziem dla innych się wzdragamy. Staje przed nami człowiek, który się pogubił – albo którego jedynie my jako takiego widzimy, bo nam nie pasuje do wzorca – i dajemy sobie prawo do potępienia i odrzucenia. Tymczasem często w ogóle go nie znamy; właściwie nawet nie chcemy go poznać, nie chcemy się dowiedzieć, co się w nim kryje, dlaczego jest właśnie taki – lub czy to, co się o nim mówi, jak się go widzi, jest na czymkolwiek oparte. Wystarczy nam nasze własne jego wyobrażenie.
Boję się osądzania. Boję się wydawania na kogoś wyroku, nawet jeśli wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że mógłbym mieć rację. Zbyt dużo już w życiu widziałem, zbyt dużo doświadczyłem i zbyt wielu ludzi jakże odmiennych przy bliższym poznaniu niż to, co o nich mówiono, spotkałem. Zbyt wiele zła sam uczyniłem, by wierzyć w swoją doskonałość i nie mieć do siebie zastrzeżeń. By samu sobie dawać prawo do orzekania wyroku wobec innych.
Wszyscy jesteśmy tacy sami – i dobrzy, i źli jednocześnie; i twardzi, i słabi, gdy próba, której zostajemy poddani, jest zbyt wielka. Na pozór szczęśliwi, w środku rozdzierani bólem. Ale też niby niewiele mogący zaoferować i zepchnięci gdzieś na margines – lecz gdy ktoś potrzebuje pomocy czy wsparcia, oddający mu wszystko, co mamy i stający przy nim bez cienia zawahania. Wbrew pewności innych, że niczego dobrego po nas spodziewać się nie można.
Wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom (Mt 7, 11) – te słowa Chrystusa tylko podkreślają, że w każdym z nas ścierają się przeciwieństwa, że jesteśmy areną walki dobra i zła, światła i ciemności. Sami wybieramy komu i co okazujemy. Lecz mamy być inni – miłować wrogów, błogosławić przeklinających, czynić dobro nienawidzącym nas, modlić się za prześladowców, i tak czyniąc – stać się synami Ojca naszego, Którego słońce wschodzi nad złymi i dobrymi, i deszcz pada na sprawiedliwych i niesprawiedliwych (Mt 5, 44-45). Dopiero to – a nie sama deklaracja - czyni różnicę między wierzącym, a światem.
Czy tego chcemy, czy nie, droga większości z nas wiedzie do Boga przez drugiego człowieka.. Nie jesteśmy pustelnikami odciętymi od innych. To ten drugi jest probierzem naszej wiary, jej stałości, siły – i prawdziwości. I im bardziej jest od nas inny, im trudniejszy – tym czulszy to probierz. Łatwo jest bowiem szanować, czynić dobro i wybaczać podobnemu do nas, wyznającemu te same wartości, trudniej – temu, od kogo wszystko wydaje się nas różnić. Miło mieć kontakt z kimś czystym i schludnym (nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim duchowo), trudniej – z brudnym i obdartym, poranionym życiem, niekiedy na własne życzenie.
Tymczasem miłość i współczucie nie są sterylne; im człowiek brudniejszy, im bardziej grzeszny, im bardziej zepchnięty przez świat na margines – tym większa jest jego moc, by hartować naszą wiarę – i życie nią. Chrystus nie unikał brudnych, nagich, trędowatych, opętanych, nieczystych… - kontaktem z nimi pokazywał, na kim Bogu najbardziej zależy i jak szaloną miłością i pragnieniem bliskości ich darzy. Nie miał dla nich złego czy potępiającego słowa, wręcz przeciwnie. Twarde i ostre słowa kierował natomiast ku tym pozornie czystym i bogobojnym, którzy jednak w Jego ocenie byli od Boga daleko.
Ubrudzić ręce. Poczuć smród rozkładu czyjegoś życia, czyjejś nadziei. Zanurzyć się w czyimś bólu i rozpaczy. Dotknąć czyjejś dłoni, którą ogarnia chłód śmierci. Nie uciec. Nie odwrócić wzroku z obrzydzeniem. Nie potępić.
Czy mam na to siłę? Czy w drugim człowieku jestem w stanie dostrzec choć cień jego Boskiego Stwórcy? Czy widzę w ludzkim łachmanie siostrę, brata, z ich ludzką godnością, choćby i ukrytą pod morzem grzechu? Czy mam nadzieję mocną na tyle, by rozproszyła mrok ich załamania? Czy mam wystarczającą wiarę, by trwać wbrew przeszkodom i własnemu zniechęceniu? Czy w ogóle tak widzę swoją rolę jako tego, który wierzy i ma być świadkiem?
Łowimy ludzi dla Boga naszym własnym życiem.
Bardzo utkwiło mi w pamięci to przesłanie z homilii władyki Jakuba do czytania o powołaniu przez Jezusa pierwszych apostołów – rybaków. Naszą siecią do połowu jest nasze własne życie – nie jego wizja, nie teoria, nie wzniosłe słowa – ale każdy realny, wręcz namacalny dzień. Każdy czyn. Każdy gest. Jeśli są szczere, prawdziwe, zgodne z Ewangelią, jeśli nie ma w nich fałszu i drugiego dna – to są naszą siecią, w którą dla Boga łapiemy innych ludzi. Siecią zadbaną, naprawioną, bez dziur. Wypróbowaną w wielu różnych, niełatwych okolicznościach. Siecią, która nawet jeśli niedoskonała i prowadzona rękami niewprawnego jeszcze rybaka, to jest wspomagana przez Boga, bowiem Pan jest bliski wszystkim, którzy wzywają Go w prawdzie (Ps 144, 18). Jak głoszę, tak żyję; i jak żyję, tak - i takiego Boga - głoszę.
Zakończę dwoma nieco dłuższymi cytatami. Nie są prawosławne. Pierwszy to historia opowiedziana przez papieża Franciszka w książce Miłosierdzie to imię Boga. Drugi – buddyjska przypowieść o mistrzu i uczniu. Choć tak różne, oba to lekcja pokory i uważności wobec drugiego człowieka, i prawdziwie życia według Bożego słowa.
***
Z czasów, kiedy byłem rektorem jezuickiego Kolegium Głównego i proboszczem w Argentynie, pamiętam pewną matkę, która mając małe dzieci, została porzucona przez męża. Nie miała stałego zatrudnienia, tylko przez kilka miesięcy w roku znajdowała prace dorywcze. Kiedy nie miała pracy, by wyżywić swoje dzieci, zarabiała jako prostytutka. Była pokorna, przychodziła do parafii, próbowaliśmy jej pomóc poprzez Caritas. Pamiętam, że pewnego dnia – był to okres świąt Bożego Narodzenia – przyszła do kolegium z dziećmi i zapytała o mnie. Zawołano mnie i przyszedłem, żeby ją przyjąć. Przyszła, by mi podziękować. Sądziłem, że dziękuje za paczkę z żywnością z Caritasu, którą jej wysłaliśmy. „Dostała ją pani?”, zapytałem. A ona: „Tak, tak, dziękuję również za to. Ale przyszłam podziękować przede wszystkim za to, że nigdy nie przestał mnie ojciec nazywać panią”. To doświadczenie, z którego można nauczyć się, jak ważne jest, by przyjmować z delikatnością tego, kto przed nami stoi, nie ranić jego godności.
***
Do Buddy przyszedł kiedyś młody uczeń i zapytał:
– Mistrzu, ja też kiedyś chcę zostać mistrzem jak Ty. Udziel mi światłej rady, co mam czynić.
– Idź w góry, studiuj święte księgi i medytuj – odrzekł Budda.
– Jak długo?
– Tyle, ile uznasz za stosowne.
– W jaki sposób?
– Najwłaściwszy dla siebie.
Uczeń poszedł w góry. Niewiele jadł, niewiele pił, śpiewał święte mantry, siedząc tyłem do wody i przodem do ściany jaskini. Po pięciu latach poszedł do Buddy i zapytał:
– Czy już jestem mistrzem?
– A co umiesz robić? – spytał Budda.
– Mogę powstrzymać się od spożywania posiłku przez trzydzieści dni.
– Świetnie, a co jeszcze?
– Mogę nie pić wody przez czternaście dni.
– Świetnie, a co jeszcze?
– Mogę wstrzymać oddech na kilka minut.
– Świetnie, a co jeszcze?
Uczeń posmutniał i z powrotem poszedł w góry.
Po piętnastu latach znowu spotkał Buddę i zapytał:
– Czy już jestem mistrzem?
– A co umiesz zrobić? – spytał Budda.
– Opanowałem zdolność jasnowidzenia i jasnosłyszenia.
– Wspaniale, a co jeszcze?
– Opanowałem zdolność telepatii.
– Wspaniale, a co jeszcze?
– Potrafię myślą poruszać martwe przedmioty.
– Wspaniale, a co jeszcze?
I uczeń z powrotem poszedł w góry.
Po dwudziestu pięciu latach znowu przyszedł do Buddy i spytał:
– Czy już jestem mistrzem?
– A co umiesz zrobić? – spytał Budda.
– Potrafię w mroźną noc osuszyć ciałem mokre prześcieradła i wtopić się w lodowiec.
– Fantastycznie, a co jeszcze?
– Mogę chodzić po tafli jeziora albo bosymi stopami po rozżarzonych węglach.
– Fantastycznie, a co jeszcze umiesz zrobić?
I uczeń z powrotem poszedł w góry.
Po trzydziestu pięciu latach uczeń znowu spotkał Buddę. Ten zapytał go:
– I co potrafisz zrobić?
– Potrafię pomóc drugiemu człowiekowi i uśmiechnąć się do niego – odparł uczeń.
Budda też się uśmiechnął i powiedział:
– Jesteś mistrzem.
Gabriel Szymczak
fotografia: jarek11 /orthphoto.net/