Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Krzyż i szata weselna
igumen Gabriel (tłum. Gabriel Szymczak), 14 września 2025
Co jest istotą prawosławia? Prawosławie ma wiele rytuałów. Rytuały są ważne, ale istota nie leży w rytuałach. Prawosławie ma wiele reguł - reguł liturgicznych, reguł postu, reguł modlitwy. Reguły są ważne, ale istota nie tkwi w regułach. Prawosławie ma wiele teologii - dogmatycznej, ascetycznej, mistycznej. Teologia jest ważna, ale istota nie jest teologią. Prawosławie dotyczy tej wielkiej tajemnicy, którą nasz praojciec Adam przepowiedział na początku. Kiedy Bóg przyprowadził Ewę do Adama po tym, jak ukształtował ją z jego żebra, Adam powiedział: „Dlatego opuści mężczyzna swojego ojca i swoją matkę i połączy się ze swoją żoną, i będą jednym ciałem” (Rdz 2, 24). Istotą prawosławia jest to proroctwo. Odnosząc się do tego, św. Paweł pisze do Efezjan, że choć ludzkie małżeństwo „jest wielką tajemnicą”, wskazuje na jeszcze większą: „Lecz ja mówię w odniesieniu do Chrystusa i do Kościoła” (Ef 5, 32). Istotą prawosławia jest to, że Chrystus opuścił Ojca w niebie nie przez zmianę miejsca, ale przez stanie się człowiekiem. I że złączył się ze swoją oblubienicą – Kościołem, i będą jedno.
Bóg jest miłością, a Jego miłość jest tak obfita, że pragnie wylać ją, a raczej Siebie, na całe stworzenie; aby istoty takie jak my, ludzie, odpowiedziały na tę miłość i ją przyjęły, uczestnicząc w niekończącym się życiu Trójcy Świętej. Istotą prawosławia jest Uczta Weselna Syna Królewskiego, o której słyszymy w dzisiejszej Ewangelii.
Jeśli tak jest, możemy zrozumieć, jak straszne jest odrzucenie zaproszenia Króla, gdy preferuje się sprawy doczesne, tak jak pierwsi goście. Widzimy również, jak katastrofalne dla duszy jest przyjęcie zaproszenia i przybycie nieprzygotowanym, nieodpowiednio ubranym. Dzisiaj chcę przeanalizować pytanie: „Czym jest ta szata weselna, której nie włożył gość?”.
Według św. Augustyna szatą, którą Bóg wymaga od nas, abyśmy przynieśli na wesele, jest miłość. Św. Paweł przypomina nam, że nie ma znaczenia, jakie dary duchowe posiadamy, jakie wielkie czyny czynimy – nawet męczeństwo nie ma znaczenia! Bo jeśli nie mamy miłości, te rzeczy na nic się nam nie przydadzą.
Jak często musimy sobie przypominać tę bolesną prawdę! Nie ma znaczenia, jak długo jesteśmy prawosławni lub przebywamy w monasterze. Nie ma znaczenia, jakie są nasze praktyki ascetyczne, jak udane są nasze projekty, praca i posłuszeństwo. Nic z tego nie ma znaczenia, jeśli tak naprawdę nie kochamy ludzi, których Bóg stawia przed nami w naszym życiu. Jeśli nie kochamy naszego brata, my również pojawimy się przed Oblubieńcem na uczcie weselnej nadzy i niemi.
Jeśli szatą weselną, którą musimy mieć, jest miłość, czym jest ta miłość? Archimandryta Vasileos, uczeń św. Paisjusza, pisze, że „miłość to poświęcenie, a nie sentymentalizm”.
Miłość to poświęcenie. Nie są to intensywne emocje, jakich doświadcza się, gdy po raz pierwszy spotyka się kogoś nowego. Nie jest to płomienna gorliwość nowo nawróconego czy nowicjusza, gdy dopiero rozpoczyna życie duchowe. To poświęcenie. I opatrznościowo, jeśli wolno mi się odważyć tak powiedzieć, mamy dziś przed sobą szatę miłości, którą nosi Chrystus – Jego drogocenny Krzyż (1). Czyż Bóg mógłby nam okazać większą miłość niż ta, którą ukazuje nam w tym tygodniu, gdy Krzyż jest wystawiony na widok publiczny, aby wszyscy mogli się przed Nim pokłonić i Go ucałować? Czyż Krzyż nie jest obietnicą Oblubieńca Jego wiecznej i bezgranicznej miłości do nas? Czyż nie jest to znak, że miłość to poświęcenie, że miłość wyrzeka się samej siebie?
Jak przywdziewamy tę szatę miłości? Poprzez nasze poświęcenia. Nie tylko wielkie poświęcenia, takie jak odkładanie kariery przez lata, by utrzymać członków rodziny, ratowanie ludzi z płonącego budynku, zbieranie milionów dolarów dla bezdomnych. Rzadko, jeśli w ogóle, mamy okazję do czynienia tych wielkich rzeczy. Co ważniejsze, nasza ofiara to to, co możemy dać naszemu bratu i bliźniemu każdego dnia – to małe, niezauważalne ofiary naszej uwagi i troski.
Bóg nie będzie od nas wymagał poświęceń pierwszych chrześcijan – ich ascetyzmu (także wśród osób świeckich), ich prób i udręk, przez które przeszli. Wie, że jesteśmy w mniejszym lub większym stopniu upośledzeni duchowo. To nie wymówka, by nie zawracać sobie głowy, ale by lepiej zrozumieć, co możemy zrobić.
O. John Parker z Seminarium św. Tichona udzielał katechumenom następującej rady. Mówił im, aby codziennie czytali Nowy Testament. A kiedy zobaczą, że kosz na śmieci jest pełny, mają go wynieść. I kiedy zobaczą, że kosz na śmieci jest znowu pełny, mają go wynieść ponownie. Nawet jeśli nikt im nie pomaga. Nawet jeśli wydaje się, że nikt inny tego nie robi. I za każdym razem, gdy widzą, że kosz jest pełny, mają wynosić śmieci, aż przestaną się przejmować, że nikt im nie pomaga i że nikt inny tego nie robi. A wtedy może zaczną żyć życiem duchowym. Według definicji o. Johna, ilu z nas faktycznie rozpoczęło życie duchowe?
Jest tu wiele do przemyślenia. Po pierwsze, musimy naprawdę zwracać uwagę na nasze otoczenie i ludzi w nim żyjących. Nasz świat ADHD, smartfonów, smartwatchów i całodobowych mediów społecznościowych sprawia, że szczególnie trudno jest nam zwracać uwagę na rzeczy wykraczające poza nasze bezpośrednie, lękowe źródło. Nie chodzi tylko o śmieci, musimy naprawdę zwracać uwagę na naszych braci, członków rodziny, współpracowników. Nie jak ludzie wścibscy czy łowcy plotek, ale z miłością i uwagą. Czy w ogóle zauważamy, że nasz brat jest cichszy niż zwykle i wydaje się, że być może ma jakieś pokusy i powinniśmy go pocieszyć, a przynajmniej się za niego pomodlić? A może jesteśmy tak zajęci własnymi problemami, że go nie dostrzegamy? Ross Douthout w swoich wspomnieniach, w których opowiada o walce z przewlekłą boreliozą, pisze: „Filtrujemy ludzi, aby znaleźć podobnych do nas – filtrujemy też nieszczęście, przez co cierpienie wokół nas pozostaje niesłyszalne i niewidoczne”. Jeśli nie widzimy zmagań i bólu ludzi wokół nas, jak możemy ich kochać? Jeśli nie potrafimy kochać ludzi, których spotykamy na co dzień, jak będziemy kiedykolwiek kochać obcych lub naszych wrogów? Musimy nauczyć się widzieć.
Po drugie, jeśli zdajemy sobie sprawę z problemu, którym możemy się zająć, czy faktycznie coś z nim robimy? Kiedy nauczymy się dostrzegać coś – pełny kosz na śmieci, zadanie niedokończone przez przeciążonego członka rodziny lub współpracownika – będziemy to dostrzegać częściej i będziemy mogli lepiej zareagować. Wynoszenie śmieci, zmywanie naczyń, czyszczenie toalet, układanie krzeseł z powrotem do porządku, naprawianie drobnych błędów zrobionych przez kogoś innego - wszystkie te proste, oczywiste zadania to sposoby poświęcenia naszego czasu i okazania naszej miłości. I właśnie do tego Bóg wzywa nas niemal nieustannie, jeśli mamy oczy, by widzieć. O. Jan Krestiankin pisze: „Pragniemy czynić wielkie dzieła, ponieważ drobne dobre uczynki nie karmią naszej pychy, ponieważ pozostają niezauważone, są ukryte, lecz właśnie z tego powodu są zbawcze”. Jak wyobrażamy sobie, że podołamy wyzwaniu znoszenia prześladowań i oszczerstw, kochania tych, którzy nas nienawidzą, skoro nie możemy poświęcić pięciu minut zmęczonemu bratu, skoro nie potrafimy posprzątać cudzego bałaganu? Miłość zaczyna się w małych rzeczach.
Po trzecie, kluczowe jest to, co mówi o. John Parker: „wynoś śmieci, aż przestaniesz się przejmować, że nikt inny tego nie robi”. Wymaga to od nas odpuszczenia naszego kompleksu męczennika, naszego wyniosłego spojrzenia na siebie i na to, co robimy. Jeśli kiedykolwiek pomyśleliśmy: „Gdyby nie ja, nikt by tego nie zrobił” albo „Kiedy mnie już nie będzie, zrozumieją, ile zrobiłem” – to dobry znak, że mamy kompleks męczennika. To zachowanie tak pełne użalania się nad sobą i ograniczonego myślenia, jakby tylko zadania, które wykonujemy, były niezbędne do utrzymania naszej rodziny, klasztoru, parafii czy miejsca pracy. Nasze możliwości są dość ograniczone i jeśli myślimy, że bierzemy na siebie lwią część pracy, prawdopodobnie myślimy tak, ponieważ bardziej lubimy patrzeć na ciężar spoczywający na naszych barkach niż na brzemiona niesione przez innych. To święci pośród nas podtrzymują nas, niezależnie od tego, jakie zadania wykonują, a jakie nie. Nawet jeśli myślimy, że nic nie robią. I z pewnością nie wierzą w swoją własną wartość, ale raczej pamiętają słowa Chrystusa: „Kiedy uczynicie wszystko, co wam nakazano, mówcie: - Słudzy jesteśmy nieużyteczni, uczyniliśmy, co powinniśmy uczynić” (Łk 17, 10). A jednak ci nieużyteczni słudzy to ci, którzy najbardziej kochają Boga i nas. W swoich modlitwach i pokorze to oni współpracują z Bogiem i tkają dla siebie lśniącą szatę weselną, w której staną w tym dniu.
Umiłowani, całe nasze życie to Chrystus wzywający nas do siebie, zapraszający nas na ucztę weselną. Chrystus przyodziewa się w Krzyż, szatę swojej miłości do nas, a my również musimy przyodziać się w naszą szatę weselną. Musimy przyoblec się w dzieła miłości, w poświęcenie naszego czasu i uwagi dla ludzi, którzy są przed nami. Bóg zaprasza nas na ucztę weselną każdego dnia podczas Boskiej Liturgii. To właśnie ta uczta weselna przygotowuje nas do niej – a raczej są one jednym i tym samym. Łaska, którą otrzymujemy w liturgii, pozwala nam czynić to, co nakazuje Chrystus. Nie możemy zwracać uwagi na nasze otoczenie, na naszych braci, na naszą rodzinę, na naszych współpracowników samą siłą woli. Nie możemy im właściwie odpowiedzieć samą siłą woli. Nie możemy nawet czynić dobrych uczynków, bez narzekania, samą siłą woli. Potrzebujemy łaski Bożej do wszystkiego. A On ją zapewnia, jeśli tylko Go posłuchamy – Tego, Który mówi: „Oto ucztę mą przygotowałem, woły moje i tuczne zwierzęta zabite i wszystko gotowe. Przyjdźcie na wesele”. Amen.
(1) homilia pochodzi z roku 2024, kiedy niedziela z tym czytaniem ewangelicznym następowała po święcie Podwyższenia Krzyża (przyp. tłum.)
igument Gabriel (tłum. Gabriel Szymczak)
za: holycross.org
fotografia: Adam Matyszczyk /cerkiew-sokolka.pl/
Bóg jest miłością, a Jego miłość jest tak obfita, że pragnie wylać ją, a raczej Siebie, na całe stworzenie; aby istoty takie jak my, ludzie, odpowiedziały na tę miłość i ją przyjęły, uczestnicząc w niekończącym się życiu Trójcy Świętej. Istotą prawosławia jest Uczta Weselna Syna Królewskiego, o której słyszymy w dzisiejszej Ewangelii.
Jeśli tak jest, możemy zrozumieć, jak straszne jest odrzucenie zaproszenia Króla, gdy preferuje się sprawy doczesne, tak jak pierwsi goście. Widzimy również, jak katastrofalne dla duszy jest przyjęcie zaproszenia i przybycie nieprzygotowanym, nieodpowiednio ubranym. Dzisiaj chcę przeanalizować pytanie: „Czym jest ta szata weselna, której nie włożył gość?”.
Według św. Augustyna szatą, którą Bóg wymaga od nas, abyśmy przynieśli na wesele, jest miłość. Św. Paweł przypomina nam, że nie ma znaczenia, jakie dary duchowe posiadamy, jakie wielkie czyny czynimy – nawet męczeństwo nie ma znaczenia! Bo jeśli nie mamy miłości, te rzeczy na nic się nam nie przydadzą.
Jak często musimy sobie przypominać tę bolesną prawdę! Nie ma znaczenia, jak długo jesteśmy prawosławni lub przebywamy w monasterze. Nie ma znaczenia, jakie są nasze praktyki ascetyczne, jak udane są nasze projekty, praca i posłuszeństwo. Nic z tego nie ma znaczenia, jeśli tak naprawdę nie kochamy ludzi, których Bóg stawia przed nami w naszym życiu. Jeśli nie kochamy naszego brata, my również pojawimy się przed Oblubieńcem na uczcie weselnej nadzy i niemi.
Jeśli szatą weselną, którą musimy mieć, jest miłość, czym jest ta miłość? Archimandryta Vasileos, uczeń św. Paisjusza, pisze, że „miłość to poświęcenie, a nie sentymentalizm”.
Miłość to poświęcenie. Nie są to intensywne emocje, jakich doświadcza się, gdy po raz pierwszy spotyka się kogoś nowego. Nie jest to płomienna gorliwość nowo nawróconego czy nowicjusza, gdy dopiero rozpoczyna życie duchowe. To poświęcenie. I opatrznościowo, jeśli wolno mi się odważyć tak powiedzieć, mamy dziś przed sobą szatę miłości, którą nosi Chrystus – Jego drogocenny Krzyż (1). Czyż Bóg mógłby nam okazać większą miłość niż ta, którą ukazuje nam w tym tygodniu, gdy Krzyż jest wystawiony na widok publiczny, aby wszyscy mogli się przed Nim pokłonić i Go ucałować? Czyż Krzyż nie jest obietnicą Oblubieńca Jego wiecznej i bezgranicznej miłości do nas? Czyż nie jest to znak, że miłość to poświęcenie, że miłość wyrzeka się samej siebie?
Jak przywdziewamy tę szatę miłości? Poprzez nasze poświęcenia. Nie tylko wielkie poświęcenia, takie jak odkładanie kariery przez lata, by utrzymać członków rodziny, ratowanie ludzi z płonącego budynku, zbieranie milionów dolarów dla bezdomnych. Rzadko, jeśli w ogóle, mamy okazję do czynienia tych wielkich rzeczy. Co ważniejsze, nasza ofiara to to, co możemy dać naszemu bratu i bliźniemu każdego dnia – to małe, niezauważalne ofiary naszej uwagi i troski.
Bóg nie będzie od nas wymagał poświęceń pierwszych chrześcijan – ich ascetyzmu (także wśród osób świeckich), ich prób i udręk, przez które przeszli. Wie, że jesteśmy w mniejszym lub większym stopniu upośledzeni duchowo. To nie wymówka, by nie zawracać sobie głowy, ale by lepiej zrozumieć, co możemy zrobić.
O. John Parker z Seminarium św. Tichona udzielał katechumenom następującej rady. Mówił im, aby codziennie czytali Nowy Testament. A kiedy zobaczą, że kosz na śmieci jest pełny, mają go wynieść. I kiedy zobaczą, że kosz na śmieci jest znowu pełny, mają go wynieść ponownie. Nawet jeśli nikt im nie pomaga. Nawet jeśli wydaje się, że nikt inny tego nie robi. I za każdym razem, gdy widzą, że kosz jest pełny, mają wynosić śmieci, aż przestaną się przejmować, że nikt im nie pomaga i że nikt inny tego nie robi. A wtedy może zaczną żyć życiem duchowym. Według definicji o. Johna, ilu z nas faktycznie rozpoczęło życie duchowe?
Jest tu wiele do przemyślenia. Po pierwsze, musimy naprawdę zwracać uwagę na nasze otoczenie i ludzi w nim żyjących. Nasz świat ADHD, smartfonów, smartwatchów i całodobowych mediów społecznościowych sprawia, że szczególnie trudno jest nam zwracać uwagę na rzeczy wykraczające poza nasze bezpośrednie, lękowe źródło. Nie chodzi tylko o śmieci, musimy naprawdę zwracać uwagę na naszych braci, członków rodziny, współpracowników. Nie jak ludzie wścibscy czy łowcy plotek, ale z miłością i uwagą. Czy w ogóle zauważamy, że nasz brat jest cichszy niż zwykle i wydaje się, że być może ma jakieś pokusy i powinniśmy go pocieszyć, a przynajmniej się za niego pomodlić? A może jesteśmy tak zajęci własnymi problemami, że go nie dostrzegamy? Ross Douthout w swoich wspomnieniach, w których opowiada o walce z przewlekłą boreliozą, pisze: „Filtrujemy ludzi, aby znaleźć podobnych do nas – filtrujemy też nieszczęście, przez co cierpienie wokół nas pozostaje niesłyszalne i niewidoczne”. Jeśli nie widzimy zmagań i bólu ludzi wokół nas, jak możemy ich kochać? Jeśli nie potrafimy kochać ludzi, których spotykamy na co dzień, jak będziemy kiedykolwiek kochać obcych lub naszych wrogów? Musimy nauczyć się widzieć.
Po drugie, jeśli zdajemy sobie sprawę z problemu, którym możemy się zająć, czy faktycznie coś z nim robimy? Kiedy nauczymy się dostrzegać coś – pełny kosz na śmieci, zadanie niedokończone przez przeciążonego członka rodziny lub współpracownika – będziemy to dostrzegać częściej i będziemy mogli lepiej zareagować. Wynoszenie śmieci, zmywanie naczyń, czyszczenie toalet, układanie krzeseł z powrotem do porządku, naprawianie drobnych błędów zrobionych przez kogoś innego - wszystkie te proste, oczywiste zadania to sposoby poświęcenia naszego czasu i okazania naszej miłości. I właśnie do tego Bóg wzywa nas niemal nieustannie, jeśli mamy oczy, by widzieć. O. Jan Krestiankin pisze: „Pragniemy czynić wielkie dzieła, ponieważ drobne dobre uczynki nie karmią naszej pychy, ponieważ pozostają niezauważone, są ukryte, lecz właśnie z tego powodu są zbawcze”. Jak wyobrażamy sobie, że podołamy wyzwaniu znoszenia prześladowań i oszczerstw, kochania tych, którzy nas nienawidzą, skoro nie możemy poświęcić pięciu minut zmęczonemu bratu, skoro nie potrafimy posprzątać cudzego bałaganu? Miłość zaczyna się w małych rzeczach.
Po trzecie, kluczowe jest to, co mówi o. John Parker: „wynoś śmieci, aż przestaniesz się przejmować, że nikt inny tego nie robi”. Wymaga to od nas odpuszczenia naszego kompleksu męczennika, naszego wyniosłego spojrzenia na siebie i na to, co robimy. Jeśli kiedykolwiek pomyśleliśmy: „Gdyby nie ja, nikt by tego nie zrobił” albo „Kiedy mnie już nie będzie, zrozumieją, ile zrobiłem” – to dobry znak, że mamy kompleks męczennika. To zachowanie tak pełne użalania się nad sobą i ograniczonego myślenia, jakby tylko zadania, które wykonujemy, były niezbędne do utrzymania naszej rodziny, klasztoru, parafii czy miejsca pracy. Nasze możliwości są dość ograniczone i jeśli myślimy, że bierzemy na siebie lwią część pracy, prawdopodobnie myślimy tak, ponieważ bardziej lubimy patrzeć na ciężar spoczywający na naszych barkach niż na brzemiona niesione przez innych. To święci pośród nas podtrzymują nas, niezależnie od tego, jakie zadania wykonują, a jakie nie. Nawet jeśli myślimy, że nic nie robią. I z pewnością nie wierzą w swoją własną wartość, ale raczej pamiętają słowa Chrystusa: „Kiedy uczynicie wszystko, co wam nakazano, mówcie: - Słudzy jesteśmy nieużyteczni, uczyniliśmy, co powinniśmy uczynić” (Łk 17, 10). A jednak ci nieużyteczni słudzy to ci, którzy najbardziej kochają Boga i nas. W swoich modlitwach i pokorze to oni współpracują z Bogiem i tkają dla siebie lśniącą szatę weselną, w której staną w tym dniu.
Umiłowani, całe nasze życie to Chrystus wzywający nas do siebie, zapraszający nas na ucztę weselną. Chrystus przyodziewa się w Krzyż, szatę swojej miłości do nas, a my również musimy przyodziać się w naszą szatę weselną. Musimy przyoblec się w dzieła miłości, w poświęcenie naszego czasu i uwagi dla ludzi, którzy są przed nami. Bóg zaprasza nas na ucztę weselną każdego dnia podczas Boskiej Liturgii. To właśnie ta uczta weselna przygotowuje nas do niej – a raczej są one jednym i tym samym. Łaska, którą otrzymujemy w liturgii, pozwala nam czynić to, co nakazuje Chrystus. Nie możemy zwracać uwagi na nasze otoczenie, na naszych braci, na naszą rodzinę, na naszych współpracowników samą siłą woli. Nie możemy im właściwie odpowiedzieć samą siłą woli. Nie możemy nawet czynić dobrych uczynków, bez narzekania, samą siłą woli. Potrzebujemy łaski Bożej do wszystkiego. A On ją zapewnia, jeśli tylko Go posłuchamy – Tego, Który mówi: „Oto ucztę mą przygotowałem, woły moje i tuczne zwierzęta zabite i wszystko gotowe. Przyjdźcie na wesele”. Amen.
(1) homilia pochodzi z roku 2024, kiedy niedziela z tym czytaniem ewangelicznym następowała po święcie Podwyższenia Krzyża (przyp. tłum.)
igument Gabriel (tłum. Gabriel Szymczak)
za: holycross.org
fotografia: Adam Matyszczyk /cerkiew-sokolka.pl/