Zostań przyjacielem cerkiew.pl
O wierze i niewierze
01 września 2025
Wierzący, niewierzący – jakie to w gruncie rzeczy abstrakcyjne słowa! Jakby wierzący zawsze, przez cały czas wierzył. Jakby niewierzący przez cały czas żył swoją niewiarą. W Ewangelii ojciec chorego dziecka rzuca się do Chrystusa ze słowami: „Wierzę, Panie! Pomóż mojej niewierze” (Mk 9,24) – i w tych słowach jest więcej prawdy o człowieku, głębokiej, prawdziwej prawdy, niż we wszystkich abstrakcyjnych sporach o wierze i niewierze. W ogrodzie arcykapłana apostoł Piotr trzykrotnie zapiera się Chrystusa. Chrystus spojrzał na niego, a Piotr przypomniał sobie, jak obiecał Chrystusowi umrzeć za Niego, i napisano o nim, że wyszedł na zewnątrz i „gorzko zapłakał” (Mt 26,75). I wreszcie sam Chrystus w agonii przed śmiercią zwraca się do Boga z tymi strasznymi słowami: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?” (Mt 27, 46). A co w porównaniu z tymi przykładami mogą znaczyć wszystkie naukowe dowody?
Wierzący jako coś oczywistego udowadnia swoją wiarę. Niewierzący równie pobłażliwie, jako coś oczywistego, udowadnia prawdziwość swojej niewiary. Ale wierzący, jeśli tylko jest szczery wobec siebie, wie, że zbyt często żyje tak, jakby nie było Boga, tak często w zgiełku i hałasie życia jakby gdzieś gubi, trwoni swoją wiarę. A w innym niewierzącym jest więcej smutku po Bogu, więcej tęsknoty za Światłem i Prawdą, niż w innym zadowolonym z siebie faryzeuszu-wierzącym. Dlatego wszystkie spory o wiarę i niewiarę są tak puste, tak bezprzedmiotowe w ostatecznej głębi. Nigdy bowiem i w nikim nie zrodziła się wiara z dowodów i argumentów, nie zrodziła się nawet z cudów.
Ewangelia jest pełna opowieści o cudach Chrystusa, ale jak to się stało, że ostatecznie wszyscy Go opuścili, porzucili i zdradzili? A kiedy nie było żadnego cudu, kiedy wszyscy Go porzucili, a On umarł na krzyżu, setnik, który Go ukrzyżował, zawołał: „Zaprawdę, ten człowiek był Synem Bożym” (Mt 27,54).
Przypomina mi się inna biblijna opowieść o proroku Eliaszu, któremu powiedziano, że ujrzy Boga. Najpierw była burza, ale Boga nie było w burzy, potem był ogień, ale Boga nie było w ogniu, a w końcu – jak cudownie opisano w Biblii – „łagodny powiew” (1 Krl 19,12) – i w nim był Bóg. Innymi słowy, był to cichy głos – powiew, dotknięcie się czegoś i kogoś do ludzkiej duszy. Było to tajemnicze spotkanie. I właśnie o takiej wierze mówi całe chrześcijaństwo. W nim tkwi jego istota; nie chodzi o grzmot, burzę ani ogień. I dociera ono naprawdę tylko do tego, kto potrafi – jak ponownie napisano w Ewangelii – pojąć, to znaczy przyjąć tajemnicze słowa: „Duch wieje tam, gdzie chce” (J 3,8). Kto jest w stanie usłyszeć niesłychaną nowinę o Królu Niebieskim w postaci niewolnika, niesłychaną ewangelię o pokornym Bogu?
Te myśli przychodzą do głowy, gdy czytasz i słuchasz dyskusji na temat religii. Obie strony przechwalają się swoimi zwycięstwami i triumfami, siła przeciw sile, propaganda przeciw propagandzie, nienawiść przeciw nienawiści, a ostatecznie, tak często, zło przeciw złu. Ale całe chrześcijaństwo twierdzi, że złem nie można zniszczyć zła, nienawiścią nie można pokonać nienawiści – to wszystko jest ten świat, o którym dawno powiedziano, że „leży w mocy złego” (1J 5,19).
Czy nie nadszedł czas, abyśmy my, nazywający siebie wierzącymi, przypomnieli sobie ten zasadniczy paradoks chrześcijaństwa – że zwycięża w nim tylko krzyż, jego niepokonana, niepojęta siła, jego jedyne piękno, jego ducha porywająca głębia. Chrystus nie przyszedł, aby nas zbawić siłą ani zewnętrznym zwycięstwem, ale nakazał nam, abyśmy poznali, jakiego jesteśmy ducha, aby w nas była siła krzyża. I oto zadziwiające jest to, że nawet teraz, tam, gdzie toczy się walka z religią, zwycięża ten, kto przeciwstawia sile tylko prawdę, nienawiści – tylko miłość i ofiarę, hałasowi i hukowi propagandy – ten sam „łagodny powiew”, ciszę i światło prawdziwej wiary. I oto ponad hałasem słychać tylko ich głos, w ciemności świeci tylko ich światło, którego ciemność nie jest w stanie ogarnąć.
Kiedyś Włodzimierz Sołowjow napisał książkę o paradoksalnym tytule „Usprawiedliwienie dobra”. Pokazał w niej klarownie, że słabość chrześcijan polega prawie zawsze na tym, że sami nie wierzą w swoje dobro, a kiedy przychodzi godzina walki ze złem, przeciwstawiają mu takie samo zło, taką samą nienawiść i ten sam strach. Czas więc usprawiedliwić dobro, a to oznacza – ponownie uwierzyć w jego siłę, w jego wewnętrzną boską niepokonaność.
Czas przeciwstawić światu pogrążonemu w złu nie cud, nie autorytet i nie chleb, jak w legendzie o wielkim inkwizytorze Dostojewskiego, ale radosny obraz dobra, miłości, nadziei i wiary, których brak dławi ludzkość. I tylko wtedy, gdy sami w sobie usprawiedliwimy dobro i uwierzymy w nie, zaczniemy znów zwyciężać.
W dniach po Passze śpiewa się: „Chrystus powstał z martwych, śmiercią podeptał śmierć, i będącym w grobach życie dał”. Śmiercią – śmierć, ponieważ przed zmartwychwstaniem najstraszniejsze ze wszelkiego zła – śmierć, zniszczenie – wypełnia On dobrem, miłością, ofiarą, oddaniem. Samą śmierć wypełnia Życiem, a kiedy niszczy śmierć, wtedy, tylko wtedy, nadchodzi jasny poranek zmartwychwstania. Wtedy, i tylko wtedy, tym, którzy oddają Mu całą ziemską miłość i idą, nie mając żadnej nadziei, do grobu, aby namaścić Jego ciało, On mówi to jedno jedyne słowo: „Radujcie się!” (Mt 28,9) – i wtedy zaczyna się chrześcijaństwo...
To przychodzi na myśl, za tym się tęskni w czasach rozpasanej nienawiści, lęku i podłości.
o. Aleksander Schmemann (tłum. Jakub Oniszczuk)
za: Проповеди и беседы / Протоиерей Александр Шмеман - М. : Паломникъ, 2002. - 206, [1] с.
fotografia: Aleksander Wasyluk /orthphoto.net/
Wierzący jako coś oczywistego udowadnia swoją wiarę. Niewierzący równie pobłażliwie, jako coś oczywistego, udowadnia prawdziwość swojej niewiary. Ale wierzący, jeśli tylko jest szczery wobec siebie, wie, że zbyt często żyje tak, jakby nie było Boga, tak często w zgiełku i hałasie życia jakby gdzieś gubi, trwoni swoją wiarę. A w innym niewierzącym jest więcej smutku po Bogu, więcej tęsknoty za Światłem i Prawdą, niż w innym zadowolonym z siebie faryzeuszu-wierzącym. Dlatego wszystkie spory o wiarę i niewiarę są tak puste, tak bezprzedmiotowe w ostatecznej głębi. Nigdy bowiem i w nikim nie zrodziła się wiara z dowodów i argumentów, nie zrodziła się nawet z cudów.
Ewangelia jest pełna opowieści o cudach Chrystusa, ale jak to się stało, że ostatecznie wszyscy Go opuścili, porzucili i zdradzili? A kiedy nie było żadnego cudu, kiedy wszyscy Go porzucili, a On umarł na krzyżu, setnik, który Go ukrzyżował, zawołał: „Zaprawdę, ten człowiek był Synem Bożym” (Mt 27,54).
Przypomina mi się inna biblijna opowieść o proroku Eliaszu, któremu powiedziano, że ujrzy Boga. Najpierw była burza, ale Boga nie było w burzy, potem był ogień, ale Boga nie było w ogniu, a w końcu – jak cudownie opisano w Biblii – „łagodny powiew” (1 Krl 19,12) – i w nim był Bóg. Innymi słowy, był to cichy głos – powiew, dotknięcie się czegoś i kogoś do ludzkiej duszy. Było to tajemnicze spotkanie. I właśnie o takiej wierze mówi całe chrześcijaństwo. W nim tkwi jego istota; nie chodzi o grzmot, burzę ani ogień. I dociera ono naprawdę tylko do tego, kto potrafi – jak ponownie napisano w Ewangelii – pojąć, to znaczy przyjąć tajemnicze słowa: „Duch wieje tam, gdzie chce” (J 3,8). Kto jest w stanie usłyszeć niesłychaną nowinę o Królu Niebieskim w postaci niewolnika, niesłychaną ewangelię o pokornym Bogu?
Te myśli przychodzą do głowy, gdy czytasz i słuchasz dyskusji na temat religii. Obie strony przechwalają się swoimi zwycięstwami i triumfami, siła przeciw sile, propaganda przeciw propagandzie, nienawiść przeciw nienawiści, a ostatecznie, tak często, zło przeciw złu. Ale całe chrześcijaństwo twierdzi, że złem nie można zniszczyć zła, nienawiścią nie można pokonać nienawiści – to wszystko jest ten świat, o którym dawno powiedziano, że „leży w mocy złego” (1J 5,19).
Czy nie nadszedł czas, abyśmy my, nazywający siebie wierzącymi, przypomnieli sobie ten zasadniczy paradoks chrześcijaństwa – że zwycięża w nim tylko krzyż, jego niepokonana, niepojęta siła, jego jedyne piękno, jego ducha porywająca głębia. Chrystus nie przyszedł, aby nas zbawić siłą ani zewnętrznym zwycięstwem, ale nakazał nam, abyśmy poznali, jakiego jesteśmy ducha, aby w nas była siła krzyża. I oto zadziwiające jest to, że nawet teraz, tam, gdzie toczy się walka z religią, zwycięża ten, kto przeciwstawia sile tylko prawdę, nienawiści – tylko miłość i ofiarę, hałasowi i hukowi propagandy – ten sam „łagodny powiew”, ciszę i światło prawdziwej wiary. I oto ponad hałasem słychać tylko ich głos, w ciemności świeci tylko ich światło, którego ciemność nie jest w stanie ogarnąć.
Kiedyś Włodzimierz Sołowjow napisał książkę o paradoksalnym tytule „Usprawiedliwienie dobra”. Pokazał w niej klarownie, że słabość chrześcijan polega prawie zawsze na tym, że sami nie wierzą w swoje dobro, a kiedy przychodzi godzina walki ze złem, przeciwstawiają mu takie samo zło, taką samą nienawiść i ten sam strach. Czas więc usprawiedliwić dobro, a to oznacza – ponownie uwierzyć w jego siłę, w jego wewnętrzną boską niepokonaność.
Czas przeciwstawić światu pogrążonemu w złu nie cud, nie autorytet i nie chleb, jak w legendzie o wielkim inkwizytorze Dostojewskiego, ale radosny obraz dobra, miłości, nadziei i wiary, których brak dławi ludzkość. I tylko wtedy, gdy sami w sobie usprawiedliwimy dobro i uwierzymy w nie, zaczniemy znów zwyciężać.
W dniach po Passze śpiewa się: „Chrystus powstał z martwych, śmiercią podeptał śmierć, i będącym w grobach życie dał”. Śmiercią – śmierć, ponieważ przed zmartwychwstaniem najstraszniejsze ze wszelkiego zła – śmierć, zniszczenie – wypełnia On dobrem, miłością, ofiarą, oddaniem. Samą śmierć wypełnia Życiem, a kiedy niszczy śmierć, wtedy, tylko wtedy, nadchodzi jasny poranek zmartwychwstania. Wtedy, i tylko wtedy, tym, którzy oddają Mu całą ziemską miłość i idą, nie mając żadnej nadziei, do grobu, aby namaścić Jego ciało, On mówi to jedno jedyne słowo: „Radujcie się!” (Mt 28,9) – i wtedy zaczyna się chrześcijaństwo...
To przychodzi na myśl, za tym się tęskni w czasach rozpasanej nienawiści, lęku i podłości.
o. Aleksander Schmemann (tłum. Jakub Oniszczuk)
za: Проповеди и беседы / Протоиерей Александр Шмеман - М. : Паломникъ, 2002. - 206, [1] с.
fotografia: Aleksander Wasyluk /orthphoto.net/