Zostań przyjacielem cerkiew.pl
"Bierz od życia wszystko", czyli co skrywa najpopularniejsze kłamstwo
hieromnich Roman (tłum. Justyna Pikutin), 09 sierpnia 2025
Każdemu znane jest hasło: "Żyje się tylko raz. Bierz z życia wszystko". Jego progresywny duch unosi się dosłownie w powietrzu, jest dyskretnie obecny w natywnej reklamie, odważnie głoszony z wielkich scen przez trenerów biznesu, mrugający z plakatów i szeptany do ucha w trudnych chwilach samostanowienia. Pretenduje do miana mądrego życiowego kompasu, uniwersalnego credo, obiecującego pełnię bytu, a nawet szczęścia. I bardzo wiele osób rzeczywiście stara się utrzymać swoje życie w tym rytmie i żyć „pełnią życia”. Ale pod lśniącą powłoką tego popularnego sloganu kryje się plątanina niebezpiecznych półprawd i jawnych kłamstw, podstępnie wykorzystujących ludzkie słabości i prowadzących nie do rozkwitu, ale do duchowego i fizycznego wyczerpania, a w rzeczywistości - do moralnej i faktycznej śmierci. O co tak naprawdę chodzi w tym zawoalowanym manifeście autodestrukcji?
Po pierwsze, co oznacza „wszystko”? Hasło celowo unika konkretów, pozwalając każdemu na wpisanie w nie własnych, często najbardziej prymitywnych pragnień. Udaje uniwersalne i głębokie, a w rzeczywistości służy jako puste naczynie, które można wypełnić dowolną treścią. W końcu pod pojęciem „wszystko” może kryć się zarówno to, co „pożyteczne”, jak i to, co „szkodliwe”, „niebezpieczne”, „zakazane”, a nawet „obce”. Hasło to prowadzi do ryzykownego rozmycia fundamentalnych granic. Takie pojęcia, jak „dobro i zło”, „własne i obce”, „pożyteczne i szkodliwe” tracą swą wyrazistość i znaczenie, zlewając się w bezimienną masę „dostępnego”. Nie tylko ignoruje potrzebę moralnego rozróżnienia - zrównuje wzniosłość z niskością, wieczność z doczesnością, stawiając tym samym znak równości między wykluczającymi się pojęciami.
Problem tkwi jednak nie tylko w niejasnym sformułowaniu. Zdezorientowany moralnie człowiek dostrzeże w tym motto usprawiedliwienie dla wszystkich swoich namiętności i nałogów, uzasadnioną okazję do działania po linii najmniejszego oporu. W końcu nie bez powodu rozwój, osiąganie wyżyn poznania, kreatywności, relacji, a tym bardziej w kwestiach duchowych i moralnych, wymaga tytanicznych wysiłków, dyscypliny, umiejętności odmawiania sobie tego, co małe, na rzecz tego, co wielkie, tego, co tymczasowe, na rzecz tego, co wieczne. Hasło to legitymizuje odmowę walki i rozwoju. Po co pracować nad sobą, po co pokonywać trudności, tolerować ograniczenia, po co szukać głębi, skoro można po prostu „wziąć” to, co leży na powierzchni i wymaga minimalnego wysiłku? Jest to filozofia konsumpcyjnego pasożytnictwa, prowadząca do moralnego zubożenia i wewnętrznej pustki. Namiętności i wady usprawiedliwiane przez ten slogan nie tylko zapuszczają korzenie - stają się władcami człowieka, powoli zabijając w nim osobowość.
Innymi słowy: "Jeśli nie możesz pokonać (namiętności), poprowadź ją. Jeśli coś jest zakazane, ale się bardzo chce, to można". Tacy ludzie nie akceptują odrzucenia, ponieważ żyją zgodnie z zasadą „Bierz swoje”, a zatem każde „nie” jest przez nich postrzegane jako wyzwanie, challenge. Dla nich hasło „Żyj bez sprzeciwu” staje się nie tylko wyborem, ale ideologią, która legitymizuje egoizm.
Społeczeństwo konsumpcyjne oferuje nieskończone możliwości spełniania pragnień, jednocześnie deklarując, że „chcieć” automatycznie usprawiedliwia „móc”. Ten paradygmat niszczy pojęcie obowiązku, zarówno wobec innych, jak i wobec samego siebie. Człowiek przestaje dostrzegać wartość w samodyscyplinie, ponieważ świat zewnętrzny daje mu iluzję wolności poprzez dostępność: każda przyjemność, związek, status - wszystko można kupić, wypróbować, wymienić. Jak mówi przysłowie: „Widzę cel - nie widzę przeszkód (moralnych)”. Ta interpretacja jest łatwiejsza, bardziej prymitywna i bardziej dostępna. Slogan, nie oferując kryteriów, domyślnie ześlizguje się do tej najbardziej przyziemnej i destrukcyjnej interpretacji. Zastępuje ideał rozwoju ideałem konsumpcji, otwierając pożądliwemu człowiekowi szeroką drogę do zaspokojenia swoich namiętności i zamieniając jego życie w zbiór sytuacyjnych przyjemności.
Współczesna kultura stymuluje ten mechanizm, uznając zakazy moralne za archaiczne, a ich łamanie za „naturalne” prawo. „Zasługuję na to z mocy prawa” - myśli mężczyzna, kradnąc; „To moje ciało” - myśli kobieta, zabijając nienarodzone życie. „Biorę wszystko od życia!” - deklaruje człowiek, który upija się do nieprzytomności, zdradza współmałżonka, kradnie, zaniedbuje obowiązki, czy kłamie. Hasło to czyni występek dostępnym, przekształca słabość w filozofię życia, staje się sankcją dla niepohamowanego pobłażania najpodlejszym instynktom pod pozorem pełni życia. W ten sposób powstaje błędne koło: im bardziej dana osoba ulega impulsom, tym słabsza staje się jej zdolność do refleksji, tym łatwiej jest usprawiedliwić nowe przewinienia. W końcu życie bez odmowy nie staje się poszukiwaniem szczęścia, ale ucieczką przed samym sobą - przed odpowiedzialnością, koniecznością wyboru między tym, co łatwe, a tym, co słuszne, przed niepostrzeżenie zbliżającą się surową rzeczywistością w postaci chorób psychicznych i fizycznych.
Strach pomyśleć, do czego byłaby zdolna osoba o takiej postawie, mająca naturalną skłonność do czynienia zła. Konsekwencje grzesznego upadku nie są metaforą, ale fundamentalną cechą naszej natury, zakorzenioną w równowadze między wolnością a odpowiedzialnością. Ten „oportunizm” przejawia się w tym, że złe impulsy często wydają się mniej kosztowne w realizacji niż cnoty. Sumienie, jako „głos Boga”, łatwo jest stłumić instynktem stadnym - ludzie usprawiedliwiają swoje zachowanie, słowami:„wszyscy tak robią”, „zasługuję na to”, „to nie jest aż takie złe”, „dlaczego inni mogą, a ja nie”. Czy nie jest to zasada, która kieruje tymi, którzy odbierają życie innym ludziom (w tym nienarodzonym), przywłaszczają sobie cudzą własność, zachęcają do korupcji, ogłaszają, że instytucja małżeństwa jest przestarzała, jednym słowem, podążają za tłumem?
Nic więc dziwnego, że wiele osób wybiera tę ścieżkę: wymaga ona minimalnego wysiłku i odpowiedzialności, jednocześnie całkowicie ignorując fakt, że prawdziwa wolność rodzi się nie z pobłażania namiętnościom, ale z władzy nad nimi, najlepiej w ich całkowitym przezwyciężeniu.
Ale czy możliwe jest zaspokojenie wszystkich namiętności? Hasło „Bierz z życia wszystko" ujawnia swą egzystencjalną porażkę już przy pierwszej próbie dosłownej realizacji.
Fizycznie człowiek nie jest w stanie wyczerpać możliwości świata materialnego: kupić wszystkich technologii, spróbować każdej przyjemności, posiąść wszystkich korzyści. Ta fundamentalna niemożność ogarnięcia ogromu nie jest przypadkiem, ale podstawowym prawem wszechświata, ujawniającym ślepy zaułek konsumpcyjnego podejścia do życia.
Jednocześnie samo pragnienie „brania” opiera się na braku zrozumienia podstawowych praw egzystencji. Pomysł, że można wziąć coś za darmo i bez konsekwencji, jest iluzją, którą łatwo sprzedać tym, którzy nie chcą myśleć o dniu jutrzejszym. Pogląd, że życie jest jak supermarket z darmowymi próbkami, jest z założenia błędny. W rzeczywistości życie jest złożonym systemem równowagi, w którym każde działanie ma swą cenę i konsekwencje. Duchowe prawo nieuchronności zasłużonej odpłaty nieubłaganie potwierdza ten fakt. Uniwersalne prawo zachowania energii również mówi o tym samym fakcie: nic nie pojawia się znikąd i nic nigdzie nie znika. Ortodoksyjni chrześcijanie znają to duchowe prawo z pierwszej ręki. Jeśli popadłeś w grzech, który wcześniej był dla ciebie nie do pomyślenia, prawdopodobnie potępiłeś swego bliźniego za ten grzech. Jeśli coś ukradniesz, ciebie również okradną, jeśli oszukasz bliźniego, sam zostaniesz oszukany itd. I to nie jest mistyka, to niezmienne prawa Stwórcy, który już w tym życiu stara się, „by oddać każdemu według jego dróg i według owoców jego uczynków” (Jr 32, 19). Zawsze musimy płacić, nawet jeśli z odroczeniem.
Hasło „Bierz z życia wszystko” rażąco ignoruje to prawo. Proponuje skupienie się na akcie konsumpcji, ignorując nieuchronność zapłaty. Człowiek może usprawiedliwiać się zdobywaniem doświadczenia życiowego, możliwością samorealizacji, pragnieniem duchowego wzbogacania się, ale to, co jest brane w wyniku zbrodniczej namiętności, z chciwości lub pobłażania słabościom (kradzież, oszustwo, kłamstwo, przepych), nie wzbogaca, ale dewastuje duszę, pozostawiając ciężar, zażenowanie i wstyd. Pogoń za bezgraniczną przyjemnością, czy to niekończącymi się imprezami, czy nadużywaniem alkoholu, nieuchronnie wystawia rachunek w najdroższej walucie – zdrowiu – bo lata pracy nad zużyciem organizmu karane są nadmiarem chronicznych chorób, uzależnieniami i degradacją psychiczną. Podobna destrukcyjna zapłata czeka tych, którzy szukają triumfu w niesprawiedliwie zdobytej władzy lub bogactwie: za chwilę sukcesu muszą płacić ciągłym strachem o zgromadzone, samotnością i utratą siebie, a życie w otoczeniu pochlebców i wrogów zatruwa duszę hipokryzją i paranoją. To samo uczucie głębokiej samotności nawiedza tych, którzy wybierają frywolne związki zamiast głębokiego uczucia, ponieważ ciągła zmiana partnerów prowadzi do emocjonalnego wypalenia, utraty zdolności do prawdziwej miłości, a ostatecznie - do samotności wśród tłumu, często pogłębianej przez chorobę fizyczną, jako okrutną zapłatę za wyimaginowaną wolność.
Oczywiście to „hedonistyczne motto” jest głęboko obce i wrogie duchowi Ewangelii. Chrześcijańskie podejście do życia jest diametralnie odmienne. Nie opiera się ono na bezmyślnej konsumpcji, ale na trzeźwej roztropności, wyrażonej w radzie apostoła Pawła: „Wszystko badajcie, a trzymajcie się tego, co dobre” (1 Tes 5, 21). Ta apostolska zasada jest kluczową zasadą duchowego bezpieczeństwa. Chrześcijanin nie jest powołany do bycia wszystkożernym konsumentem, ale do bycia mądrym działaczem, który sprawdza każdy krok, każde pragnienie i każdy wybór według kryterium: "Czy jest to dobre dla mojej duszy i zbawienia? Czy to zbliża mnie do Boga?". Wszystko, co nie przejdzie tego testu, zostaje odrzucone, bez względu na to, jak atrakcyjne może się wydawać. Celem życia nie jest wypróbowanie wszystkiego, ale gromadzenie niezniszczalnego skarbca w niebie, w którym to celu wierzący bierze z życia wszystko, co jest użyteczne i może służyć jego wiecznemu pożytkowi. Zbawiciel wyraźnie stwierdza: „Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie i niech weźmie krzyż swój, i idzie w ślad za Mną” (Mt 16, 24). To przykazanie nie neguje wartości życia, ale ujawnia jego najgłębszą istotę: prawdziwe odnalezienie siebie dokonuje się poprzez odrzucenie egoistycznych pragnień. Prawosławie nazywa to aktem samozaparcia - świadomym uniżeniem niskich pragnień na rzecz wzrastania w Chrystusie. W końcu wartość życia mierzy się nie wypitymi butelkami, posiadanymi samochodami czy listą partnerów seksualnych, ale stopniem, w jakim byłeś w stanie zrealizować potencjał, który Bóg w ciebie włożył i spełnić Jego nadzieje. Ziemskie życie nie jest szkicem, ale egzaminem końcowym, w którym każdy błąd ma ogromną wagę i grozi wiecznymi konsekwencjami.
W tym miejscu ujawnia się główne oszustwo głośnego sloganu. Świat mówi: „Życie jest jedno - bierz z niego wszystko!”. Prawosławie odpowiada: „Właśnie dlatego, że życie jest jedno, w żadnym wypadku nie można wziąć z niego wszystkiego!”. Właśnie dlatego, że nie będzie drugiej szansy, cena każdego wyboru wzrasta pod niebiosa, a odpowiedzialność nabiera krytycznego, soteriologicznego znaczenia. Lekkomyślne roztrwonienie tego wyjątkowego daru w pogoni za urojonym szczęściem nie jest „braniem wszystkiego”, ale utratą wszystkiego, utratą najważniejszej rzeczy, jedynej rzeczy, która ma sens w tym życiu: bezcennego czasu, zdrowia ciała i nieśmiertelnej duszy oraz życia wiecznego z Bogiem.
Człowiek kocha życie. Niezależnie od religii, światopoglądu, ideologii, kocha życie i trzyma się go nawet w najtrudniejszych okolicznościach. Ale czy „kochać” oznacza „trwonić, marnować, nadużywać”? Czy miłość nie implikuje takich pojęć jak „wartość”, „pielęgnowanie”, „troska”, „uwaga”, „odpowiedzialność"? Okazuje się, że tak popularne motto, przy bliższej analizie, wcale nie jest hymnem na cześć życia, ale hasłem do jego zniszczenia, implikującym eksterminację ludzkości zarówno w sensie moralnym, jak i fizycznym. I nietrudno zgadnąć, kto jest autorem tego wezwania. Fraza, pretendująca do miana afirmującego życie manifestu i głębokiej mądrości, w rzeczywistości okazuje się symbolem duchowego zubożenia epoki, niebezpieczną pokusą, zasłaniającą drogę w otchłań górnolotnym sloganem. Wzywa nie do pełni, ale do marnotrawstwa, nie do radości, ale do cierpienia, nie do wolności, ale do uzależnienia, a w końcu bezlitośnie skraca cenny czas życia. Rozpoznanie tego kłamstwa staje się pierwszym krokiem w kierunku prawdziwej wolności i tej prawdziwej, głębokiej, odpowiedzialnej i twórczej pełni bytu, do której powołana jest każda istota ludzka.
Życie rzeczywiście dane jest tylko raz, ale nie po to, by marnować je w pogoni za mirażami, ale by wypełnić je prawdziwym ewangelicznym sensem, budując w sobie to, co ponadczasowe.
hieromnich Roman (tłum. Justyna Pikutin)
za: pravoslavie.ru
fotografia: palavos /orthphoto.net/
Po pierwsze, co oznacza „wszystko”? Hasło celowo unika konkretów, pozwalając każdemu na wpisanie w nie własnych, często najbardziej prymitywnych pragnień. Udaje uniwersalne i głębokie, a w rzeczywistości służy jako puste naczynie, które można wypełnić dowolną treścią. W końcu pod pojęciem „wszystko” może kryć się zarówno to, co „pożyteczne”, jak i to, co „szkodliwe”, „niebezpieczne”, „zakazane”, a nawet „obce”. Hasło to prowadzi do ryzykownego rozmycia fundamentalnych granic. Takie pojęcia, jak „dobro i zło”, „własne i obce”, „pożyteczne i szkodliwe” tracą swą wyrazistość i znaczenie, zlewając się w bezimienną masę „dostępnego”. Nie tylko ignoruje potrzebę moralnego rozróżnienia - zrównuje wzniosłość z niskością, wieczność z doczesnością, stawiając tym samym znak równości między wykluczającymi się pojęciami.
Problem tkwi jednak nie tylko w niejasnym sformułowaniu. Zdezorientowany moralnie człowiek dostrzeże w tym motto usprawiedliwienie dla wszystkich swoich namiętności i nałogów, uzasadnioną okazję do działania po linii najmniejszego oporu. W końcu nie bez powodu rozwój, osiąganie wyżyn poznania, kreatywności, relacji, a tym bardziej w kwestiach duchowych i moralnych, wymaga tytanicznych wysiłków, dyscypliny, umiejętności odmawiania sobie tego, co małe, na rzecz tego, co wielkie, tego, co tymczasowe, na rzecz tego, co wieczne. Hasło to legitymizuje odmowę walki i rozwoju. Po co pracować nad sobą, po co pokonywać trudności, tolerować ograniczenia, po co szukać głębi, skoro można po prostu „wziąć” to, co leży na powierzchni i wymaga minimalnego wysiłku? Jest to filozofia konsumpcyjnego pasożytnictwa, prowadząca do moralnego zubożenia i wewnętrznej pustki. Namiętności i wady usprawiedliwiane przez ten slogan nie tylko zapuszczają korzenie - stają się władcami człowieka, powoli zabijając w nim osobowość.
Innymi słowy: "Jeśli nie możesz pokonać (namiętności), poprowadź ją. Jeśli coś jest zakazane, ale się bardzo chce, to można". Tacy ludzie nie akceptują odrzucenia, ponieważ żyją zgodnie z zasadą „Bierz swoje”, a zatem każde „nie” jest przez nich postrzegane jako wyzwanie, challenge. Dla nich hasło „Żyj bez sprzeciwu” staje się nie tylko wyborem, ale ideologią, która legitymizuje egoizm.
Społeczeństwo konsumpcyjne oferuje nieskończone możliwości spełniania pragnień, jednocześnie deklarując, że „chcieć” automatycznie usprawiedliwia „móc”. Ten paradygmat niszczy pojęcie obowiązku, zarówno wobec innych, jak i wobec samego siebie. Człowiek przestaje dostrzegać wartość w samodyscyplinie, ponieważ świat zewnętrzny daje mu iluzję wolności poprzez dostępność: każda przyjemność, związek, status - wszystko można kupić, wypróbować, wymienić. Jak mówi przysłowie: „Widzę cel - nie widzę przeszkód (moralnych)”. Ta interpretacja jest łatwiejsza, bardziej prymitywna i bardziej dostępna. Slogan, nie oferując kryteriów, domyślnie ześlizguje się do tej najbardziej przyziemnej i destrukcyjnej interpretacji. Zastępuje ideał rozwoju ideałem konsumpcji, otwierając pożądliwemu człowiekowi szeroką drogę do zaspokojenia swoich namiętności i zamieniając jego życie w zbiór sytuacyjnych przyjemności.
Współczesna kultura stymuluje ten mechanizm, uznając zakazy moralne za archaiczne, a ich łamanie za „naturalne” prawo. „Zasługuję na to z mocy prawa” - myśli mężczyzna, kradnąc; „To moje ciało” - myśli kobieta, zabijając nienarodzone życie. „Biorę wszystko od życia!” - deklaruje człowiek, który upija się do nieprzytomności, zdradza współmałżonka, kradnie, zaniedbuje obowiązki, czy kłamie. Hasło to czyni występek dostępnym, przekształca słabość w filozofię życia, staje się sankcją dla niepohamowanego pobłażania najpodlejszym instynktom pod pozorem pełni życia. W ten sposób powstaje błędne koło: im bardziej dana osoba ulega impulsom, tym słabsza staje się jej zdolność do refleksji, tym łatwiej jest usprawiedliwić nowe przewinienia. W końcu życie bez odmowy nie staje się poszukiwaniem szczęścia, ale ucieczką przed samym sobą - przed odpowiedzialnością, koniecznością wyboru między tym, co łatwe, a tym, co słuszne, przed niepostrzeżenie zbliżającą się surową rzeczywistością w postaci chorób psychicznych i fizycznych.
Strach pomyśleć, do czego byłaby zdolna osoba o takiej postawie, mająca naturalną skłonność do czynienia zła. Konsekwencje grzesznego upadku nie są metaforą, ale fundamentalną cechą naszej natury, zakorzenioną w równowadze między wolnością a odpowiedzialnością. Ten „oportunizm” przejawia się w tym, że złe impulsy często wydają się mniej kosztowne w realizacji niż cnoty. Sumienie, jako „głos Boga”, łatwo jest stłumić instynktem stadnym - ludzie usprawiedliwiają swoje zachowanie, słowami:„wszyscy tak robią”, „zasługuję na to”, „to nie jest aż takie złe”, „dlaczego inni mogą, a ja nie”. Czy nie jest to zasada, która kieruje tymi, którzy odbierają życie innym ludziom (w tym nienarodzonym), przywłaszczają sobie cudzą własność, zachęcają do korupcji, ogłaszają, że instytucja małżeństwa jest przestarzała, jednym słowem, podążają za tłumem?
Nic więc dziwnego, że wiele osób wybiera tę ścieżkę: wymaga ona minimalnego wysiłku i odpowiedzialności, jednocześnie całkowicie ignorując fakt, że prawdziwa wolność rodzi się nie z pobłażania namiętnościom, ale z władzy nad nimi, najlepiej w ich całkowitym przezwyciężeniu.
Ale czy możliwe jest zaspokojenie wszystkich namiętności? Hasło „Bierz z życia wszystko" ujawnia swą egzystencjalną porażkę już przy pierwszej próbie dosłownej realizacji.
Fizycznie człowiek nie jest w stanie wyczerpać możliwości świata materialnego: kupić wszystkich technologii, spróbować każdej przyjemności, posiąść wszystkich korzyści. Ta fundamentalna niemożność ogarnięcia ogromu nie jest przypadkiem, ale podstawowym prawem wszechświata, ujawniającym ślepy zaułek konsumpcyjnego podejścia do życia.
Jednocześnie samo pragnienie „brania” opiera się na braku zrozumienia podstawowych praw egzystencji. Pomysł, że można wziąć coś za darmo i bez konsekwencji, jest iluzją, którą łatwo sprzedać tym, którzy nie chcą myśleć o dniu jutrzejszym. Pogląd, że życie jest jak supermarket z darmowymi próbkami, jest z założenia błędny. W rzeczywistości życie jest złożonym systemem równowagi, w którym każde działanie ma swą cenę i konsekwencje. Duchowe prawo nieuchronności zasłużonej odpłaty nieubłaganie potwierdza ten fakt. Uniwersalne prawo zachowania energii również mówi o tym samym fakcie: nic nie pojawia się znikąd i nic nigdzie nie znika. Ortodoksyjni chrześcijanie znają to duchowe prawo z pierwszej ręki. Jeśli popadłeś w grzech, który wcześniej był dla ciebie nie do pomyślenia, prawdopodobnie potępiłeś swego bliźniego za ten grzech. Jeśli coś ukradniesz, ciebie również okradną, jeśli oszukasz bliźniego, sam zostaniesz oszukany itd. I to nie jest mistyka, to niezmienne prawa Stwórcy, który już w tym życiu stara się, „by oddać każdemu według jego dróg i według owoców jego uczynków” (Jr 32, 19). Zawsze musimy płacić, nawet jeśli z odroczeniem.
Hasło „Bierz z życia wszystko” rażąco ignoruje to prawo. Proponuje skupienie się na akcie konsumpcji, ignorując nieuchronność zapłaty. Człowiek może usprawiedliwiać się zdobywaniem doświadczenia życiowego, możliwością samorealizacji, pragnieniem duchowego wzbogacania się, ale to, co jest brane w wyniku zbrodniczej namiętności, z chciwości lub pobłażania słabościom (kradzież, oszustwo, kłamstwo, przepych), nie wzbogaca, ale dewastuje duszę, pozostawiając ciężar, zażenowanie i wstyd. Pogoń za bezgraniczną przyjemnością, czy to niekończącymi się imprezami, czy nadużywaniem alkoholu, nieuchronnie wystawia rachunek w najdroższej walucie – zdrowiu – bo lata pracy nad zużyciem organizmu karane są nadmiarem chronicznych chorób, uzależnieniami i degradacją psychiczną. Podobna destrukcyjna zapłata czeka tych, którzy szukają triumfu w niesprawiedliwie zdobytej władzy lub bogactwie: za chwilę sukcesu muszą płacić ciągłym strachem o zgromadzone, samotnością i utratą siebie, a życie w otoczeniu pochlebców i wrogów zatruwa duszę hipokryzją i paranoją. To samo uczucie głębokiej samotności nawiedza tych, którzy wybierają frywolne związki zamiast głębokiego uczucia, ponieważ ciągła zmiana partnerów prowadzi do emocjonalnego wypalenia, utraty zdolności do prawdziwej miłości, a ostatecznie - do samotności wśród tłumu, często pogłębianej przez chorobę fizyczną, jako okrutną zapłatę za wyimaginowaną wolność.
Oczywiście to „hedonistyczne motto” jest głęboko obce i wrogie duchowi Ewangelii. Chrześcijańskie podejście do życia jest diametralnie odmienne. Nie opiera się ono na bezmyślnej konsumpcji, ale na trzeźwej roztropności, wyrażonej w radzie apostoła Pawła: „Wszystko badajcie, a trzymajcie się tego, co dobre” (1 Tes 5, 21). Ta apostolska zasada jest kluczową zasadą duchowego bezpieczeństwa. Chrześcijanin nie jest powołany do bycia wszystkożernym konsumentem, ale do bycia mądrym działaczem, który sprawdza każdy krok, każde pragnienie i każdy wybór według kryterium: "Czy jest to dobre dla mojej duszy i zbawienia? Czy to zbliża mnie do Boga?". Wszystko, co nie przejdzie tego testu, zostaje odrzucone, bez względu na to, jak atrakcyjne może się wydawać. Celem życia nie jest wypróbowanie wszystkiego, ale gromadzenie niezniszczalnego skarbca w niebie, w którym to celu wierzący bierze z życia wszystko, co jest użyteczne i może służyć jego wiecznemu pożytkowi. Zbawiciel wyraźnie stwierdza: „Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie i niech weźmie krzyż swój, i idzie w ślad za Mną” (Mt 16, 24). To przykazanie nie neguje wartości życia, ale ujawnia jego najgłębszą istotę: prawdziwe odnalezienie siebie dokonuje się poprzez odrzucenie egoistycznych pragnień. Prawosławie nazywa to aktem samozaparcia - świadomym uniżeniem niskich pragnień na rzecz wzrastania w Chrystusie. W końcu wartość życia mierzy się nie wypitymi butelkami, posiadanymi samochodami czy listą partnerów seksualnych, ale stopniem, w jakim byłeś w stanie zrealizować potencjał, który Bóg w ciebie włożył i spełnić Jego nadzieje. Ziemskie życie nie jest szkicem, ale egzaminem końcowym, w którym każdy błąd ma ogromną wagę i grozi wiecznymi konsekwencjami.
W tym miejscu ujawnia się główne oszustwo głośnego sloganu. Świat mówi: „Życie jest jedno - bierz z niego wszystko!”. Prawosławie odpowiada: „Właśnie dlatego, że życie jest jedno, w żadnym wypadku nie można wziąć z niego wszystkiego!”. Właśnie dlatego, że nie będzie drugiej szansy, cena każdego wyboru wzrasta pod niebiosa, a odpowiedzialność nabiera krytycznego, soteriologicznego znaczenia. Lekkomyślne roztrwonienie tego wyjątkowego daru w pogoni za urojonym szczęściem nie jest „braniem wszystkiego”, ale utratą wszystkiego, utratą najważniejszej rzeczy, jedynej rzeczy, która ma sens w tym życiu: bezcennego czasu, zdrowia ciała i nieśmiertelnej duszy oraz życia wiecznego z Bogiem.
Człowiek kocha życie. Niezależnie od religii, światopoglądu, ideologii, kocha życie i trzyma się go nawet w najtrudniejszych okolicznościach. Ale czy „kochać” oznacza „trwonić, marnować, nadużywać”? Czy miłość nie implikuje takich pojęć jak „wartość”, „pielęgnowanie”, „troska”, „uwaga”, „odpowiedzialność"? Okazuje się, że tak popularne motto, przy bliższej analizie, wcale nie jest hymnem na cześć życia, ale hasłem do jego zniszczenia, implikującym eksterminację ludzkości zarówno w sensie moralnym, jak i fizycznym. I nietrudno zgadnąć, kto jest autorem tego wezwania. Fraza, pretendująca do miana afirmującego życie manifestu i głębokiej mądrości, w rzeczywistości okazuje się symbolem duchowego zubożenia epoki, niebezpieczną pokusą, zasłaniającą drogę w otchłań górnolotnym sloganem. Wzywa nie do pełni, ale do marnotrawstwa, nie do radości, ale do cierpienia, nie do wolności, ale do uzależnienia, a w końcu bezlitośnie skraca cenny czas życia. Rozpoznanie tego kłamstwa staje się pierwszym krokiem w kierunku prawdziwej wolności i tej prawdziwej, głębokiej, odpowiedzialnej i twórczej pełni bytu, do której powołana jest każda istota ludzka.
Życie rzeczywiście dane jest tylko raz, ale nie po to, by marnować je w pogoni za mirażami, ale by wypełnić je prawdziwym ewangelicznym sensem, budując w sobie to, co ponadczasowe.
hieromnich Roman (tłum. Justyna Pikutin)
za: pravoslavie.ru
fotografia: palavos /orthphoto.net/