Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Historia jako kenosis – lekcje z przeszłości
04 sierpnia 2025
Nie udało się ochrzcić świata do końca. Nie udało się też zbudować społeczeństwa w pełni chrześcijańskiego. A jednak historia prób – od Bizancjum po średniowiecze, od cesarstwa po pustynię – pozostaje ważnym świadectwem. Kościół żył i żyje między światowością a radykalizmem, między strukturą a duchem. Dziś, gdy z nową intensywnością wraca pytanie o wspólnotę i prawdę, warto wrócić do tych prób nie po to, by je powtarzać, ale by nauczyć się myśleć o chrześcijaństwie bez iluzji – i bez rezygnacji.
Kościół nie jest z tego świata, tak jak jego Pan, Chrystus, również nie był z tego świata. Był On jednak w tym świecie, „uniżając” się do stanu tego świata, który przyszedł zbawić i odkupić. Kościół również musiał przejść przez proces historycznej kenosis, realizując swoją odkupieńczą misję w świecie. Jego celem było nie tylko odkupienie ludzi z tego świata, ale także odkupienie samego świata. W szczególności, ponieważ człowiek był zasadniczo „istotą społeczną”, Kościół musiał zmagać się z zadaniem „odkupienia społeczeństwa”. Sam był społeczeństwem, nowym wzorcem relacji społecznych, w jedności wiary i więzi pokoju. Zadanie to okazało się niezwykle trudne i niejednoznaczne. Bezcelowe byłoby udawać, że zostało ono kiedykolwiek zakończone.
Święte Cesarstwo średniowiecza było oczywistą porażką, zarówno w swojej zachodniej, jak i wschodniej formie. Było jednocześnie utopią i kompromisem. „Stary świat” nadal funkcjonował pod pozorem chrześcijaństwa. Nie pozostał jednak niezmieniony. Wpływ wiary chrześcijańskiej był wyraźny i głęboki we wszystkich dziedzinach życia. Wiara średniowiecza była wiarą odważną, a nadzieja była niecierpliwa. Ludzie naprawdę wierzyli, że „ten świat” może zostać „ochrzczony” i nawrócony, a nie tylko „wybaczony”. Istniała silna wiara w możliwość ostatecznego odnowienia całej historycznej egzystencji. W tym przekonaniu podejmowano wszystkie zadania historyczne. W przedsięwzięciu tym zawsze istniało podwójne niebezpieczeństwo: pomylenie częściowych osiągnięć z ostatecznymi lub zadowolenie się względnymi osiągnięciami, ponieważ ostateczny cel był nieosiągalny. To właśnie tutaj zakorzenił się duch kompromisu. Ogólnie rzecz biorąc, jedyną ostateczną władzą, która była powszechnie akceptowana w tym czasie, była władza chrześcijańskiej prawdy, niezależnie od tego, w jaki sposób ta prawda była wyjaśniana i określana. Mit „mrocznego średniowiecza” został obalony przez bezstronne badania przeszłości. Nastąpiła nawet zmiana w przeciwnym kierunku. Już romantycy zaczęli głosić „powrót do średniowiecza", właśnie jako „wieku wiary”. Byli pod wrażeniem duchowej jedności świata średniowiecznego, która kontrastowała z „anarchią” i „zamieszaniem” czasów nowożytnych. Oczywiście świat średniowieczny był również „światem napięć”. Wydawało się jednak, że napięcia te były nadrzędne wobec pewnych kluczowych przekonań lub skoordynowane we wspólnym posłuszeństwie wobec najwyższej władzy Boga. Nie należy ignorować ani ukrywać bolesnych niedociągnięć średniowiecznego porządku. Nie należy jednak również pomijać szlachetności tego zadania. Celem człowieka średniowiecznego było zbudowanie prawdziwie chrześcijańskiego społeczeństwa. Pilność tego celu została niedawno ponownie odkryta i uznana. Cokolwiek można powiedzieć o porażkach i nadużyciach okresu średniowiecza, jego główna zasada została potwierdzona. Idea chrześcijańskiej wspólnoty jest obecnie ponownie traktowana bardzo poważnie, mimo że nadal otacza ją mgła i wątpliwości, niezależnie od tego, jak konkretnie można ją sformułować w naszych czasach. W tej perspektywie bizantyjski eksperyment polityczno-kościelny również jawi się w nowym świetle. Była to szczera próba rozwiązania rzeczywistego problemu. Eksperymentu tego prawdopodobnie nie należy powtarzać, a w rzeczywistości nie da się go powtórzyć w zmienionej sytuacji. Nie należy jednak zapominać o lekcjach przeszłości ani ich ignorować. Eksperyment bizantyjski nie był tylko eksperymentem „prowincjonalnym” czy „wschodnim”. Miał on znaczenie „ekumeniczne”. Wiele elementów zachodniego dziedzictwa jest w rzeczywistości „bizantyjskich”, zarówno tych dobrych, jak i złych.
Z oczywistych względów monastycyzm nigdy nie mógł stać się powszechnym sposobem życia. Z konieczności mógł być jedynie drogą dla nielicznych, dla wybranych, dla tych, którzy go wybrali. Podkreślano znaczenie wolnej decyzji. Można urodzić się w społeczeństwie chrześcijańskim, ale dla monastycyzmu można się odrodzić poprzez akt wyboru. Wpływ monastycyzmu był znacznie szerszy niż jego własne szeregi, a mnisi nie zawsze powstrzymywali się od bezpośrednich działań historycznych, przynajmniej poprzez krytykę i upomnienia. Monastycyzm był próbą wypełnienia chrześcijańskiego obowiązku, zorganizowania życia ludzkiego wyłącznie na podstawach chrześcijańskich, w opozycji do „świata”. Należy przyznać i należycie uznać porażki historycznego monastycyzmu. Były one nieustannie ujawniane i potępiane przez samych przywódców monastycznych, a okresowo podejmowano drastyczne reformy. „Degeneracja” monastycyzmu była ulubionym tematem wielu współczesnych historyków. A ostatnio „wezwanie pustyni” nabrało nowego znaczenia i emocji, przyciągając nie tylko tych, którzy są zmęczeni światem i marzą o „ucieczce” lub „schronieniu”, ale także budząc tych, którzy gorliwie dążą do „odnowy” świata pogrążonego w strachu i rozpaczy. Monastycyzm przyciąga obecnie nie tylko jako szkoła kontemplacji, ale także jako szkoła posłuszeństwa, jako eksperyment społeczny, jako eksperyment wspólnego życia. Na tym polega współczesny urok klasztoru. W kontekście tego nowego doświadczenia dziedzictwo monastycyzmu wschodniego i bizantyjskiego jest chętnie i z wdzięcznością przyjmowane i ponownie oceniane przez coraz większą liczbę gorliwych chrześcijan na Zachodzie i w innych częściach świata.
Kościół, który osadza się w świecie, zawsze narażony jest na pokusę nadmiernego dostosowania się do otoczenia, do tego, co zwykle określa się mianem „światowości”. Kościół, który oddziela się od świata, odczuwając swoją radykalną „nieziemskość”, narażony jest na przeciwne niebezpieczeństwo, niebezpieczeństwo nadmiernego oderwania się. Istnieje jednak jeszcze trzecie niebezpieczeństwo, które było prawdopodobnie największym zagrożeniem w historii chrześcijaństwa. Jest to niebezpieczeństwo podwójnych standardów. Niebezpieczeństwo to zostało przyspieszone przez powstanie monastycyzmu. Monastycyzm nie miał być pierwotnie tylko drogą dla nielicznych. Był raczej pomyślany jako konsekwentne zastosowanie wspólnych i ogólnych ślubów chrześcijańskich. Stanowił potężne wyzwanie i przypomnienie pośród wszystkich historycznych kompromisów. Jednak wynaleziono gorszy kompromis, kiedy monastycyzm został ponownie zinterpretowany jako droga wyjątkowa. Nie tylko społeczeństwo chrześcijańskie zostało głęboko rozdarte i podzielone na grupy „religijne” i „świeckie”, ale sam ideał chrześcijański został podzielony na dwie części i „spolaryzowany” przez subtelne rozróżnienie między „istotnym” a „drugorzędnym”, między „wiążącym” a „opcjonalnym”, między „nakazem” a „radą”. W rzeczywistości wszystkie chrześcijańskie „nakazy” są jedynie wezwaniami i radami, które należy przyjąć w wolnym posłuszeństwie, a wszystkie „rady” są wiążące. Duch kompromisu wkrada się do chrześcijańskiego działania, gdy „drugie najlepsze” rozwiązanie jest formalnie dozwolone, a nawet promowane. Ten „kompromis” może być praktycznie nieunikniony, ale należy go szczerze uznać za kompromis. Oczywiście należy dopuścić różnorodność sposobów życia chrześcijańskiego. Nie należy jednak dopuszczać ich klasyfikacji w skali „doskonałości”. W rzeczywistości „doskonałość” nie jest dobrą radą, ale nakazem, którego nie można nigdy pominąć. Jedną z największych zalet Bizancjum było to, że co do zasady nigdy nie dopuszczało ono dualizmu standardów w życiu chrześcijańskim.
Bizancjum poniosło sromotną porażkę, nie potrafiąc ustanowić jednoznacznych i odpowiednich relacji między Kościołem a większą wspólnotą. Nie udało mu się otworzyć bramy do raju utraconego. Jednak nikomu innemu też się to nie udało. Brama nadal pozostaje zamknięta. Klucz bizantyjski nie był właściwy. Podobnie jak wszystkie inne klucze. Prawdopodobnie nie istnieje żaden ziemski ani historyczny klucz do tego ostatecznego zamka. Istnieje jedynie klucz eschatologiczny, prawdziwy „klucz Dawida”. Jednak Bizancjum przez wieki zmagało się z prawdziwym problemem, wykazując gorliwe zaangażowanie i poświęcenie. W dzisiejszych czasach, gdy zmagamy się z tym samym problemem, możemy uzyskać nieco więcej światła dzięki bezstronnej analizie eksperymentu wschodniego, zarówno jego nadziei, jak i porażki.
o. Jerzy Fłorowski (tłum. Jakub Oniszczuk)
za: Georges Florovsky, Christianity and Culture: Chapter III. Antinomies of Christian History: Empire and Desert.
fotografia: Aleksander Wasyluk / orthphoto.net /
Kościół nie jest z tego świata, tak jak jego Pan, Chrystus, również nie był z tego świata. Był On jednak w tym świecie, „uniżając” się do stanu tego świata, który przyszedł zbawić i odkupić. Kościół również musiał przejść przez proces historycznej kenosis, realizując swoją odkupieńczą misję w świecie. Jego celem było nie tylko odkupienie ludzi z tego świata, ale także odkupienie samego świata. W szczególności, ponieważ człowiek był zasadniczo „istotą społeczną”, Kościół musiał zmagać się z zadaniem „odkupienia społeczeństwa”. Sam był społeczeństwem, nowym wzorcem relacji społecznych, w jedności wiary i więzi pokoju. Zadanie to okazało się niezwykle trudne i niejednoznaczne. Bezcelowe byłoby udawać, że zostało ono kiedykolwiek zakończone.
Święte Cesarstwo średniowiecza było oczywistą porażką, zarówno w swojej zachodniej, jak i wschodniej formie. Było jednocześnie utopią i kompromisem. „Stary świat” nadal funkcjonował pod pozorem chrześcijaństwa. Nie pozostał jednak niezmieniony. Wpływ wiary chrześcijańskiej był wyraźny i głęboki we wszystkich dziedzinach życia. Wiara średniowiecza była wiarą odważną, a nadzieja była niecierpliwa. Ludzie naprawdę wierzyli, że „ten świat” może zostać „ochrzczony” i nawrócony, a nie tylko „wybaczony”. Istniała silna wiara w możliwość ostatecznego odnowienia całej historycznej egzystencji. W tym przekonaniu podejmowano wszystkie zadania historyczne. W przedsięwzięciu tym zawsze istniało podwójne niebezpieczeństwo: pomylenie częściowych osiągnięć z ostatecznymi lub zadowolenie się względnymi osiągnięciami, ponieważ ostateczny cel był nieosiągalny. To właśnie tutaj zakorzenił się duch kompromisu. Ogólnie rzecz biorąc, jedyną ostateczną władzą, która była powszechnie akceptowana w tym czasie, była władza chrześcijańskiej prawdy, niezależnie od tego, w jaki sposób ta prawda była wyjaśniana i określana. Mit „mrocznego średniowiecza” został obalony przez bezstronne badania przeszłości. Nastąpiła nawet zmiana w przeciwnym kierunku. Już romantycy zaczęli głosić „powrót do średniowiecza", właśnie jako „wieku wiary”. Byli pod wrażeniem duchowej jedności świata średniowiecznego, która kontrastowała z „anarchią” i „zamieszaniem” czasów nowożytnych. Oczywiście świat średniowieczny był również „światem napięć”. Wydawało się jednak, że napięcia te były nadrzędne wobec pewnych kluczowych przekonań lub skoordynowane we wspólnym posłuszeństwie wobec najwyższej władzy Boga. Nie należy ignorować ani ukrywać bolesnych niedociągnięć średniowiecznego porządku. Nie należy jednak również pomijać szlachetności tego zadania. Celem człowieka średniowiecznego było zbudowanie prawdziwie chrześcijańskiego społeczeństwa. Pilność tego celu została niedawno ponownie odkryta i uznana. Cokolwiek można powiedzieć o porażkach i nadużyciach okresu średniowiecza, jego główna zasada została potwierdzona. Idea chrześcijańskiej wspólnoty jest obecnie ponownie traktowana bardzo poważnie, mimo że nadal otacza ją mgła i wątpliwości, niezależnie od tego, jak konkretnie można ją sformułować w naszych czasach. W tej perspektywie bizantyjski eksperyment polityczno-kościelny również jawi się w nowym świetle. Była to szczera próba rozwiązania rzeczywistego problemu. Eksperymentu tego prawdopodobnie nie należy powtarzać, a w rzeczywistości nie da się go powtórzyć w zmienionej sytuacji. Nie należy jednak zapominać o lekcjach przeszłości ani ich ignorować. Eksperyment bizantyjski nie był tylko eksperymentem „prowincjonalnym” czy „wschodnim”. Miał on znaczenie „ekumeniczne”. Wiele elementów zachodniego dziedzictwa jest w rzeczywistości „bizantyjskich”, zarówno tych dobrych, jak i złych.
Z oczywistych względów monastycyzm nigdy nie mógł stać się powszechnym sposobem życia. Z konieczności mógł być jedynie drogą dla nielicznych, dla wybranych, dla tych, którzy go wybrali. Podkreślano znaczenie wolnej decyzji. Można urodzić się w społeczeństwie chrześcijańskim, ale dla monastycyzmu można się odrodzić poprzez akt wyboru. Wpływ monastycyzmu był znacznie szerszy niż jego własne szeregi, a mnisi nie zawsze powstrzymywali się od bezpośrednich działań historycznych, przynajmniej poprzez krytykę i upomnienia. Monastycyzm był próbą wypełnienia chrześcijańskiego obowiązku, zorganizowania życia ludzkiego wyłącznie na podstawach chrześcijańskich, w opozycji do „świata”. Należy przyznać i należycie uznać porażki historycznego monastycyzmu. Były one nieustannie ujawniane i potępiane przez samych przywódców monastycznych, a okresowo podejmowano drastyczne reformy. „Degeneracja” monastycyzmu była ulubionym tematem wielu współczesnych historyków. A ostatnio „wezwanie pustyni” nabrało nowego znaczenia i emocji, przyciągając nie tylko tych, którzy są zmęczeni światem i marzą o „ucieczce” lub „schronieniu”, ale także budząc tych, którzy gorliwie dążą do „odnowy” świata pogrążonego w strachu i rozpaczy. Monastycyzm przyciąga obecnie nie tylko jako szkoła kontemplacji, ale także jako szkoła posłuszeństwa, jako eksperyment społeczny, jako eksperyment wspólnego życia. Na tym polega współczesny urok klasztoru. W kontekście tego nowego doświadczenia dziedzictwo monastycyzmu wschodniego i bizantyjskiego jest chętnie i z wdzięcznością przyjmowane i ponownie oceniane przez coraz większą liczbę gorliwych chrześcijan na Zachodzie i w innych częściach świata.
Kościół, który osadza się w świecie, zawsze narażony jest na pokusę nadmiernego dostosowania się do otoczenia, do tego, co zwykle określa się mianem „światowości”. Kościół, który oddziela się od świata, odczuwając swoją radykalną „nieziemskość”, narażony jest na przeciwne niebezpieczeństwo, niebezpieczeństwo nadmiernego oderwania się. Istnieje jednak jeszcze trzecie niebezpieczeństwo, które było prawdopodobnie największym zagrożeniem w historii chrześcijaństwa. Jest to niebezpieczeństwo podwójnych standardów. Niebezpieczeństwo to zostało przyspieszone przez powstanie monastycyzmu. Monastycyzm nie miał być pierwotnie tylko drogą dla nielicznych. Był raczej pomyślany jako konsekwentne zastosowanie wspólnych i ogólnych ślubów chrześcijańskich. Stanowił potężne wyzwanie i przypomnienie pośród wszystkich historycznych kompromisów. Jednak wynaleziono gorszy kompromis, kiedy monastycyzm został ponownie zinterpretowany jako droga wyjątkowa. Nie tylko społeczeństwo chrześcijańskie zostało głęboko rozdarte i podzielone na grupy „religijne” i „świeckie”, ale sam ideał chrześcijański został podzielony na dwie części i „spolaryzowany” przez subtelne rozróżnienie między „istotnym” a „drugorzędnym”, między „wiążącym” a „opcjonalnym”, między „nakazem” a „radą”. W rzeczywistości wszystkie chrześcijańskie „nakazy” są jedynie wezwaniami i radami, które należy przyjąć w wolnym posłuszeństwie, a wszystkie „rady” są wiążące. Duch kompromisu wkrada się do chrześcijańskiego działania, gdy „drugie najlepsze” rozwiązanie jest formalnie dozwolone, a nawet promowane. Ten „kompromis” może być praktycznie nieunikniony, ale należy go szczerze uznać za kompromis. Oczywiście należy dopuścić różnorodność sposobów życia chrześcijańskiego. Nie należy jednak dopuszczać ich klasyfikacji w skali „doskonałości”. W rzeczywistości „doskonałość” nie jest dobrą radą, ale nakazem, którego nie można nigdy pominąć. Jedną z największych zalet Bizancjum było to, że co do zasady nigdy nie dopuszczało ono dualizmu standardów w życiu chrześcijańskim.
Bizancjum poniosło sromotną porażkę, nie potrafiąc ustanowić jednoznacznych i odpowiednich relacji między Kościołem a większą wspólnotą. Nie udało mu się otworzyć bramy do raju utraconego. Jednak nikomu innemu też się to nie udało. Brama nadal pozostaje zamknięta. Klucz bizantyjski nie był właściwy. Podobnie jak wszystkie inne klucze. Prawdopodobnie nie istnieje żaden ziemski ani historyczny klucz do tego ostatecznego zamka. Istnieje jedynie klucz eschatologiczny, prawdziwy „klucz Dawida”. Jednak Bizancjum przez wieki zmagało się z prawdziwym problemem, wykazując gorliwe zaangażowanie i poświęcenie. W dzisiejszych czasach, gdy zmagamy się z tym samym problemem, możemy uzyskać nieco więcej światła dzięki bezstronnej analizie eksperymentu wschodniego, zarówno jego nadziei, jak i porażki.
o. Jerzy Fłorowski (tłum. Jakub Oniszczuk)
za: Georges Florovsky, Christianity and Culture: Chapter III. Antinomies of Christian History: Empire and Desert.
fotografia: Aleksander Wasyluk / orthphoto.net /
Poprzedni z serii:
Jedna wiara, wiele wspólnot – narodziny struktury Kościoła
Jedna wiara, wiele wspólnot – narodziny struktury Kościoła