publicystyka: Wy dajcie im jeść
kuchnia muzyka sklep ogłoszenia wydarzenia fotogalerie

Wy dajcie im jeść

Gabriel Szymczak, 03 sierpnia 2025

Niekiedy tak bardzo chcemy zbliżyć się do Boga i choć na chwilę wejść w Jego rzeczywistość, że poszukujemy nadnaturalności, cudowności - tego, czego umysł nie potrafi wyjaśnić. Pielgrzymujemy do miejsc znanych z niezwykłych wydarzeń, bijemy pokłony przed ikonami toczącym miro czy zanurzamy się w wodzie ze świętych źródeł, próbując wzmocnić naszą wiarę i pragnąc zabrać ze sobą cząstkę czegoś Boskiego. Będąc w sytuacji, w której po ludzku nic już nie da się zrobić, liczymy na nagłe objawienie się Boga, w Nim i w Jego działaniu upatrując swej ostatniej szansy. Z wypiekami na twarzy czytamy o cudach, które dotknęły innych ludzi i modlimy się, aby podobny ratunek przydarzył się i nam. Czekając, wołamy jak Psalmista: Uczyń dla mnie znak dobroci, aby ci, którzy mnie nienawidzą, ujrzeli i zawstydzili się, żeś Ty, Panie, pomógł mi i pocieszył mnie (Ps 85, 17). Gdy to nie następuje, może przyjść zwątpienie lub myśl, że Bóg nas opuścił, że nie jesteśmy Go godni. Niekiedy zaś powtarzamy sława Bogu za wsio, i za skorb’, i za radost’ - i jedynie Bóg wie, ile w tym prawdy, a ile przykrycia rozczarowania pobożnymi słowami.

Wśród podążających za Jezusem byli różni ludzie, także i ci, którzy czekali na jakiś cud, na przejaw bezpośredniego działania Boga. O jednym z takich cudów mówi dzisiejsze czytanie – to nakarmienie chlebami i rybami pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci. Św. Mateusz (14, 14-22) podaje, że Jezus na prośbę uczniów o odesłanie z pustkowia słuchających Go, aby w okolicznych wsiach mogli sobie kupić coś do jedzenia, zaskakująco odpowiedział: Wy dajcie im jeść.

Ewangelie rzadko mówią o emocjach uczniów, o ich odczuciach wobec słów i czynów Jezusa. Ten tekst też jest w tym zakresie bardzo oszczędny. Co jednak pomyśleli apostołowie, którzy mieli tylko kilka chlebów i ryb? Jak musiało wyglądać ich spojrzenie na Jezusa, gdy kazał im nakarmić niemały tłum? Czy wpadli w konsternację? Odczuli obawę, że Mistrz może jest już nazbyt zmęczony nauczaniem, by myśleć logicznie? Wydawało się bowiem, że żądał niemożliwego. Może więc sprawdzał ich życiowy spryt, czy sobie poradzą, czy będą w stanie coś zorganizować? A może sprawdzał ich wiarę? Może – jeśli się zawahają, okażą wątpliwości – uzna ich za niegodnych podążania za sobą…?

I nagle Jego działanie. Polecenie, by ludzie usiedli, potem spojrzenie w niebo, ku Ojcu, i błogosławieństwo. Ono w judaizmie było czymś obowiązkowym i naturalnym; spożycie posiłku bez podziękowania Bogu za otrzymane dary było po prostu uznawane za kradzież.

Bądź błogosławiony Panie, Boże nasz, Królu Wszechświata, Który wyprowadzasz chleb z ziemi...

Ta właśnie część modlitwy, w której dziękowano za chleb, nosi nazwę Ha-Moci i oparta jest na słowach Psalmu 103, 14 - Ty sprawiasz, że rośnie trawa dla bydła i ziele na służbę człowiekowi, aby z ziemi dobywał chleb. Był on dla Izraelitów tak ważny, że wypowiedzenie jego błogosławieństwa zwalniało z obowiązku odmówienia błogosławieństw dla pozostałych potraw.

Po błogosławieństwie Jezus przełamał chleb, podał go apostołom, a oni przekazywali go dalej, karmiąc głodnych.

Wy dajcie im jeść... Jak to jest, kiedy nie jesteś już tylko obserwatorem cudu, ale uczestniczysz w nim swoimi rękoma? Wiesz, że nie ty jesteś jego sprawcą, wiesz, że to działa sam Bóg, ale z ciebie w widoczny sposób czyni On swoje narzędzie.

Odrywasz cząstkę, podajesz ją drugiemu człowiekowi i widzisz jego szczęśliwą twarz. Oto nasyci się, odzyska siły. I tak osoba po osobie, aż do ostatniego głodnego. Czy w którymś momencie apostołowie przestali już myśleć o tym, że to niespotykane, nadnaturalne? Czy przyzwyczaili się do myśli, że są częścią tego cudu? Czy też do ostatniej osoby, wręcz do zebrania okruchów do koszy, mieli w sobie to zaskoczenie, może lekkie niedowierzanie, że to się dzieje naprawdę; radość, że mogą w tym czynnie uczestniczyć – i pokorę wobec Mocy, której działania byli świadkami?

Św. Jan Chryzostom w swojej homilii odnoszącej się do tego fragmentu Ewangelii pisze:
Gdy [uczniowie] zostali wezwani, by przynieśli te pięć chlebów, nie mówią: «A skąd my weźmiemy pożywienie? Czym my zaspokoimy nasz głód?», ale natychmiast posłuchali. [...]
Wziąwszy zatem chleby, połamał i rozdał je za pośrednictwem uczniów, aby w ten sposób ich docenić, a nie tylko docenić, lecz aby w czasie spełniania się cudu uwierzyli, a gdy przeminie, aby o nim nie zapomnieli, gdyż będą o tym świadczyć ich ręce. […]
Zatem poprzez miejsce, przez to, że nie dał im nic innego oprócz chleba i mięsa, że dał wszystkim to samo i uczynił wspólnym, że żadnemu nie dał więcej niż drugiemu, uczył nas pokory, wstrzemięźliwości, miłości, abyśmy byli przejęci ku sobie wzajemnie tym samym uczuciem i abyśmy wszystko uważali za wspólne. Połamał i dał te pięć chlebów, i te pięć wytryskały w rękach uczniów jak źródło. Cud nie ograniczał się do tego, lecz sprawił, iż nawet zostało. A zostały nie całe chleby, a ułomki, by pokazać, że były to ułomki z tamtych chlebów i by dowiedzieli się o tym zdarzeniu także ci, którzy nie byli obecni.
(1)

Nauczyciel potrzebował apostołów - ich rąk, pewnie radosnego zdziwienia i ekscytacji tym, co się dzieje - by później to oni w Jego Imię z wiarą dokonywali cudów, by ich ręce były Jego narzędziem, by świadectwo o Nim było głoszone całemu światu. Pięknie oddaje to cytat z 1. listu św. Pawła do Koryntian 3, 9 - albowiem jesteśmy współpracownikami Bożymi.

Jezusowe wezwanie Wy dajcie im jeść nie dotyczyło wyłącznie tamtego czasu i Jego bezpośrednich uczniów. Ono nadal jest aktualne i to nie tylko w tak oczywistym wymiarze, o którym pisał św. Jan Chryzostom – nakarmienia głodnych, podzielenia się tym, co mamy, w nadziei, iż Bóg pomnoży to obficie, aby starczyło dla wszystkich potrzebujących, a i nam nadal nie brakowało. Wszak człowiek uczynny dozna nasycenia, obfitować będzie, kto [bliźnich] napoi (Prz 11, 25). Aktualność tego wezwania dotyczy także ludzkiej duszy, dla której pokarmem jest Boże słowo.

Przekazane przez Jezusa, ono także było cudem, nie tylko ten łamany chleb. Cudem była miłość, której On uczył – i której właściwie jako jedynej od nas wymaga. Z niej wypływa wszystko – dobroć, współczucie, bezinteresowność, szacunek, pomoc, troska… Pochodzą z miłości, są jej świadkami, a tym samym są świadectwem o Bogu, Który sam jest Miłością.

Komentując kiedyś to czytanie, abp Jakub zwrócił jeszcze uwagę na Janową wersję wydarzenia, która opisuje także to, co stało się już po pomnożeniu chlebów.
Nakarmieni ludzie chcieli obwołać Jezusa królem, On więc usunął się od nich i odszedł do Kafarnaum. Gdy i tam został odnaleziony przez tłum, powiedział: Szukacie Mnie nie dlatego, że widzieliście znaki, lecz że spożywaliście chleb i najedliście się do syta… Chlebem Bożym jest Ten, który z nieba schodzi i życie daje światu… Ja jestem chlebem życia! Kto przychodzi do Mnie, zaiste nie będzie głodny (J 6, 26; 33; 35). Jak podkreślił władyka, ludzie podążali za Jezusem, bo widzieli w tym swoją doraźną korzyść; nie szukali w Nim Mesjasza, Boga - szukali wyłącznie Tego, Który tu i teraz, i każdego kolejnego dnia cudownie pomnoży chleb i ich nakarmi. Nie tyle ważny był Jezus, Jego wezwanie do przemiany i dobra nowina dla ludzkości, co zaspokojenie cielesnego łaknienia.

A pokarmu nie tylko ciało potrzebuje, ale także duchowa część człowieka. Niekiedy świadomie pragnie on czegoś większego, bardziej trwałego niż dobra materialne, pozycja społeczna i szacunek otoczenia – a wszystko to ulotne jak mgła, gdy coś pójdzie nie według naszego planu. Niekiedy zaś nawet nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, że czegoś mu brakuje, że jego poznanie własnego przeznaczenia nie jest jeszcze pełne, że jest w nim coś, co jest zdolne do więzi z Bogiem, ale jeszcze jej nie nawiązało.

Głód ciała i głód ducha. Ten pierwszy – w miarę łatwy do nasycenia, lecz jedynie chwilowego. Nie da się żyć długo wyłącznie pamięcią o tym, że kiedyś się coś zjadło. Pustka w żołądku będzie o sobie przypominać coraz natarczywiej i coraz bardziej wypełniać myśli człowieka, niekiedy pchając go do zrobienia tego, co moralnie złe, byle tylko wzmocnić słabnące ciało. I tak aż do śmierci, gdyż dopiero ona uwalnia nas od konieczności zaspokojenia fizycznego głodu.

Głód ducha nie wydaje się aż tak dotkliwy. Niektórzy jakby go w ogóle nie odczuwali, mają na to za dobre, za wygodne życie lub wręcz przeciwnie - za bardzo są skupieni na przetrwaniu, by rozmyślać o czymś „wyższym”. Ale ten głód niekiedy o sobie przypomina, choćby w prostym pytaniu – po co to wszystko? Po co walka, starania, gonitwa, jeśli i tak odejdę w niepamięć, w niebyt…? Jaki to życie ma sens? Czy wszystko jest jedynie czasowe, śmiertelne – czy jednak istnieje coś / Ktoś wieczny…?

Jezus nie przyszedł czynić cudów, by nakarmić, uzdrowić i wskrzesić wszystkich sobie współczesnych. Przyszedł, by pobudzić u ludzi duchowy głód, głód Boga i kontaktu z Nim. To paradoks, bo przecież przyszedł do narodu przez Boga wybranego i wydaje się, że każdego dnia i w każdej chwili żyjącego słowem Bożym, przykazaniami, modlitwą… Lecz tego, co było na ustach i w postawie ciała, nie było już w sercach ludzi. Stało się zwyczajem, tradycją, pozbawioną ognia miłości do Boga, obecnego także w drugim człowieku. Nadszedł więc czas na spełnienie proroctwa Izajasza: Ponieważ ten lud zbliża się do Mnie tylko w słowach, i sławi Mnie tylko wargami, podczas gdy serce jego jest z dala ode Mnie; ponieważ cześć jego jest dla Mnie tylko wyuczonym przez ludzi zwyczajem, dlatego właśnie Ja ponowię niezwykłe działanie cudów i dziwów z tym ludem (Iz 29, 13-14). Pojawił się Jezus - Mesjasz i Syn Boży, Ten, Który miał moc, by dokonywać cudów, odnawiających ludzkie myślenie i kierujących je ponownie ku Bogu.

W poprzednią niedzielę słyszeliśmy opowieść o uzdrowieniu 2 niewidomych i opętanego (Mt 9, 27-35). Wydarzenie, jakich wiele w Ewangelii - wołanie chorych o pomoc, pytanie Jezusa, czy wierzą, że On może uczynić cud i ich wyznanie, że tak, wierzą. Jego słowa: wedle wiary waszej niech się wam stanie - i radość tych, którzy odzyskali wzrok.

Jest tu jednak coś jeszcze. Jezus tym przeszczęśliwym ludziom przykazuje surowo (jak mówi sam tekst) - baczcie, aby nikt się o tym nie dowiedział (Mt 9, 30). Podobny nakaz dostali rodzice dziewczynki wskrzeszonej przez Jezusa - przełożony synagogi Jair i jego żona: stanowczo im nakazał, żeby nikt się o tym nie dowiedział (Mk 5, 43).

Dlaczego zabronił im wszystkim mówić o tak wielkich wydarzeniach? Przecież to takie ludzkie – głosić wszem i wobec o tym, co dobrego nas spotkało! Dlaczego więc mieli milczeć?

Z Ewangelii wiemy, że niewidomi nie milczeli. W homilii do tego czytania władyka wskazał kiedyś na ważną różnicę. Jezus zakazał uzdrowionym mówić o tym - o samym cudzie. Oni zaś wyszedłszy, roznieśli wieść o Nim po całej tej ziemi (Mt 9, 31). To nie przywrócone cudownie zdrowie było ważne, ale Ten, który tego dokonał – Jezus.

Można też przywołać fragment Ewangelii wg św. Marka (7, 31-37) - uzdrowiwszy na prośbę ludzi człowieka głuchego i jąkającego się, Jezus zakazał im komukolwiek o tym mówić. Ale im bardziej zakazywał, tym więcej i szerzej to rozpowiadali. Zdumiewali się niesłychanie, wołając: - Wszystko, co uczynił, było dobre.

Wszystko, co On uczynił, było dobre... To wołanie, skoncentrowane na Jezusie, jest bezpośrednim nawiązaniem do słów Księgi Rodzaju (1, 31), która mówi, iż szóstego dnia, po zakończeniu całości stworzenia, Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre.

Żaden cud nie został uczyniony przez Jezusa jedynie po to, by ludzi nakarmić, uzdrowić czy przywrócić do życia. Nakarmieni znów zgłodnieją. Uzdrowieni – zapadną na jakąś inną chorobę. Wskrzeszeni – ponownie umrą. Ziemskiego losu nie da się odmienić, wcześniej czy później stracimy zdrowie i przejdziemy przez bramę śmierci. To, co powinno pozostać w tych, którzy zostali nasyceni i uzdrowieni, i w tych, którzy byli tego świadkami, to przekonanie, że oto dotknęło ich coś niezwykłego, że doświadczyli żywej obecności Boga i Jego mocy – poprzez Jezusa. Cuda – znaki, jak mówi o nich św. Jan Ewangelista - świadczyły o Jego Boskości. Były dane, byśmy w to uwierzyli, byśmy uznali w Jezusie Boga i Zbawiciela, przyjęli Jego naukę i poszli za Nim. Bo tylko Bóg czyni wszystko dobrym, tylko On ma ku temu moc.

Jezus czynił cuda nie wyłącznie wobec fizycznej części człowieka - jego ciała, choć to ono im bezpośrednio podlegało. Działanie Jezusa dotyczyło całego człowieka, jego ciała i duszy. Było wezwaniem do otwarcia wewnętrznych, duchowych oczu, do rozpoznania w Nim Boga, Który mówi: chcę, byś cały był zdrowy (por. Łk 5, 13). Uzdrowiony czy nakarmiony doświadczał cudu nie po to jedynie, by cieszyć się ziemskim, krótkim życiem i szczęściem chwilowego dobrostanu, ale by wejść na drogę ku zbawieniu, ku wieczności z Bogiem. Ku temu, do czego został stworzony. Uzdrowienie jest więc poznaniem Jezusa – Boga, poznaniem Prawdy i początkiem przemiany myślenia i życia.

Boże działanie wymaga ludzkiej odpowiedzi i świadectwa. Nie wolno tylko brać i oczekiwać więcej, pozostając biernym i ignorując wezwanie Wy dajcie im jeść. To jest przemiana, która musi nastąpić – by patrzeć i działać jak Jezus. Nie jesteśmy Nim, nie jesteśmy Bogiem – ale mamy Go naśladować, mamy iść Jego drogą. Jego słowa: To jest Moje przykazanie, abyście się miłowali wzajemnie, jak Ja was umiłowałem mają być żywym drogowskazem.

To wymaga innego ustawienia priorytetów - dlatego jest to przemiana umysłu, metanoia. Poprzednie myślenie ginie, powstaje nowe, w którego centrum jest Bóg. Uzdrawiając człowieka głuchego i jąkającego się, Jezus powiedział do niego: Effatha, co znaczy: Bądź otwarty (Mk 7, 34). Wiele przekładów podaje wręcz: Otwórz się!, czyli mocny nakaz. Niech otworzą się nie tylko twoje uszy i twój język, ale także twoje oczy, twoje serce, twój umysł – na nową, Boską rzeczywistość, na życie wieczne, które już trwa i nie jest jakąś odległą, niewyraźną przyszłością. Otwórz się na kolejne Boże działanie w twoim życiu – bo ono jest i będzie, musisz tylko być gotowym je rozpoznać. I otwórz się na wezwanie Wy dajcie im jeść, bo jesteś współpracownikiem Boga i Jego świadkiem pośród ludzi.

Bóg żyje i działa. Czas cudów wcale się nie skończył. Potrzeba czujnego spojrzenia, wzroku wyostrzonego na dostrzeżenie tego, co Bóg czyni w nas i wokół nas. Potrzeba przyznania, że nic nam nie jest należne, że wszystko, co otrzymujemy, jest wielkim darem – i przez to cudem. Że każdy nowy dzień życia to dar, by odkryć Prawdę; by przebaczyć i otrzymać przebaczenie; by podać komuś pomocną rękę i powiedzieć dobre słowo zamiast słowa odrzucenia czy nienawiści; by podzielić się tym, co otrzymaliśmy i wskazać Tego, od Którego wszystko pochodzi.

Każdy dar to cud. Otwórz swe oczy, by go dostrzec. Otwórz swe serce, by go poczuć. I otwórz swe usta, by świadczyć, Kto go uczynił.
Effatha – bądź otwarty.

Gabriel Szymczak

fotografia: novinar /orthphoto.net/

(1) Homilie na Ewangelię według św. Mateusza (t. 2: homilie 41-90); pod redakcją ks. Arkadiusza Barona, Źródła Myśli Teologicznej