publicystyka: Głębsza moralność
kuchnia muzyka sklep ogłoszenia wydarzenia fotogalerie

Głębsza moralność

o. Stephen Freeman (tłum. Gabriel Szymczak), 16 lipca 2025

„Niewinny z powodu szaleństwa”.
Takie orzeczenie w nowoczesnym sądzie ma całkowity sens, nawet jeśli niektórzy twierdzą, że sposób pomiaru szaleństwa jest raczej niejasny. Niesie ze sobą zrozumienie, że nie zawsze jesteśmy odpowiedzialni za nasze działania. We współczesnej myśli uważamy, że korzystanie z wolnej woli jest zasadniczą częścią złego postępowania. W tym sensie przestępstwo jest niewłaściwym wykorzystaniem woli. Istnieją „przypadkowe” przestępstwa, nawet takie jak zabójstwo, chociaż zastanawiamy się, czy jest to wtedy „przestępstwo”.

Takie myślenie ujawnia niektóre aspekty naszych współczesnych pojęć moralności. Zaimportowaliśmy je do chrześcijańskiego myślenia, tworząc coś w rodzaju wypaczenia. Wyobraźmy sobie przykład doskonałego moralnie człowieka - takiego, który nigdy nie naruszył „prawa moralnego”. Ku zaskoczeniu wielu taka osoba wcale nie byłaby wzorowym chrześcijaninem ani też nie byłaby przykładem celu wiary chrześcijańskiej. Nie chodzi o to, że wiara dąży do czegoś mniejszego - po prostu chodzi o to, że taki model jest złym przykładem. Chrystus nie umarł, aby uczynić nas doskonałymi moralnie. „Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek mógł stać się Bogiem”, to język Ojców. „Stawanie się Bogiem” to coś, co wykracza poza pojęcie doskonałości moralnej.

Z biegiem lat, szczególnie gdy służyłem jako spowiednik, zacząłem postrzegać walkę moralną jako głęboko problematyczną. Łatwo jest skoncentrować się na zewnętrznych działaniach („robieniu tego, co słuszne”), jednocześnie podejmując takie działania ze złych powodów i w sposób, który jest głęboko oddzielony od zachowań „boskich”. Chrystus wskazuje na taki rozdźwięk w swoim potępieniu faryzeuszy: „Biada wam, znawcy Ksiąg i faryzeusze obłudnicy, bo oczyszczacie kielich i misę z zewnątrz, wewnątrz zaś pełne są zdzierstwa i nieprawdy. Faryzeuszu ślepy, oczyść najpierw to, co wewnątrz kielicha i misy, aby i to, co na zewnątrz , stało się czyste. Biada wam, znawcy Ksiąg i faryzeusze obłudnicy, albowiem podobni jesteście do grobów pobielanych, które na zewnątrz wydają się piękne, wewnątrz jednak pełne są martwych kości i nieczystości wszelakiej. Tak i wy na zewnątrz wydajecie się ludziom sprawiedliwi, wewnątrz jednak pełni jesteście obłudy i nieprawości" (Mt 23, 25–28)”.

Św. Paweł traktuje taką fałszywą moralność jako problem. Opisuje siebie w latach przed swoim nawróceniem jako nienagannego w odniesieniu do Prawa (Flp 3, 6). Ta nienaganność („bycie bez zarzutu”) obejmowałaby jego pogoń za chrześcijanami i prześladowanie ich.

Zewnętrzna miara moralności jest równie wygodna, jak płytka. Często niewiele nam mówi o nas, a może nawet maskować znacznie ciemniejsze problemy w sercu. Każdy, kto żył z narcyzem, może świadczyć o pustce moralności, która jest tylko zewnętrzna. W niektórych rękach taka moralność staje się bronią.

Kiedy jednak zwracamy się do wewnątrz i zaczynamy pytać, dlaczego robimy to, co robimy, pomiary moralne stają się raczej niejasne. To, co nazywamy „wolą”, jest często niejasne. We wszystkich naszych działaniach (również tych dobrych) jest „szaleństwo”. W potocznej wyobraźni mówimy o sobie jako o „osobach” (pojęcie źle zdefiniowane), które mają „wolę” (również źle zdefiniowaną), która „wybiera” rzeczy. Kiedy zaczynamy badać każdą z tych źle zdefiniowanych rzeczy, odkrywamy, że wymykają się nam przez palce. Co składa się na to, co nazywamy „osobą”? Czy jest to po prostu przedmiot naszych myśli i działań? Jaki jest jej związek z duszą (i czym jest dusza?). Co składa się na moją wolę? Czy jest źródłem każdego działania, jakimś poznaniem, które pojawia się przed podjęciem jakiegokolwiek działania?

Mamy nawyki mówienia, które kształtują się w matrycy naszej kultury. Niestety ta matryca służy potrzebom konsumpcjonizmu. Kiedy mówimy o „osobie”, często mamy na myśli „kupującego”, a przez „wybierz” mamy na myśli „kup”. Ci, którzy pracują w marketingu, wiedzą, że te kategorie są w dużej mierze ich własnym dziełem. Tworzą „potrzeby”, a także „pragnienia”. Służy to efemerycznej nowoczesnej kategorii zwanej „szczęściem”. Wszystko, co wypycha dopaminę w naszym mózgu, jest postrzegane jako dobre, a nasze „szczęście” lub „osobiste spełnienie” to niewiele więcej niż słabo zamaskowany hedonizm.

Słowa „osoba”, „wola” i podobne mają głębokie korzenie w tradycji prawosławnej. Ważne jest odzyskanie ich właściwego znaczenia. Tradycja prawosławna miałaby tendencję do postrzegania tego, co nazywamy „osobą”, jako czegoś, co się objawia i jako coś w rodzaju „celu”, do którego zmierzamy. Św. Sofroniusz z Essex poświęcił szczególną uwagę osobowości i opisał ją jako pełnię, do której zmierza. Z pewnością jest tak, że istnieje w nas „punkt”, który można określić jako podmiot „ja” („duszę”) od samego początku naszego istnienia. To jest ten „punkt”, który nazywamy „ja”. Wiara uczy nas jednak, że to „ja” jest także czymś, co Bóg dla nas nazywa. Nasza „osoba” i nasze „imię” są darami od Boga. Co więcej, są „eschatologiczne”, należące do „rzeczy ostatecznych”.

„Umiłowani, teraz dziećmi Bożymi jesteśmy, a jeszcze nie okazało się, czym będziemy. A wiemy, że kiedy się okaże, podobni do Niego będziemy, ujrzymy Go bowiem, jaki jest” (1 J 3, 2)
i
„Umarliście bowiem i życie wasze jest ukryte wraz z Chrystusem w Bogu. Kiedy ukaże się Chrystus – życie wasze - wtedy i wy ukażecie się razem z Nim w chwale” (Kol 3, 3–4).

Jaźń i dusza nie są przedmiotami naszego własnego stworzenia. Jakkolwiek można je rozumieć, istnieją jako dar, który należy przyjąć.

W siódmym rozdziale Listu do Rzymian św. Paweł zmaga się z problemem „moralnym”. Chce czynić dobro, ale mu się to nie udaje. Zastanawia się więc, kto w nim „chce”. Zakłada coś w rodzaju problematycznej egzystencji:
„Nie czynię dobra, którego chcę, ale czynię zło, którego nie chcę. A jeśli czynię to, czego nie chcę ja, to już nie ja to czynię, lecz mieszkający we mnie grzech” (Rz 7, 19–20).
Myśli św. Pawła należą do kręgu dyskusji w judaizmie, która miała miejsce już od kilkuset lat. Dotyczyła tego, co było znane jako yetzer ha ra i yetzer ha tov (zły impuls i dobry impuls). Myśli o ich pochodzeniu były dość chaotyczne. Z czasem w tradycji chrześcijańskiej ukształtowało się coś w rodzaju utrwalonego rozumienia, choć jest ono mniej zasadnicze, niż wielu sobie wyobraża.

Ponieważ wszystko to opisuje doświadczenie, które jest dynamiczne i zmieniające się (w tym sensie nas samych można określić jako „ruch”), trudno jest sformułować stałe terminy. Z tego samego powodu problematyczne jest redukowanie naszego życia duchowego do tego rodzaju moralnych zwyczajów powszechnych w naszej kulturze. W przemyśleniu tego bardzo pomocna jest historia związana z życiem św. Paisjusza:
„Był kiedyś mnich, który mieszkał na Górze Athos, w Karyes. Codziennie pił i upijał się, gorsząc pielgrzymów. Po pewnym czasie umarł, co przyniosło ulgę niektórym wierzącym. Przyszli oni do św. Paisjusza i powiedzieli mu, że są zadowoleni, że w końcu ten ogromny problem został rozwiązany.
Ojciec Paisjusz odpowiedział, że wiedział o śmierci mnicha, ponieważ widział cały batalion aniołów, którzy przybyli, aby odebrać jego duszę.
Pielgrzymi byli zdumieni, a niektórzy protestowali i starali się lepiej wyjaśnić starcowi, kim była ta osoba, myśląc, że on nie zrozumiał.
Ale starzec Paisjusz wyjaśnił:
Ten mnich urodził się w Azji Mniejszej, kiedy Turcy na ziemiach będących pod ich okupacją wciąż zabierali wszystkich chłopców jako niewolników. Aby uniknąć odebrania przez Turków, rodzice brali go ze sobą w okresie żniw, a aby powstrzymać jego płacz i móc pracować, wlewali mu do mleka trochę śliwowicy, żeby zasnął. W konsekwencji dorósł i stał się alkoholikiem bez swej zgody. W pewnym momencie znalazł starca, który kazał mu robić pokłony i modlić się co wieczór i błagać Marię Pannę, aby pomogła mu zmniejszyć dzienne spożycie alkoholu.
Po roku udało mu się, dzięki pokucie i walce, przejść od 20 do 19 szklanek. Walka trwała przez lata, aż w końcu doszedł do 2-3 szklanek, co jednak nadal powodowało pijaństwo.
Z biegiem czasu świat widział mnicha alkoholika, który gorszył pielgrzymów, ale Bóg widział wojownika, który stoczył długą bitwę, aby zmniejszyć pasję.”

Ten „dynamiczny” opis życia mnicha jest zaprzeczeniem powszechnego w nowoczesności podejścia do moralności. Rzeczywiście, „moralność” tych, którzy widzieli mnicha, potępiała go. Święty starzec widział z kolei dynamikę duszy ujawniającej się jako mistrz.

Jak więc powinniśmy żyć?

Zwróć uwagę na cel swojego życia, mierzony pragnieniem Boga. Nieważne, ile razy upadniesz – zawsze wstawaj. Wiara w dużej mierze może być rozumiana jako lojalność. Wybierz stronę (wybierz Boga). Za każdym razem, gdy zawiedziesz, wzywaj Boga, Który jedyny może nas zbawić. W większości bohaterowie wiary nie będą widoczni, dopóki wszystko się nie ujawni. O ile to możliwe, powstrzymuj się od oceniania innych. Załóż, że oni również walczą potajemnie.

Pamiętaj, że walczymy z pasjami. One są pokonywane i uzdrawiane przez zdobywanie Ducha Świętego. To właśnie ratuje dusze wokół nas.

o. Stephen Freeman (tłum. Gabriel Szymczak)

za: Glory to God for All Things

fotografia: Adam Matyszczyk /cerkiew-sokolka.pl/