publicystyka: Przyjdź i zobacz
kuchnia muzyka sklep ogłoszenia wydarzenia fotogalerie

Przyjdź i zobacz

Gabriel Szymczak, 30 marca 2025

„Mówiąc o triumfie prawosławia, nie mówimy o jego sile w sensie fizycznym, nie mówimy o jego zwycięstwach terytorialnych. Mówimy o tym, że prawosławie daje tę prawdziwą wiarę, która prowadzi do ostatecznego zwycięstwa – to znaczy do zbawienia, a osiągnięcie zbawienia jest zwycięstwem nad grzechem. Dlatego Jezus Chrystus, choć został przybity do krzyża, to w swojej śmierci na krzyżu zatriumfował, bo zwyciężył grzech, odkupił nas od grzechu i dał nam życie wieczne”.

Tak swoją homilię w Niedzielę Triumfu Ortodoksji zaczął władyka Jakub. Dalej jednak nie było już wzniosłych słów na temat prawosławia i udowadniania jego wyższości nad innymi tradycjami chrześcijańskimi. Była natomiast pełna ciepła opowieść o tym, czym jest prawosławie – i szerzej chrześcijaństwo. Jej oparciem było czytanie z Ewangelii wg św. Jana 1, 43-51, opowiadające o powołaniu Filipa i Natanaela. Jedno krótkie zdanie, wypowiedziane przez Filipa – Przyjdź i zobacz - stało się dla władyki znakiem istoty prawosławia, którą jest spotkanie, bezpośrednie doświadczenie.

Ten sam motyw przyjścia i zobaczenia – spotkania właśnie - pojawia się zresztą w Ewangelii Janowej chwilę wcześniej, kiedy to Jezus Chrystus w odpowiedzi na pytanie dwóch uczniów Jana Chrzciciela – Andrzeja i Jana – o to, gdzie mieszka, zaprasza ich, mówiąc: Przyjdźcie, a zobaczycie. Oni przyszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka. I zatrzymali się u Niego tego dnia. Jak powiedział władyka, nie wiemy, co wydarzyło się podczas tego spotkania, czy dane im było ujrzeć choć ułamek Boskości Jezusa, jednak było to na tyle silne doświadczenie, iż uznali Go za Mesjasza i obaj zostali z Nim już na zawsze.

Przyjdź i zobacz. Jest wielu, którzy przyszli do cerkwi, zobaczyli – i zostali. Wielu, którzy poczuli, że w Cerkwi znaleźli Prawdę. Władyka przywołał przykład o. Seraphima Rose, który po wielu różnorodnych poszukiwaniach przypadkowo trafił do cerkwi i związał się na całe swoje dalsze życie z prawosławiem, zostając mnichem.

Sam też kiedyś przyszedłem, zobaczyłem – i zostałem, znajdując w Cerkwi swój duchowy dom, w którym najpełniej mogę wejść w relację z Bogiem. Tu Jego wołanie, zaproszenie do udziału w Jego Boskiej rzeczywistości przemówiło do mnie najgłośniej.

Spotkałem Go, będąc niewierzącym. Poznawałem w Kościele rzymskim. Tego, jak On działa we wspólnocie – małej, zżytej i niezwykle otwartej na poszukujących – doświadczyłem w metodyzmie. W prawosławiu moje oczy otworzyły się na to, jak głęboki może być kontakt z Nim, jak zmienia człowieka – i jak człowiek potrafi się przemieniać, modyfikować swoje myślenie i postawę, dążąc do łączności z Nim i naśladując Go.

Prawosławie jest silne Bogiem. Jest skupione na Nim, nieustannie o Nim myśli i żyje Jego słowem – podobnie jak pozostałe tradycje chrześcijańskie. Ono jednak kładzie szczególny nacisk na ludzkie zbawienie, które jest najistotniejsze, bo dotyczy naszej wieczności, rozpoczętej już tutaj i teraz, w tym życiu – i na własną przemianę, na metanoię. Przez to odrywa człowieka od ziemi, od doświadczenia codzienności i kieruje jego wzrok ku temu, co choć wydaje się odleglejsze w czasie, to jednak jest uwarunkowane tym, jak dziś żyjemy i gdzie widzimy skarb, którego pragnie nasze serce. Może wydawać się nudne w swej powtarzalności liturgicznej, przytłaczające długością modlitw i nabożeństw, częstością i srogością postów – jest w tym jednak wielowiekowa mądrość, wynikająca ze znajomości ludzkiej natury. Człowiek potrzebuje pewnej stałości, ram czy wręcz systemu, który w swej regularności i niezmienności pomoże mu uciec z tego świata choć na chwilę i skierować duchowy wzrok ku Stwórcy, by ponownie wejść na ścieżkę prowadzącą do Niego, a nie ku otchłani.

Przyjdź i zobacz. To nie jest jednorazowe wezwanie i nie jest to też wezwanie do bierności. To słowa nieustannie kierowane przez Boga do każdego człowieka, także do każdego z nas, którzy już jesteśmy Jego. Raz przyjść nie wystarczy. Raz zobaczyć nie wystarczy. Raz poczuć wielkość i miłość Boga nie wystarczy. To powinno być nieustanne doświadczanie, ciągły kontakt z Nim, skupienie na Nim, poszukiwanie Go we wszystkim i w każdej chwili, która jest naszym udziałem. Świat ziemski (w którym żyją nasze ciało i umysł) i świat duchowy powinny być jednością, wypełnioną Bogiem. „Nieustannie się módlcie” (1 Tes 5, 17) to nic innego jak żyjcie tak, by każda chwila waszego życia sama w sobie była modlitwą. Jeśli Bóg wypełnia serce człowieka, jeśli pozwalamy Mu na jego całkowite zajęcie, nie ma już miejsca na zło, nieprawość, lęk, niechęć do innych, egoizm. One są człowiekowi obce, bo pokonane przez dobro. I nawet jeśli zdarzy się upadek, jest on tylko drobnym potknięciem o kamień na drodze, na której mapą i kompasem jest Bóg i Jego słowo. Trzeba szybko i z całej siły złapać równowagę i dalej kontynuować marsz według Jego wskazówek – przemieniać swoje życie tak, aby jak najbardziej było Bożym, opartym na Ewangelii, abyśmy każdego dnia nieśli w sobie Boga i o Nim świadczyli.

Władyka w pewnym momencie powiedział: „Zachęćmy, Bracia i Siostry, też innych, żeby spróbowali, czym jest post, czym jest modlitwa. Żeby też przyszli – i zobaczyli, i żeby już na zawsze zostali przy Jezusie Chrystusie, naszym Zbawicielu, Który daje nam życie wieczne”.

Te słowa przypomniały mi przypowieść o zaproszeniu na ucztę, przekazaną przez ewangelistę Łukasza (14, 16-24). Oto pewien człowiek zaprasza gości na przygotowaną ucztę, jednak oni się wymawiają – kupili pole, woły, ożenili się… Mają swoim zdaniem ważne powody, aby odrzucić zaproszenie, aby nie przyjść. Pan, rozgniewany, wysyła więc swego sługę, mówiąc: Wyjdź szybko na ulice i zaułki miejskie i wprowadź tu biedaków, kalekich, ślepych i kulawych. Sługa, wykonawszy to polecenie, mówi mu jednak – Panie, stało się, jak nakazałeś, i jeszcze jest miejsce. Powiedział pan do sługi: - Wyjdź na drogi i między opłotki, i nakłaniaj do wejścia, aby był zapełniony dom mój.

Jako wierzący, nie jesteśmy jedynie gośćmi na Bożej uczcie. Każdy z nas jest też tym sługą, którego zadaniem jest ściągnąć na nią innych, tak wielu, jak to możliwe. Pan wysyła nas na ulice i zaułki miasta, potem nawet poza to miasto. Dom ma być pełen – i to jest nasze zadanie.

Jednocześnie Pan nie każe nam wybierać ludzi – tylko tych godnych, szlachetnych, bogatych, wierzących. Mamy wprowadzić do Jego domu tych, którzy nic nie mają, którzy są chorzy, jakoś upośledzeni. A może nawet wcale nie są dobrymi ludźmi, bo powiedzmy sobie szczerze – w zaułkach miast raczej nie mieszkają aniołowie, a i na drogach można napotkać niekoniecznie przyjaźnie nastawione jednostki…

Dla Boga nie ma to jednak znaczenia. Każdy jest zaproszony. Każdy powinien przyjść. Każdy powinien Go spotkać. Każdego my mamy sprowadzić – bo taka jest wola naszego Pana, a inny człowiek to przecież nasza siostra lub brat, nasz bliźni. Jest w nim ten sam Boży obraz, co w nas, choć – jak też kiedyś mówił władyka - w swoim życiu możemy do Boga być różnie podobni, jedni bardziej, inni zdecydowanie mniej. Nie nam o tym podobieństwie sądzić, nie nam je oceniać. Nasze zadanie natomiast – to zwoływać.

Łatwo jest narzekać na zły świat, na niewierzących, lewaków i wrogów chrześcijaństwa. Można próbować zamknąć się w swojej społeczności, w swojej tradycji i izolować się od otoczenia, uważając, że zbawienie stanie się jedynie naszym udziałem. Tyle że przypowieść o sądzie ostatecznym temu przeczy, bowiem tam Sędzia do udziału w wieczności zaprosił tych, którzy czynili dobro innym, widząc w nich potrzebujących i nawet nie mając świadomości, że jednocześnie czynią coś dla Niego.

W jednym ze swoich postów o. Dariusz Piórkowski SJ pisze:
Czy to znaczy, że bycie chrześcijaninem nic nie zmienia, że wszystko jedno, czy ktoś jest tylko dobrym człowiekiem, czy także wierzącym? Nie. Myślę, że wiele zmienia. Na pewno nie zmienia fundamentu, tego, co każdy człowiek może dać drugiemu na mocy tego, że jest stworzony. Wiara pozwala znacznie poszerzyć możliwości dawania, ale też nasze dobre uczynki są po to, by w świecie objawiać dobro Ojca. Tym samym uczynkom miłości, które spełniają niewierzący, towarzyszy inna motywacja. My nie tylko pomagamy człowiekowi, czynimy ten świat lepszym, ale jako wierzący wiemy świadomie, że za każdym dobrem kryje się Bóg i że Jego chwała i dobroć może się rozszerzać w świecie tylko dzięki miłości i naszym czynom.

Mamy przywilej wynikający z tego, że dane nam było poznać Boga, że mamy z Nim stały kontakt poprzez modlitwę i sakramenty. Że mamy do Kogo biec, gdy czujemy radość, ale i wtedy, gdy coś nas boli. Że nigdy nie jesteśmy osamotnieni, pozostawieni bez pomocy, bez nadziei. Ten przywilej to jednocześnie zadanie, by to, co sami otrzymujemy, nieść dalej. Jak? W najprostszy sposób – żyjąc Bogiem i Jego łaską na co dzień, widząc w każdym bliźniego i przyjaciela, czyniąc dobro, dzieląc się tym, co sami od Boga otrzymujemy, wychodząc ku drugiemu człowiekowi. Spotykając go na drodze jego życia, jakiekolwiek by ono nie było.

We współczesnym świecie nie jest to łatwe – jest tak zróżnicowany, podzielony, wydaje się też – nienawistny wierze. Obcy i odrzucający z szyderstwem to, co chcemy głosić. Jednocześnie przez technologię tak bardzo bogaty w różnorodne i nowoczesne opcje, że może być trudno przebić się z dziedzictwem dwóch tysięcy lat chrześcijaństwa, niestety będącego na celowników łowców sensacji i skandali – zasłużenie, jeśli spojrzeć na to, jak niekiedy żyjemy, a co głosimy. Dlatego wygodniej i bezpieczniej jest pozostawać we własnej wspólnocie. Gdzie jest wtedy jednak realizacja Chrystusowego „Idźcie i nauczajcie”?

Spotkanie z drugim, innym, może być trudne. Może powodować ból, niekiedy nawet śmierć. Ale bez niego jesteśmy egoistami, dbającymi wyłącznie o siebie, którzy nie dostrzegają innych, tych w potrzebie. Jesteśmy jak kozły z przypowieści o Sądzie Ostatecznym, które dziwią się swemu Panu i odrzuceniu przez Niego, bo przecież nigdy nie widzieli Go w potrzebie. Ale On w niej był, ukryty w innych ludziach, omijanych przez nich wzrokiem…

Film Ludzie Boga to historia kilku mnichów z zakonu trapistów, żyjących w wiosce Tibhirine, w Algierii. Mała, katolicka wspólnota, zatopiona pośród muzułmańskiej większości. Kiedy nasilają się wojna domowa i działania ugrupowań islamistycznych, mnisi i ich przeor, o. Christian de Chergé, stają przed trudną decyzją – uciekać czy zostać? Po latach obecności stali się częścią otoczenia, mają doskonałe, wręcz przyjacielskie relacje z arabskimi sąsiadami, wspólnie obchodzą ważniejsze dla obu religii święta. Choć reprezentują dwa różne systemy, to jednak w ich wspólnym rozumieniu ich Bóg jest tym samym Bogiem. Doświadczają Go, spotykając się z islamem.

Mnisi wiedzą już, że śmierć się zbliża. Ginęli ich arabscy przyjaciele, zabijani tylko dlatego, że chronili ich przed islamistami. Mimo to decydują się pozostać, świadomi swego losu. Nie chcą opuścić nie tyle klasztoru, co ludzi – muzułmanów – którzy im ufają, którzy ich potrzebują, dla których są jak rodzina.

Siedmiu z nich zostało uprowadzonych z klasztoru w nocy z 26 na 27 marca 1996r. Ich odcięte głowy odnaleziono 26 maja 1996r.

W prowadzonej przez siebie kronice życia klasztoru, zawierającej także wiele refleksji o Algierii, spotkaniu z islamem i własnym życiu, o. Christian de Chergé pod datą 1.12.1993 / 1.01.1994 napisał:
[Po śmierci] nareszcie będę mógł zaspokoić najgłębiej nurtującą mnie ciekawość. Jeśli Bóg zechce, zatopię wzrok w spojrzeniu Ojca, aby razem z Nim kontemplować Jego islamskie dzieci, takimi, jakimi On je widzi: rozświetlone chwałą Chrystusa, odkupione Jego męką, obdarowane Duchem Świętym, którego skrytą radością jest tworzenie wspólnoty i przywracanie podobieństwa poprzez radowanie się różnicami.
Dziękuję Bogu za stracone życie, całkowicie moje i całkowicie ich. Bóg wydaje się chcieć go całego dla tej radości, wbrew wszystkiemu i mimo wszystko.
Tym słowem „dziękuję”, wyrażającym wszystko, co stanowi moje życie […] obejmuję i Ciebie też, przyjacielu ostatniej minuty, który nie będziesz wiedział, co czynisz. Tak, również i Ciebie włączam w to moje dziękuję, w moje „z Bogiem!”, które widzę także w Twojej twarzy. Oby było nam dane spotkać się jak szczęśliwym łotrom w raju, jeśli tak zechce Bóg, nasz wspólny Ojciec. Amen! Insza Allach!
(1)

Ten „przyjaciel ostatniej minuty” to człowiek, który go zabije – w imię swojej racji i religii. W imię nienawiści do tego, co inne, obce, postrzegane jako zagrożenie. Dzieje Apostolskie też takiego człowieka wspominają – gorącego wojownika o prawdziwość i czystość wiary, któremu wydawało się, że zabijając chrześcijan, czci prawdziwego Boga. To Szaweł. Taki był zanim spotkał Jezusa, zanim usłyszał Jego słowa. Spotkanie z Jego światłem dosłownie otworzyło mu duchowe oczy na inną rzeczywistość. 
„Niektórzy twierdzą, że użycie słowa «nawrócenie» dla określenia przemiany, która dokonała się na drodze do Damaszku, nie jest najszczęśliwsze. W rzeczywistości Paweł nie przechodził drogi z obojętności religijnej do gorliwości, bądź z niewiary w Boga do wiary, lecz z gorliwej służby Bożej, z której zawsze był dumny, do życia w łasce, do poznania Jezusa Chrystusa i służenia Jego Ewangelii. Nawrócenie, które nastąpiło po niezwykłym widzeniu prześladowanego przez niego Chrystusa, wymagało całkowitej przemiany, przemiany w myśleniu i zachowaniu. Paweł rodzi się wtedy, kiedy umiera Szaweł. Paweł zaczyna widzieć wtedy, kiedy oślepł Szaweł.”
(kazanie abp. Jakuba, Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan 2020, za: archibial.pl).

Władyka w swojej niedzielnej homilii miał rację. Chrześcijaństwo jest spotkaniem – z innym człowiekiem, niekiedy o innej religii. Często z niewierzącym. By się spotkać, trzeba być otwartym, gotowym do innego spojrzenia na świat. Chrześcijanin nie może się przed nim zamykać, jeśli ma on poznać Boga i w Niego uwierzyć. A jeśli nawet nie uwierzy, to być może widząc dobroć, szacunek i miłość chrześcijan do innych, też się taki stanie. Naiwne? Może i tak. Ale Bóg dopomaga tam, gdzie szerzą się Jego dzieła, daje swego Ducha tym, którzy głoszą Jego chwałę i moc, i zwiastują światu zbawienie. Gdyby tak nie było, chrześcijanie pozostaliby garstką ludzi zamkniętych po śmierci Jezusa ze strachu w ścianach jerozolimskiego domu, obawiających się wyjść na zewnątrz i przez to milczących wobec świata...

Korci, by powiedzieć - no tak, ale to byli apostołowie; ci, którzy poznali Jezusa, którzy z Nim chodzili, słuchali nauki, patrzyli, jaki jest, czerpali swoją siłę wprost z Niego. Co nam do tego? Nas Bóg tak nie powołał…

Wy jesteście światłością świata. Nie zapala się lampki i nie stawia pod korzec, ale na świeczniku i świeci wszystkim w domu. Tak niech świeci światłość wasza przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre czyny i wysławiali Ojca waszego, Który jest w niebiosach (Mt 5, 14-16).

Każdy chrześcijanin jest sługą z przypowieści, jest Bożym posłańcem. Sługa mógł po pierwszej części zadania powiedzieć: Panie, stało się, jak nakazałeś, i uznać, że spełnił swoją rolę. On jednak dodaje: i jeszcze jest miejsce. Jakby prowokując Pana do wzywania kolejnych gości. Choć przypowieść o tym nie mówi, to otrzymawszy jego polecenie, zapewne rusza dalej w drogę. Takiej postawy oczekuje od wierzących Bóg, Który dał się im poznać.

Jest w Ewangelii wg św. Łukasza zdanie, które może trochę przerażać – to werset 12, 48: A od każdego, komu wiele zostało dane, wiele wymagać się będzie, a od tego, któremu wiele zostało powierzone, więcej zażądają.

Dano mi dużo, gdy w swoim życiu spotkałem Boga. Dano mi dużo, gdy spotkałem prawosławie – i ludzi, którzy pokazali mi, że to nie jest tylko jakiś teoretyczny system, zestaw poglądów, wierzeń i pięknych tradycji – ale praktyczna codzienność i droga życia, z której nie ma odwrotu.
Przyszedłem, zobaczyłem – i zostałem. Może Ty nie przyszedłeś i nie zobaczyłeś, bo od zawsze tu byłeś. Ale obaj mamy dług wobec Boga – za dar spotkania z Nim, doświadczenia Go. Za poznanie, które jest naszym udziałem. Ten dług trzeba spłacać, przyjmując zadanie sługi, zapraszającego innych w imieniu naszego Pana.

Gabriel Szymczak

fotografia: jarek /orthphoto.net/

(1) o. Christian de Chergé, Ludzie Boga, wyd. PROMIC 2011, tłum. A. Kuryś