publicystyka: O powściągliwości języka
kuchnia muzyka sklep ogłoszenia wydarzenia fotogalerie

O powściągliwości języka

metropolita Limassol Atanazy (tłum. Justyna Pikutin), 29 marca 2025

Jeśli ktoś wśród was sądzi, że jest pobożny, a nie powściąga swego języka,
lecz oszukuje swe serce, tego pobożność jest próżna
(Jk 1, 26).

W tym fragmencie święty apostoł Jakub mówi, że człowiek, który uważa, że jest pobożny, że trudzi się ze względu na Boga, ale jednocześnie nie powstrzymuje swego języka, oszukując w ten sposób samego siebie, nie odnosi sukcesu duchowego, a wszystkie jego praktyki religijne są dla niego próżne i bezużyteczne.

Te słowa apostoła brzmią dość brutalnie, ale niestety wszystko to ma miejsce w naszym duchowym życiu. W tym samym rozdziale, nieco wyżej, apostoł mówi, że człowiek powinien być skory do słuchania, ale nieskory do mówienia (por. Jk. 1,19). Albo inaczej: Ten, kto nie grzeszy słowem, jest człowiekiem doskonałym (por. Jk 3,2). Oznacza to, że człowiek, którego słowa są dobre i nie wprowadzające w błąd, jest doskonały. Ale kto z nas jest doskonały? Niestety nikt. Pieczęć niedoskonałości spoczywa na każdym z nas i na wszystkich naszych działaniach.

Jaki umysł i serce, takie i słowa

Język niewątpliwie przysparza nam wszystkim wiele cierpienia, ale jak możemy go okiełznać? Na przykład, możemy powstrzymywać się przez cały dzień, uważać na to, co mówimy, ale nagle wydarza się coś nieprzyjemnego, a my znowu tracimy kontrolę. Oczywiście sam język nie jest niczemu winien, to tylko jeden z organów naszego ciała. Winowajcą nie jest sam język, ale ten, kto go kontroluje, a jest nim nasz umysł, który wysyła polecenia do języka, co należy powiedzieć. Jeśli umysł daje dobry materiał językowi, to język produkuje dobre słowa. Okazuje się, że problem jest skoncentrowany w naszym umyśle, który często nie jest niczym zajęty i dlatego jest ciągle próżny. Taki próżny umysł świadczy o tym, że dana osoba nie podejmuje duchowej pracy. Dlatego święci ojcowie uważali i uważają, że jednym z najważniejszych elementów życia duchowego jest cisza i skupienie na własnym słowie.

Oczywiście wydaje nam się, że jest to niemożliwe do zrealizowania. Gdybyśmy żyli na pustyni, milczelibyśmy przez cały dzień! Ale z mojego doświadczenia wynika, że nawet jeśli ktoś stale przebywa na pustyni i milczy przez cały dzień, to nie wystarczy. Konieczne jest, aby jego umysł nauczył się ciszy. Na przykład są ludzie, którzy cały czas milczą, ale ich umysł cały czas mówi. Oznacza to, że na zewnątrz taka osoba wygląda na bardzo cichą i spokojną, ale wewnątrz niej trwa niekończący się strumień monologów, argumentów, uzasadnień itp. Jak młyn, który pracuje bez przerwy. Czy można go zatrzymać? I czy jest to konieczne? W rzeczywistości ważne jest nie samo zatrzymanie młyna, a to, by dać mu dobre produkty do przetworzenia, włożyć dobrą pszenicę, tak aby wynikiem była wysokiej jakości mąka.

Dlatego ważne jest, aby dać naszemu umysłowi pokarm do pracy duchowej. Jeśli ktoś nie może się modlić, powinien przynajmniej mieć do przemyślenia coś pozytywnego. Duchowa lektura, słuchanie kazań, przebywanie w towarzystwie uduchowionych ludzi... - wszystko to są bardzo pożyteczne produkty, które po wejściu do ludzkiego umysłu rodzą dobre słowa. Na przykład umysł osoby, która czyta żywoty świętych, duchowe książki, słucha słowa Bożego itp. nieustannie pracuje i wytwarza myśli o tym, co dobre. I odwrotnie, jeśli ktoś ogląda lub słucha czegoś złego, jego umysł zostaje zatruty, a jego język zaczyna uwalniać różne nieczystości nagromadzone w umyśle, takie jak osądzanie, wulgaryzmy itp.

Nasz język jest jak kran. Otwieramy kran i wypływa z niego woda. Jeśli woda w źródle jest dobra, to kran będzie produkował dobrą wodę - i odwrotnie. Sam kran nie jest odpowiedzialny za jakość wody. Wynika z tego, że ogromne znaczenie ma to, czym wypełnione jest nasze serce. „Z obfitości serca usta mówią” (Mt 12, 34) - powiedział Chrystus. Oznacza to, że to, co jest w sercu, będzie również w ustach. Jeśli twoje serce jest wypełnione dobrymi myślami o bliźnich, jeśli skłaniasz się do miłości, życzliwości, współczucia, zrozumienia, wyrozumiałości, to kiedy otworzysz usta, twoje słowo będzie pełne miłości, współczucia itp. Ale jeśli wytwarzasz w swoim sercu złe myśli, takie jak zazdrość, wrogość, uraza itp., to kiedy otworzysz usta, całe to zło zostanie wylane.

W ten sposób walka z językiem odbywa się głęboko w nas. Aby wygrać tę walkę, jak już wcześniej powiedziałem, bardzo pomocna jest modlitwa, czytanie Słowa Bożego i książek duchowych, słuchanie kazań, przebywanie w świątyni, komunikacja z dobrymi ludźmi, którzy pomogą nam w tej walce. Na przykład, osoba pracuje w miejscu, gdzie słyszy wiele nieprzyzwoitych słów i stopniowo, nawet tego nie zauważając, zaczyna je powtarzać. Ponieważ słuchając ich nieustannie, przyzwyczaja się do nich, staje się nimi wypełniona i nawet jeśli nie wypowiada ich na głos, słowa te wciąż żyją w jej umyśle. I odwrotnie, kiedy człowiek przebywa wśród cichych, łagodnych, uważnych i uduchowionych ludzi, sam uczy się tych cech, a jego słowa przynoszą korzyści nie tylko jemu samemu, ale także wszystkim wokół.

Powstrzymywać się... aż do krwi

Bardzo ważne jest również unikanie próżnej rozmowy. Pismo Święte mówi: „Wielomówność nie bywa bez grzechu” (Prz 10,19). Jeśli za każdym razem, gdy masz okazję się odezwać, zaczynasz niekontrolowanie mówić, nie zostaniesz zbawiony od grzechu. W ten czy inny sposób, w pewnym momencie wyciekną potępienia, oskarżenia i wszystko inne. Najskuteczniejszym lekarstwem na ten grzech jest uzda. Ci, którzy mieszkali na Górze Athos i mieli do czynienia ze zwierzętami, dobrze wiedzą, co to jest. Na przykład dla nieposłusznego muła, którego nie można ruszyć, jedynym skutecznym lekarstwem jest uzda: gdy ją pociągniesz, zwierzę poczuje ból i zacznie robić to, czego oczekuje od niego jego pan. Nie bez powodu apostoł używa czasownika „powściągać” w odniesieniu do języka, ponieważ to właśnie tutaj przymus jest konieczny, aby się powstrzymać. Wszyscy jesteśmy istotami rozumnymi, a słowo jest naszym wrodzonym instynktem, chcemy mówić, chcemy odpowiadać, ale musimy powściągnąć nasz język i powiedzieć sobie: „Teraz będziesz milczał”. To nie jest łatwe, to prawdziwa walka.

W Paterikonie został opisany następujący incydent. Pewien człowiek był nieuprzejmy wobec starca, a starzec starał się powstrzymać od reagowania na jego nieuprzejmość. Po chwili usta starca wypełniły się krwią, a on wypluł ją. Ojcowie zapytali go: „Geronda, co się stało? Skąd ta krew?” A on odpowiedział im, że tak bardzo zmusił się do milczenia, że te ostre słowa zamieniły się w krew w jego ustach, a wyplucie jej sprawiło, że poczuł się lepiej.

Kiedy przeczytałem tę historię, pomyślałem, że to, co przydarzyło się starcowi, było czymś ze sfery nadprzyrodzonej i mogło przydarzyć się tylko wielkim ascetom. Ale później usłyszałem o podobnym incydencie od innego, świeckiego człowieka. Ten pobożny człowiek służył w wojsku. Pewnego dnia młody żołnierz, jego podwładny, miał czelność go obrazić. Wyobraź sobie teraz, jak wiele siły potrzebował ten oficer, by powstrzymać się od ukarania młodzieńca za obrazę. A przecież był dużo starszy, wyższy stopniem i mógł zrobić z nim, co tylko chciał. I oto ten oficer, nie znając przypadku opisanego w Paterikonie, powiedział mi: „Geronda, tak bardzo powstrzymywałem się, by nie reagować na jego chamstwo i nie ukarać go, że moje usta wypełniły się krwią”. Wtedy pomyślałem, że jego przypadek jest bardzo podobny do tego z Paterikonu i że bardzo dobrze ilustruje, jak człowiek musi walczyć ze sobą, aby powstrzymać swój język.

Szczególnie trudno jest milczeć, gdy prawda jest po twojej stronie, gdy tryska z ciebie. Osoba podchodzi do ciebie i zachowuje się wobec ciebie bezczelnie, ale ty nie chcesz odpowiedzieć jej tym samym i wtedy zaczyna się prawdziwa walka z samym sobą. Jeśli nauczymy się walczyć z naszym wewnętrznym głosem, który krzyczy do nas o naszej słuszności, będzie to dla nas bardzo zbawienne. Jeśli dana osoba powstrzyma się w ten sposób co najmniej dwa lub trzy razy, już stłumi moc złego słowa, które jest jak chimera żyjąca w nas i chcąca zaatakować inną osobę.

Kiedy milczenie jest gorsze niż gadatliwość

Kiedy uważamy na nasze słowa, uczymy się rozwagi, a w konsekwencji stajemy się uważni wobec innych. W końcu ktoś, kto mówi dużo, nigdy nie słucha. Gadatliwa osoba to nie tylko ktoś, kto cały czas mówi, ale także ktoś, kto nigdy nie słucha. W związku z tym, aby słyszeć, trzeba nauczyć się milczeć. Aby osiągnąć modlitwę i uwagę, trzeba nauczyć się milczeć. Milczenie jest wielką cnotą, która jest matką wielu innych cnót.

Jak mówią święci ojcowie, cisza musi panować w umyśle. Zdarza się, że czasami milczymy, robiąc przy tym kwaśną minę. W tym przypadku mówimy nie językiem, ale wyrazem twarzy, który czasami może być nawet gorszy niż słowa. Również niektóre nasze ruchy, absolutnie bez słów, mogą bardzo zranić drugą osobę. Na przykład, ktoś próbuje ci coś powiedzieć, a ty odwracasz się od niego z niezadowoloną miną. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że nie powiedziałeś nic złego, ale w rzeczywistości powiedziałeś znacznie więcej swoim wyglądem.

Na przykład mąż wraca do domu i myśli: „Teraz wrócę do domu i nie odezwę się ani słowem do mojej żony, będę praktykował milczenie”. Nie, to jest złe podejście. Powinieneś rozmawiać z żoną w domu, ale uważaj na to, co mówisz. Cisza nie oznacza całkowitego milczenia, ale zwracanie uwagi na swoje słowa. Mnich Jan Klimak w swoim „Słowie o milczeniu” pisze: Spotkałem człowieka, który mówi od rana do nocy, ale jego słowa są jak milczenie, i widziałem człowieka, który milczy przez cały czas, ale jego milczenie jest nawet gorsze niż gadulstwo. Oznacza to, że ktoś może milczeć przez cały czas, ale jego umysł wciąż pozostaje rozproszony. Inny może mówić od rana do nocy, ale będą to słowa o Bogu, słowa o dobroci, słowa pocieszenia, słowa przepełnione miłością. Takie słowa przyniosą korzyść nie tylko mówiącemu, ale także tym, którzy są wokół niego. Nie chodzi o ilość słów, ale o ich jakość.

Pewien święty powiedział: jeśli młody mnich (lub jakakolwiek inna osoba), pomimo swoich duchowych dokonań, nie potrafi powściągnąć języka, a co więcej, nawet szuka okazji, by wtrącić słowo do rozmowy, to jest pusty w środku i jest jak „cymbał brzmiący”. I odwrotnie, gdy ktoś jest prawdziwie ascetyczny, to jego umysł pozostaje w ciągłym modlitewnym czuwaniu, kontroluje swą mowę i lubi przebywać w ciszy. Jeśli taka osoba wypowie choć kilka słów, będą to złote słowa. Tutaj słowo można porównać do soli, którą dodajemy do jedzenia. W końcu jedzenie bez soli jest bez smaku, nie chce się go jeść. Tak samo jest w przypadku, gdy przesadzimy z solą: jedzenie stanie się niesmaczne i będziemy chcieli je wypluć. Dlatego zarówno brak słów, jak i nieumiarkowanie w słowach to dwie skrajności. Słowo musi być wypowiadane z rozsądkiem i uwagą.

Jeśli się nie powstrzymałeś

Co zrobić w przypadku, gdy nie mogliśmy się opanować i powiedzieliśmy to, co powiedzieliśmy? Jak cofnąć to, co zostało powiedziane? Kiedy powiedziałeś coś nieprzyjemnego do swego bliźniego i natychmiast zdałeś sobie z tego sprawę, najlepiej jest niezwłocznie poprosić o przebaczenie: „Przepraszam, bracie, to było niepotrzebne”. Jeśli twój bliźni nie słyszał obraźliwych słów, które zostały do niego wypowiedziane, dużym błędem byłoby powiedzenie mu: „Wiesz, bracie, wczoraj byłem z przyjaciółmi i potępiłem cię w rozmowie”. W takiej sytuacji lepiej byłoby nie mówić mu o tym, aby nie wodzić go na pokuszenie, ale pokutować za ten grzech przed Bogiem w odosobnieniu, opłakiwać swój upadek i modlić się. Kto nie grzeszy słowem, ten jest człowiekiem doskonałym (Jk 3,2) - mówi apostoł. Ale kto z nas jest doskonały? W ten czy inny sposób każdy z nas może w pewnym momencie stracić kontrolę.

Zmęczenie utrudnia walkę z próżnym gadaniem

Kolejnym czynnikiem utrudniającym nam walkę z próżnym gadulstwem jest zmęczenie. W końcu, gdy człowiek jest zmęczony, trudno jest mu panować nad sobą. Dlatego wszyscy, którzy nie prowadzą aktywnego życia duchowego, powinni uważać, aby nie doprowadzić się do krytycznego punktu zmęczenia. Ponieważ, jak powiedział pewien mnich z góry Athos: „Mogę nieść 100 kg, ale jeśli ktoś dołoży do mego brzemienia choćby pół kilograma, nie będę w stanie udźwignąć tego ciężaru”. Ważne jest, abyśmy wszyscy o tym pamiętali, ponieważ nasze życie na świecie jest wypełnione wszelkiego rodzaju zmartwieniami, ciągłym niepokojem o czas, o rzeczy itp. Wszystko to sprawia, że jesteśmy zestresowani, zmęczeni cieleśnie, umysłowo i duchowo. I tak, kiedy jesteśmy w takim stanie i jakaś osoba popada nam pod rękę - wyżywamy się na niej. Weźmy na przykład relacje rodzinne. Twój współmałżonek wrócił do domu z pracy i jeśli widzisz, że jest zmęczony i nie chce rozmawiać, nie powinnaś go dręczyć, ponieważ w tej chwili jest tak wyczerpany zarówno fizycznie, jak i psychicznie, że nie ma siły na rozmowę z tobą.

Pewna kobieta, sprzedawczyni w sklepie obuwniczym, powiedziała mi, że musi być bardzo cierpliwa w pracy, ponieważ ma różnych klientów. Często są bardzo roszczeniowi: przynieś mi te buty, przynieś mi inne, i jeszcze te, te buty są dla mnie za ciasne itp. itd. Stara się opanować irytację i grzecznie ich obsłużyć. Jednak kiedy wraca do domu, na najmniejszy kaprys własnego dziecka wybucha. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ człowiek gromadzi zmęczenie w ciągu dnia, a w domu, kiedy czuje się bardziej wolny, daje ujście wszystkim nagromadzonym uczuciom. Musimy zawsze o tym pamiętać - zarówno w odniesieniu do nas samych, jak i naszych bliźnich.

Gdy ktoś jest zmęczony, zdenerwowany lub nadmiernie radosny, nie powinien dużo mówić ani podejmować żadnych decyzji. Ponieważ w radosnym stanie może składać obietnice, których nigdy nie będzie w stanie spełnić. Tak samo jest ze zmęczeniem: osoba może mówić rzeczy, których później będzie bardzo żałować. Nie mówię tu o wielkich mnichach, którzy dzięki swojemu duchowemu wysiłkowi byli w stanie przekroczyć swoje zmęczenie. Mówię o nas, żyjących w warunkach ziemskiego życia, abyśmy nie forsowali się do granic możliwości, ponieważ w takim stanie możemy robić i mówić rzeczy, których później będziemy żałować. Zmęczenie jest złym doradcą.

„Patrzę na nich i nie mogę zrozumieć, co wypełnia ich serca”.

Człowiek, który uważa się za religijnego, pobożnego i miłującego Boga, będzie powściągał swój język. Ale ten, kto nie chce go powściągnąć, jak mówi apostoł, zwodzi samego siebie, myśląc, że jest pobożny. Okazuje się, że całe jego chodzenie do świątyni jest bezużyteczne. Człowiek codziennie czyta i słucha Ewangelii, ale czy naprawdę rozumie jej znaczenie? Czy rozumie, co Pan chce mu powiedzieć? Widzimy, jak się zachowuje i mówi: jego słowa są pełne samolubstwa i lekceważenia bliźnich, a przy najmniejszej okazji zapala się jak zapałka. Dopóki klepiesz go po głowie, chwalisz, mówisz mu, jaki jest wspaniały, masz z nim świetne relacje, ale gdy tylko powiesz coś przeciwko niemu, zamienia się w kota gotowego wydrapać ci oczy. Pojawia się więc pytanie, czy w tym człowieku zaszła jakaś zmiana? Dokąd zaprowadziła go relacja z Chrystusem? Gdzie są owoce Ducha Świętego?

Pewnego razu starzec zobaczył młodych mnichów dyskutujących i śmiejących się wesoło i zapłakał. Wtedy ktoś zapytał go: „Abba, co się stało?”. A starzec odpowiedział: „Patrzę na nich i nie mogę zrozumieć, czym wypełnione są ich serca”. Fakt, że ci młodzi mnisi z taką łatwością oddawali się próżnym rozmowom, pokazuje, że ich umysły były rozproszone i że nie zdawali sobie sprawy ze swego celu. Nasz język jest naszym odbiciem.

Bardzo częstą przyczyną rozwiązłego języka jest brak wysiłku duchowego, ale może to być również spowodowane zwykłym przyzwyczajeniem. Jeśli ktoś ma zwyczaj bycia samolubnym w rozmowie, chwalenia siebie lub umniejszania innych, może nie zdawać sobie sprawy, że czyni źle, ponieważ ma taki nawyk. Szkodzi sobie i innym, nie zdając sobie z tego sprawy. Na przykład syn narzeka na swego ojca: mój ojciec zawsze się ze mnie śmieje, poniża mnie, nie docenia niczego, co robię. A potem spotykamy tego ojca i rozumiemy, że przed nami nie stoi zły człowiek, ale z dobrym usposobieniem do ludzi, który po prostu nie nauczył się dobrze mówić i zachowywać z szacunkiem wobec bliźnich. Okazuje się, że mimo chęci wsparcia swego dziecka, zamiast tego daje mu kopniaka. Tak został nauczony. Ważne jest, aby zdać sobie z tego sprawę i nauczyć się właściwie komunikować z ludźmi. Musimy być uprzejmi i troskliwi, a nie wścibscy lub aroganccy, stale podkreślając własne ja. Na przykład w domu, w którym rodzice zwracają się do siebie uprzejmie i z szacunkiem, dzieci uczą się robić to samo. Oczywiście dzisiejsze dzieci są pod dużym wpływem szkoły i telewizji, ale dom rodzinny powinien dawać dobry przykład.

Wiesz, spotkałem wiele dobrych przykładów zarówno w świeckich rodzinach, jak i w rodzinach duchownych. Pamiętam, że kiedy mieszkałem na Świętej Górze, widziałem różnych ludzi: starców, mnichów w średnim wieku, młodych nowicjuszy... - i wszyscy ci ludzie byli bardzo mili, uprzejmi i łagodni w rozmowie. Cokolwiek się do nich mówiło, nie wywoływało to gwałtownej reakcji ani ciekawości. Był jeden incydent. W pewnym momencie nasz starzec postanowił wraz z braćmi przenieść się z klasztoru do skitu. Chcieliśmy objechać Athos, aby zobaczyć, jakie kaliwy są dostępne i znaleźć najbardziej odpowiednią dla nas. W czasie tej podróży zostaliśmy przyjęci przez jeden skit. Mieli dużą maszynę do pracy w polu, którą tamtejsi mnisi uprzejmie zaoferowali na nasze potrzeby. I tak każdego dnia przez pięć dni gdzieś nas zabierali, ale nikt nigdy nie zapytał nas, czego szukamy ani dlaczego chcemy opuścić nasz klasztor. To znaczy, ani jednego dociekliwego pytania. Wszystko dlatego, że kiedyś starzec tej wspólnoty nauczył tego swoich następców, a ci swoich uczniów itd. Tak samo jest w naszych rodzinach. Jeśli rodzice nie przeklinają, nie używają brzydkich słów, nie są nieuprzejmi ani szorstcy, jest to przekazywane dzieciom. Dzieci z kolei nauczą tego swoje dzieci.

Bądź uważny!

Pewnego razu do naszego klasztoru miał przybyć mnich, o którym mówiono, że nigdy nikogo nie osądza, i postanowiliśmy go sprawdzić. Rozmawiając z nim, zaczęliśmy wspominać różnych ludzi, mówiąc: „Wiesz, a ten powiedział to... A tamten poszedł w tamtą stronę...”, próbując wydobyć z niego najmniejsze słowo potępienia. Nic z tego nie wyszło. Uciekł od nas jak ryba, ponieważ był bardzo uważny wobec sobie. Nauczył się nie szukać pocieszenia w osądzaniu innych, plotkowaniu, gadulstwie czy żartach. Są też ludzie, którzy wręcz przeciwnie, wchodzą nawet tam, gdzie nie są wzywani. Na przykład, rozmawiają dwie osoby, a potem wkracza trzecia i nie pozwala innym dojść do słowa. Takie objawy wskazują, że dana osoba nie rozwija się duchowo.

To smutne, gdy zdajemy sobie z tego sprawę, szczególnie w odniesieniu do ludzi wierzących. Często zdarza się, że ktoś chodzi do cerkwi, słucha kazań, uczestniczy w życiu cerkiewnym, ale jest potępiany przez własne słowa. Przecież ludzie niewierzący patrzą na nas i dziwią się naszemu zachowaniu, że nie potrafimy powstrzymać się od plotkowania, potępiania, wyśmiewania się z bliźnich. Takie zachowanie staje się dla nich pokusą. Widząc nas w takim stanie, mogą pomyśleć: „Może całe to chrześcijańskie życie jest na próżno?”. Powiesz: „Co nas obchodzi, co myślą inni? Mogę pokutować za to, co zrobiłem lub powiedziałem”. To prawda, ale inni nie widzą procesów zachodzących w twoim sercu, widzą tylko to, co jest na powierzchni.

Myślę, że właśnie to apostoł miał na myśli, mówiąc o „pustej pobożności”. Ponieważ ten, kto żyje w Duchu Świętym, ma w sobie owoce Ducha. Jeśli nie mamy owoców, to przynajmniej powinniśmy mieć w sobie skruchę. Osoba, która naprawdę żałuje swoich uczynków, nie będzie potępiać innych ludzi. Widząc wszystkie swoje błędy i niedoskonałości, czy przyjdzie jej do głowy zajmować się kimś innym, jeśli sama jest sto razy gorsza? Jeśli zdasz sobie z tego sprawę, nie będziesz już chciał potępiać innych. Ale jeśli nadal potępiasz innych, oznacza to, że nie poznałeś jeszcze siebie i dlatego nie możesz pokutować i zmienić się.

Święci Ojcowie mówią, że pokutująca osoba jest jak ktoś, w czyim domu zmarł bliski krewny. Siedzi tam i płacze z tego powodu. Wyobraźmy sobie teraz, że w naszym domu znajduje się trumna ze zmarłym krewnym, czy mamy ochotę dyskutować o tym, co zrobił lub powiedział sąsiad? Nie, nie obchodzi nas to, ponieważ nasz żal przeważa nad wszystkim innym. Tak samo jest z człowiekiem, który widzi, że zbłądził z powodu grzechu, widzi swoje błędy i płacze nad nimi. Jeśli naprawdę się smuci, nie potępi drugiej osoby.

Wszystko jest tutaj połączone w jeden łańcuch. Jeśli zbudowałeś właściwą relację z Bogiem, będziesz prowadził duchowe życie, będziesz powściągał swój język, będziesz uważny wobec siebie, zauważając własne błędy, a nie błędy innych. Ale jeśli Cerkiew jest dla ciebie czymś powierzchownym, z łatwością oddasz się czczej gadaninie ze wszystkimi tego konsekwencjami. Będziesz jak człowiek, który pracował cały dzień i nie otrzymał zapłaty za swą pracę, albo otrzymał zapłatę, ale pieniądze okazały się fałszywe. Tak więc wszystkie nasze duchowe wysiłki idą na marne, jeśli nie ograniczamy naszego języka.

metropolita Limassol Atanazy (tłum. Justyna Pikutin)

za: pravoslavie.ru

fotografa: jarek /orthphoto.net/