Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Spokojny oddech albo niepokorny o pokorze
Marina Birukova (tłum. Justyna Pikutin), 26 marca 2025
Co niepokorny może wiedzieć o pokorze? Oczywiście może znać jej określenia, zarówno pokrewne, jak i różne, ale sprowadzające się do krótkiej formuły: wolność człowieka od pychy, od wywyższania się, od przeciwstawiania siebie światu i jego Stwórcy (wszystko inne - trzeźwy stosunek do siebie, skrucha, łagodność, niegniewliwość, posłuszeństwo, radość - to już konsekwencje, przejawy wolności).
Poza określeniami, niepokorni mogą znać liczne przykłady pokory z życia świętych i innych ascetów.
Ale cała ta wiedza jest teoretyczna: to coś, co można gdzieś przeczytać. A co my, którzy niestety jeszcze się nie ukorzyliśmy, praktycznie - tj. bezpośrednio - możemy wiedzieć o pokorze?
Niektórzy powiedzą: nic. Ale ja powiem inaczej: każdy z nas wie doświadczalnie, na własnej pokrytej bliznami skórze, że pokora jest dokładnie tym, czego nam brakuje... Miałam napisać „nie tylko w życiu duchowym, ale także w zwykłym, codziennym życiu”. Ale z czasem zrozumiałam, że nie da się oddzielić jednego od drugiego - nasze życie jest jednością, całością i nie dzieli się na odrębne części.
Chrześcijaństwo wzywa człowieka do życia organicznego, do życia, które jest naturalne dla niego jako istoty duchowej. Życie chrześcijanina to właśnie spokój umysłu, o którym mowa w modlitwie starców Optiny, to spokojny oddech i spokojne bicie serca. To kolosalna oszczędność siły psychicznej i emocjonalnej. Idealnie byłoby, gdyby nasza dusza w chrześcijaństwie czuła się jak ryba w wodzie, jak ptak na niebie. Oczywiście nie mówimy tu o euforii, wręcz przeciwnie, to prawdziwie chrześcijańskie życie wymaga takiego owocu pokory jak trzeźwość wobec samego siebie. Wzloty i upadki poczucia własnej wartości, przejścia od samozadowolenia do samobiczowania nie są trzeźwością. Trzeźwość polega na tym, by postrzegać siebie realistycznie, nie dziwić się niczemu i zawsze dziękować Bogu, powtarzając za apostołem Pawłem: „Lecz z łaski Boga jestem tym, czym jestem” (1 Kor 15, 10).
Pokora pomaga człowiekowi z jednej strony zaakceptować siebie takim, jakim jest, a z drugiej strony nie godzi się na pozostanie takim, jakim jest i zmusza nas, byśmy dążyli do bycia lepszym, tj. bliższym Chrystusowi. Posiadanie pokory oznacza unikanie szoku z powodu tego, kim się jest, wewnętrznego załamania, odrzucenia siebie, kompleksu winy, bezowocnego użalania się nad sobą i przygnębienia. Pokorna, a zatem trzeźwa osoba wie: tak, jestem potworem, ale jestem też cudem, jestem inteligentną i duchową istotą, stworzoną przez Boga w wyjątkowym egzemplarzu i nie odrzuconą przez Niego pomimo całej swej grzeszności. Bóg czeka na moje nawrócenie i umożliwia mi je, więc nie ma powodu do przygnębienia. Głupotą jest użalanie się nad sobą, wybrańcem i szczęściarzem. A jeśli chodzi o poczucie winy lub kompleks niższości, to nie mają one nic wspólnego ze skruchą, a już na pewno nie mają nic wspólnego z pokorą, dlatego należy się ich pozbyć poprzez modlitwę tak szybko, jak to możliwe.
Pokora uwalnia człowieka od fałszywego obowiązku pogoni za sukcesem i ciągłego potwierdzania swych osiągnięć. Człowiek pokorny, który oddaje się Bogu, przyjmie od Niego każdy rezultat: jeśli coś, co zaplanowałeś, nie wyszło, oznacza to, że nie było to wolą Bożą, oznacza to, że Bóg wyznaczył ci inną drogę. I czy nie jest prawdą, że czasami potrzebujemy porażki bardziej niż szczęścia, a porażka jest ważniejsza niż zwycięstwo?
Osoba pokorna nie żałuje czasu poświęconego na coś, co ostatecznie nie wyszło: nie uważa żadnej minuty za straconą, ponieważ Opatrzność Boża nad nami realizuje się nieustannie - w każdej minucie. Czas osoby pokornej jest integralny, nie dzieli się na „udane” i „nieudane”, „dobre” i „złe” kawałki: należy całkowicie do Boga.
Pokorny człowiek nie ściga się ani nie martwi o to, że zostanie prześcignięty przez innych. Dlaczego w ogóle miałby się z kimś porównywać? Ważniejsze jest dla niego to, kim jest przed Bogiem i to, czego Bóg od niego oczekuje.
Zapewne nikt z nas nie jest odporny na znalezienie się w sytuacji poczucia bezwartościowości (rzeczywistej lub domniemanej - inna kwestia). Dzieci wyrosły i nie potrzebują już opieki rodzicielskiej; ktoś nieoczekiwanie został zwolniony z pracy, choć nie był bezczynny; czyjeś wiersze nie znajdują czytelników, a obrazy - odbiorców... To trudny moment, ale pokorny człowiek znajdzie w sobie siłę, by zaufać Bogu - a Bóg poprowadzi go do miejsca, w którym będzie przydatny, do ludzi, którzy będą go potrzebować z jego umiejętnościami i darami. Niekoniecznie będą to masy i tłumy. Pewnego dnia może to być jedna nieznana osoba - ale ty naprawdę jej pomożesz. Tylko pycha może powiedzieć, że jeden człowiek to za mało. Jedna osoba to niezmiernie wiele. Pokorny chrześcijanin kieruje się miłością do ludzi, a nie pragnieniem posiadania jakichś zasług przed nimi lub jakiejś wagi w ich oczach.
Osoba, która zdobyła pokorę, nie boi się osądu innych ludzi ani ich niskiej oceny - ma tylko jednego Sędziego. W przeciwieństwie do powszechnego przekonania, pokorna osoba nigdy nie czuje się ułomna lub wybrakowana, chociaż w jej życiu może występować nieszczęście, takie jak niepełnosprawność, ubóstwo, czy samotność. Ale on ma Boga, a Bóg ma jego - więc o jakim wybrakowaniu może być mowa?
Pokorny człowiek pozostaje oczywiście człowiekiem z krwi i kości; nie jest pozbawiony zwykłych reakcji psychicznych, może cierpieć z powodu niechęci, niezrozumienia, niesprawiedliwych oskarżeń, nietaktu, okrucieństwa, zdrady - ale nie staje się niewolnikiem swego cierpienia, nie hartuje swego serca, nie szuka zemsty. Ludzie wokół niego mogą go czasami irytować - ale może sobie z tym poradzić: ponieważ nie ma naszego nieświadomego nawyku stawiania drugiej osoby poniżej siebie i nie myśli, że ludzie wokół niego są zobowiązani do zadowalania go we wszystkim.
Pokorny człowiek nie musi użalać się nad sobą, ponieważ użalanie się nad sobą, które czasami przeradza się w manię rozdrapywania ran, jest zawsze wołaniem o miłość, która nie została zaspokojona. Osoba pokorna otworzyła swoje drzwi na miłość Boga, co oznacza, że odnalazła wewnętrzny pokój i pełnię: w zasadzie mogłaby spokojnie żyć na bezludnej wyspie, ale z reguły żyje wśród ludzi, ogrzewając ich miłością i będąc przez nią ogrzewana.
Wreszcie, pokorna osoba zna granice swoich możliwości i swej odpowiedzialności - nie dąży do przekształcenia świata. Wie, że świat będzie pogrążony w złu aż do Sądu Ostatecznego.
Naszym obowiązkiem jest pomagać tym, którym możemy pomóc, a wszystko, co ponad to, pochodzi od złego. Prawdopodobnie wielu z nas miało chwile, kiedy po prostu płakaliśmy z powodu naszej niezdolności do przeciwstawienia się złu na dużą skalę, a nawet oskarżaliśmy siebie o brak heroizmu, odwagi i poświęcenia. Pokora leczy te niepotrzebne stresy. A Ten, który nakarmił pięć tysięcy wiernych pięcioma chlebami (por. Mt 14,15-22), powiększa także nasze małe dobro. Nie „może zwiększyć”, jak się czasem mówi, ale już to robi, ponieważ każdy dobry uczynek, każda miłość okazana człowiekowi zawsze ma swoją kontynuację.
Z powyższego nasuwa się wniosek: pokora jest ogromną siłą! Nie jest to „bohater wykuty z czystej stali od stóp do głów”, ale jest to pokorny człowiek, który pokona wszelkie smutki i katastrofy, przejdzie przez piekło na ziemi i wyjdzie, aby nadal świecić ludziom - ile takich przykładów dał nam miniony wiek.
Istnienie pokornego człowieka na tym świecie jest naturalne dla człowieka i jest jedyną egzystencją godną człowieka. Ale, niestety, nie jestem takim człowiekiem. Jeszcze nie? Czy to nie śmieszne w moim wieku mówić „jeszcze” i „ póki co”?
Ale oto, co jest interesujące - i co nie pozwala nam rozpaczać: kiedy przyznajemy, że nie jesteśmy pokorni, kiedy szczerze tego żałujemy, natychmiast czujemy, że życiodajna pokora już się w nas zadomowiła, już wykonuje swą małą, choćby początkową, ale mimo to jakąś pracę. I coś naprawdę zmienia się w nas: wewnętrzne okowy rozluźniają się, burze duszy uspokajają się, powoli nadchodzi świt... a nasz oddech staje się spokojny.
Marina Birukova (tłum. Justyna Pikutin)
za: pravoslavie.ru
fotografia: kcenia.belova /orthphoto.net/
Poza określeniami, niepokorni mogą znać liczne przykłady pokory z życia świętych i innych ascetów.
Ale cała ta wiedza jest teoretyczna: to coś, co można gdzieś przeczytać. A co my, którzy niestety jeszcze się nie ukorzyliśmy, praktycznie - tj. bezpośrednio - możemy wiedzieć o pokorze?
Niektórzy powiedzą: nic. Ale ja powiem inaczej: każdy z nas wie doświadczalnie, na własnej pokrytej bliznami skórze, że pokora jest dokładnie tym, czego nam brakuje... Miałam napisać „nie tylko w życiu duchowym, ale także w zwykłym, codziennym życiu”. Ale z czasem zrozumiałam, że nie da się oddzielić jednego od drugiego - nasze życie jest jednością, całością i nie dzieli się na odrębne części.
Chrześcijaństwo wzywa człowieka do życia organicznego, do życia, które jest naturalne dla niego jako istoty duchowej. Życie chrześcijanina to właśnie spokój umysłu, o którym mowa w modlitwie starców Optiny, to spokojny oddech i spokojne bicie serca. To kolosalna oszczędność siły psychicznej i emocjonalnej. Idealnie byłoby, gdyby nasza dusza w chrześcijaństwie czuła się jak ryba w wodzie, jak ptak na niebie. Oczywiście nie mówimy tu o euforii, wręcz przeciwnie, to prawdziwie chrześcijańskie życie wymaga takiego owocu pokory jak trzeźwość wobec samego siebie. Wzloty i upadki poczucia własnej wartości, przejścia od samozadowolenia do samobiczowania nie są trzeźwością. Trzeźwość polega na tym, by postrzegać siebie realistycznie, nie dziwić się niczemu i zawsze dziękować Bogu, powtarzając za apostołem Pawłem: „Lecz z łaski Boga jestem tym, czym jestem” (1 Kor 15, 10).
Pokora pomaga człowiekowi z jednej strony zaakceptować siebie takim, jakim jest, a z drugiej strony nie godzi się na pozostanie takim, jakim jest i zmusza nas, byśmy dążyli do bycia lepszym, tj. bliższym Chrystusowi. Posiadanie pokory oznacza unikanie szoku z powodu tego, kim się jest, wewnętrznego załamania, odrzucenia siebie, kompleksu winy, bezowocnego użalania się nad sobą i przygnębienia. Pokorna, a zatem trzeźwa osoba wie: tak, jestem potworem, ale jestem też cudem, jestem inteligentną i duchową istotą, stworzoną przez Boga w wyjątkowym egzemplarzu i nie odrzuconą przez Niego pomimo całej swej grzeszności. Bóg czeka na moje nawrócenie i umożliwia mi je, więc nie ma powodu do przygnębienia. Głupotą jest użalanie się nad sobą, wybrańcem i szczęściarzem. A jeśli chodzi o poczucie winy lub kompleks niższości, to nie mają one nic wspólnego ze skruchą, a już na pewno nie mają nic wspólnego z pokorą, dlatego należy się ich pozbyć poprzez modlitwę tak szybko, jak to możliwe.
Pokora uwalnia człowieka od fałszywego obowiązku pogoni za sukcesem i ciągłego potwierdzania swych osiągnięć. Człowiek pokorny, który oddaje się Bogu, przyjmie od Niego każdy rezultat: jeśli coś, co zaplanowałeś, nie wyszło, oznacza to, że nie było to wolą Bożą, oznacza to, że Bóg wyznaczył ci inną drogę. I czy nie jest prawdą, że czasami potrzebujemy porażki bardziej niż szczęścia, a porażka jest ważniejsza niż zwycięstwo?
Osoba pokorna nie żałuje czasu poświęconego na coś, co ostatecznie nie wyszło: nie uważa żadnej minuty za straconą, ponieważ Opatrzność Boża nad nami realizuje się nieustannie - w każdej minucie. Czas osoby pokornej jest integralny, nie dzieli się na „udane” i „nieudane”, „dobre” i „złe” kawałki: należy całkowicie do Boga.
Pokorny człowiek nie ściga się ani nie martwi o to, że zostanie prześcignięty przez innych. Dlaczego w ogóle miałby się z kimś porównywać? Ważniejsze jest dla niego to, kim jest przed Bogiem i to, czego Bóg od niego oczekuje.
Zapewne nikt z nas nie jest odporny na znalezienie się w sytuacji poczucia bezwartościowości (rzeczywistej lub domniemanej - inna kwestia). Dzieci wyrosły i nie potrzebują już opieki rodzicielskiej; ktoś nieoczekiwanie został zwolniony z pracy, choć nie był bezczynny; czyjeś wiersze nie znajdują czytelników, a obrazy - odbiorców... To trudny moment, ale pokorny człowiek znajdzie w sobie siłę, by zaufać Bogu - a Bóg poprowadzi go do miejsca, w którym będzie przydatny, do ludzi, którzy będą go potrzebować z jego umiejętnościami i darami. Niekoniecznie będą to masy i tłumy. Pewnego dnia może to być jedna nieznana osoba - ale ty naprawdę jej pomożesz. Tylko pycha może powiedzieć, że jeden człowiek to za mało. Jedna osoba to niezmiernie wiele. Pokorny chrześcijanin kieruje się miłością do ludzi, a nie pragnieniem posiadania jakichś zasług przed nimi lub jakiejś wagi w ich oczach.
Osoba, która zdobyła pokorę, nie boi się osądu innych ludzi ani ich niskiej oceny - ma tylko jednego Sędziego. W przeciwieństwie do powszechnego przekonania, pokorna osoba nigdy nie czuje się ułomna lub wybrakowana, chociaż w jej życiu może występować nieszczęście, takie jak niepełnosprawność, ubóstwo, czy samotność. Ale on ma Boga, a Bóg ma jego - więc o jakim wybrakowaniu może być mowa?
Pokorny człowiek pozostaje oczywiście człowiekiem z krwi i kości; nie jest pozbawiony zwykłych reakcji psychicznych, może cierpieć z powodu niechęci, niezrozumienia, niesprawiedliwych oskarżeń, nietaktu, okrucieństwa, zdrady - ale nie staje się niewolnikiem swego cierpienia, nie hartuje swego serca, nie szuka zemsty. Ludzie wokół niego mogą go czasami irytować - ale może sobie z tym poradzić: ponieważ nie ma naszego nieświadomego nawyku stawiania drugiej osoby poniżej siebie i nie myśli, że ludzie wokół niego są zobowiązani do zadowalania go we wszystkim.
Pokorny człowiek nie musi użalać się nad sobą, ponieważ użalanie się nad sobą, które czasami przeradza się w manię rozdrapywania ran, jest zawsze wołaniem o miłość, która nie została zaspokojona. Osoba pokorna otworzyła swoje drzwi na miłość Boga, co oznacza, że odnalazła wewnętrzny pokój i pełnię: w zasadzie mogłaby spokojnie żyć na bezludnej wyspie, ale z reguły żyje wśród ludzi, ogrzewając ich miłością i będąc przez nią ogrzewana.
Wreszcie, pokorna osoba zna granice swoich możliwości i swej odpowiedzialności - nie dąży do przekształcenia świata. Wie, że świat będzie pogrążony w złu aż do Sądu Ostatecznego.
Naszym obowiązkiem jest pomagać tym, którym możemy pomóc, a wszystko, co ponad to, pochodzi od złego. Prawdopodobnie wielu z nas miało chwile, kiedy po prostu płakaliśmy z powodu naszej niezdolności do przeciwstawienia się złu na dużą skalę, a nawet oskarżaliśmy siebie o brak heroizmu, odwagi i poświęcenia. Pokora leczy te niepotrzebne stresy. A Ten, który nakarmił pięć tysięcy wiernych pięcioma chlebami (por. Mt 14,15-22), powiększa także nasze małe dobro. Nie „może zwiększyć”, jak się czasem mówi, ale już to robi, ponieważ każdy dobry uczynek, każda miłość okazana człowiekowi zawsze ma swoją kontynuację.
Z powyższego nasuwa się wniosek: pokora jest ogromną siłą! Nie jest to „bohater wykuty z czystej stali od stóp do głów”, ale jest to pokorny człowiek, który pokona wszelkie smutki i katastrofy, przejdzie przez piekło na ziemi i wyjdzie, aby nadal świecić ludziom - ile takich przykładów dał nam miniony wiek.
Istnienie pokornego człowieka na tym świecie jest naturalne dla człowieka i jest jedyną egzystencją godną człowieka. Ale, niestety, nie jestem takim człowiekiem. Jeszcze nie? Czy to nie śmieszne w moim wieku mówić „jeszcze” i „ póki co”?
Ale oto, co jest interesujące - i co nie pozwala nam rozpaczać: kiedy przyznajemy, że nie jesteśmy pokorni, kiedy szczerze tego żałujemy, natychmiast czujemy, że życiodajna pokora już się w nas zadomowiła, już wykonuje swą małą, choćby początkową, ale mimo to jakąś pracę. I coś naprawdę zmienia się w nas: wewnętrzne okowy rozluźniają się, burze duszy uspokajają się, powoli nadchodzi świt... a nasz oddech staje się spokojny.
Marina Birukova (tłum. Justyna Pikutin)
za: pravoslavie.ru
fotografia: kcenia.belova /orthphoto.net/