publicystyka: Wytrwałość jako nadzieja i nadzieja jako wytrwałość
kuchnia muzyka sklep ogłoszenia wydarzenia fotogalerie

Wytrwałość jako nadzieja i nadzieja jako wytrwałość

Marina Birukova (tłum. Justyna Pikutin), 15 lutego 2025

"Wytrwałością waszą zyskacie dusze wasze", mówi nam Chrystus (Łk 21,19). Jakże niesamowite jest to pojęcie - wytrwałość. Ma ono wiele znaczeń - a jednocześnie oznacza jedno. Jest proste - nie ma w nim niczego, co nie byłoby zrozumiałe dla każdego człowieka - a jednocześnie jest głębokie. Jest naprawdę kluczem - kluczem do duchowego życia każdego człowieka. I jak ja, osoba bardzo niecierpliwa, to zrozumiałam?

Zacznę od wielu znaczeń słowa "wytrwałość". Stosujemy je w różnych sytuacjach: wytrwale znosić nieszczęścia; znosić ból; cierpliwie czekać; wytrwale wykonywać trudną, żmudną pracę; okazywać cierpliwość w stosunku do drugiego człowieka, do jego osobliwości, słabości, niedociągnięć i wreszcie cerkiewnosłowiańskie «i tiebie tierpiech wies’ dien’» - "Ciebie co dzień oczekuję" (Ps 24,5) - o tym, co to znaczy, nieco później.

Ważne jest, aby połączyć wszystkie te znaczenia, wszystkie zastosowania jednego słowa w jeden kompleks semantyczny, aby otrzymać wyżej wspomniany klucz.

Doświadczać cierpień. Wszyscy tu na ziemi doświadczamy cierpień. Wszyscy znajdujemy się w upadłym, grzesznym, niespokojnym, chronicznie kryzysowym stanie; żyjemy wśród grzeszników, takich jak my, i cierpimy jeden z powodu drugiego. Wszyscy żyjemy pośród smutków, kłopotów, zła, każdemu z nas może przytrafić się jakiekolwiek nieszczęście, a my sami zawsze możemy uczynić dosłownie wszystko... Wszyscy w końcu nieuchronnie umieramy i nie możemy sobie nawet wyobrazić, co stanie się z nami później (jeśli nadal wierzymy, że ziemska śmierć nie jest końcem). Istotne jest jedynie to, jak zachowamy się na naszym „Titanicu” lub - co planujemy na nim zrobić. Czy dokładamy wszelkich starań, aby nasz pobyt w kajucie był jak najbardziej komfortowy przez pozostały nam czas? Czy desperacko pragniemy jak najszybciej znaleźć się w wodzie? Czy uciekamy przed kłopotami do na wpół zatopionego baru statku? Czy też pozostajemy trzeźwi, trzeźwo myślący, skoncentrowani i zdeterminowani, by się uratować?

Jeśli podnosimy nasze głowy ku Niebu i szukamy naszego zbawienia, konfrontujemy się z bólem. Niekończące się cierpienia naszej ziemskiej egzystencji, psychiczne, cielesne, nasze, innych, wszelkie - wciąż na nowo stawiają przed nami pytanie o możliwość wiary, o możliwość zaufania Bogu, o sens cierpienia, a także o powietrze do oddychania. Aby przezwyciężyć ból, trzeba go najpierw doświadczyć. Ból jest psychiką. Rozwój człowieka polega na tym, że wznosi się on ponad swoją psychikę, a to sprowadza się do tego, że jego osobowość nie jest już tożsama z psychiką. To właśnie znaczy znosić ból. Ale czego człowiek tak naprawdę szuka, znosząc, pokonując ból?

Szuka spotkania z Bogiem. I zdaje sobie sprawę, że to spotkanie nie nastąpi jak w bajce - właśnie teraz. W Ewangelii znajdujemy przykład długiego, stanowczego, cierpliwego oczekiwania - starca Symeona, któremu „Zostało (...) objawione przez Ducha Świętego, że śmierci nie ujrzy, póki nie zobaczy Chrystusa Pańskiego” (Łk 2, 26). Oczekiwanie było długie [Jak długo musiał czekać, nie wiemy. Wersję „aleksandryjską” mówiącą, że Symeon, będąc jednym z 70 tłumaczy, którzy tłumaczyli w III wieku p.n.e. Pismo Święte Hebrajczyków na język grecki, odważył się poprawić słynny werset proroka Izajasza „Oto dziewica pocznie i urodzi syna...” (Iz. 7,14) - większość biblistów przyjmuje jako późnośredniowieczne przypuszczenie]. Ktoś inny byłby zmęczony, zniechęcony i zapomniałby. Jednak nie kto inny, ale Symeon otrzymał objawienie. Bóg wiedział, że Symeon nie straci wiary w Jego słowo, że przez te wszystkie lata nie będzie tylko czekał, ale będzie gotowy na Spotkanie; że wytrwałość go nie opuści.

Spotkanie Pańskie, spotkanie z Bogiem, jest inne dla każdego z nas i ma miejsce niejednokrotnie w naszym życiu: jest rozłożone w czasie i za każdym razem obiecuje kontynuację. I za każdym razem oczekuje się od nas wiary - w to, co zostało obiecane przez Boga; skruchy - odepchnięcia, uwolnienia od wszystkiego, co przeszkadza w spotkaniu; i oczywiście wytrwałości. Nie w biernej cierpliwości oczekiwania, ale w pracy nad sobą. Czy oczekiwanie Symeona było bierne? Żył on w trybie duchowych wysiłków, dlatego „Duch Święty był na nim” (Łk 2,25). Oczywiście nie osiągniemy tego, co Symeon, ale my również jesteśmy wzywani do wysiłku, nieważne jak straszne, nieważne jak wstydliwe są dla mnie - zupełnie nie podobnej do ascetów - te słowa. Ale słowo „wysiłek” (cs. podwig) w świętej literaturze teologicznej nie ma patetycznego charakteru i nie oznacza, jeśli dobrze rozumiemy, niczego wielkiego: wysiłek jest wewnętrznym działaniem, ruchem, zdolnością do zmiany czegoś w nas samych. Praca nad sobą wymaga dużej wytrwałości, ponieważ oznacza przede wszystkim dostrzeganie i przyznawanie się do swej grzeszności, cierpliwość, znoszenie tego bólu w sobie, zgodę na życie z nim. Nie bez powodu św. Teofan Pustelnik pisał, że pierwszym rodzajem cierpliwości jest cierpliwość wobec samego siebie. Każdy z nas nieuchronnie staje w obliczu skrajnej bezskuteczności w pracy nad sobą, a nawet, jak się czasem wydaje, bezsilności, by coś w sobie zmienić. Odzwierciedlają to znane nam modlitwy. Rano: „Boże, oczyść mnie grzesznego, albowiem nigdy nie uczyniłem dobra przed Tobą”. Czy Makary Wielki powiedział: „Nie uczyniłem dobra”? Co więc możemy powiedzieć o nas… Wieczorem: „...jeśli nic dobrego nie uczyniłem przed Tobą, to jednak daj mi z Twojej łaskawości, rozpocząć dobre dzieło”. Jeśli św. Jan Chryzostom postrzegał siebie jedynie jako rozpoczynającego, to jak my powinniśmy widzieć siebie? Nie potrzeba zapewne wiele czasu, by popaść w rozpacz.....

Jednak rozpacz jest grzechem i zupełnym przeciwieństwem cnoty cierpliwości. Co czcigodny Jan Klimak pisze o rozpaczy?

„Rozpacz to rozluźnienie duszy, wycieńczenie umysłu, zaniedbanie monastycznego wysiłku, nienawiść do ślubów, upodobanie w doczesności, potępienie Boga, tak jakby był niemiłosierny i niemiłujący człowieka”.

My nie jesteśmy mnichami. Jesteśmy bardzo przyziemnymi ludźmi, których przygnębienie może uspokajać, twierdząc: daj spokój, po co się tak martwić, wszystkie te duchowe wysiłki nie są wcale dla nas, są dla mnichów. Ale, jak w swoim dziele „Jedność ideału Chrystusa. List do przyjaciela” napisał św. męczennik Hilarion (Troicki): chrześcijaństwo nie zna dwóch ideałów życia: pierwszego, większego, wyższego - dla mnichów; drugiego, niższego, mniejszego - dla świeckich. Słowa Chrystusa „Bądźcie więc tak doskonali, jak Ojciec wasz niebiański doskonały jest” (Mt 5,48) są skierowane do wszystkich Jego uczniów, zwłaszcza że w tamtych czasach nie było mnichów.

Jeśli chodzi o bolesną nieskuteczność naszej pracy nad sobą, a nawet naszą bezsilność w niej, wszyscy - zarówno świeccy, jak i mnisi - muszą się z tym zmierzyć. I tutaj powinniśmy pamiętać, że jednym ze znaczeń cerkiewnosłowiańskiego czasownika „znosić” (cs. tierpiet’) jest nadzieja: „Zaprawdę nikt kto ciebie oczekuje nie dozna wstydu; zawstydzą się ci którzy bez powodu popełniają nieprawości” (Ps 24,3). Nasza bezsilność - nie mylić z bezradnością - uczy nas wytrwałości jako nadziei i nadziei jako wytrwałości: zostaliśmy wezwani, aby cierpliwie, dzień po dniu, robić wszystko, co w naszej mocy i mocno ufać, że Bóg zrobi resztę. Każdy z nas musi przejść przez ten łańcuch, który pokazuje nam apostoł Paweł (Rz 5: 3-5):
„A nie tylko to, ale chlubimy się też uciskami, wiedząc, że ucisk wyrabia cierpliwość, a cierpliwość - doświadczenie, doświadczenie zaś - nadzieję, a nadzieja nie przynosi wstydu, ponieważ miłość Boga jest rozlana w naszych sercach przez Ducha Świętego, który został nam dany”.

Czy możliwa jest cierpliwość bez nadziei? Tak, to, co jest bez nadziei, jest również określane tym słowem i jest bardzo powszechne. Ale jest to cierpliwość na zasadzie „Od tego nie uciekniesz”; ono nie osądza, oczywiście, jest konieczne w czysto ziemskim sensie, ale nie przynosi duchowych owoców. Moja babcia, wzdychając, zwykła powtarzać powiedzenie: „Chrystus znosił i nam znosić nakazał”(ros.: Chrystos tierpieł i nam wieleł). Jest w tym trochę prawdy - On rzeczywiście jest dla nas przykładem wytrwałości! Ale jakiego rodzaju wytrwałości? Chrystus, Syn Boży, w przeciwieństwie do nas, był wszechmocny i nie znał bezsilnej cierpliwości. On znosił Swoje cierpienia dobrowolnie; Jego ludzka wola dokonała niezwykle trudnego wyboru. Nieszczęścia i uciski wdzierają się w nasze życie bez pytania nas o zdanie: chodzi o to, jak je traktujemy, jak je znosimy. Cierpliwość, do której każdy z nas został powołany, to znacząca i twórcza akceptacja trudności i smutku, zastępująca rozpaczliwe i pozbawione nadziei pytanie: „Za co?...” pytaniem „W jakim celu?”. Św. Teofan Pustelnik pisze:
„Duchem prawdziwej cierpliwości jest całkowite poddanie się woli Bożej, z gotowością do przyjmowania wszystkiego niczym z ręki Boga, z pełną ufnością, że wszystko to zbawia naszą duszę, choć pozostaje dla nas niewidoczne”.

A jeśli, z Bożą pomocą, udało nam się zebrać to wszystko - jak już zostało powiedziane - w jeden kompleks semantyczny, aby dostrzec wszechstronność i jednocześnie integralność pojęcia „wytrwałość”, to pozostaje nam tylko wziąć klucz do ręki, czyli stwierdzić: ten, kto znajduje w sobie wytrwałość, znajduje Chrystusa. Ja Go jeszcze nie znalazłam. Widzę Go tylko czasami z daleka. Ale jest to już ogromne szczęście. Oby dał mi czas i cierpliwość na dalszą drogę.

Marina Birukova (tłum. Justyna Pikutin)

za: pravoslavie.ru
 
fotografia: jarek /orthphoto.net/