publicystyka: U progu Bożego Narodzenia
kuchnia muzyka sklep ogłoszenia wydarzenia fotogalerie

U progu Bożego Narodzenia

Eva Kyriakopoulou (tłum. Justyna Pikutin), 07 grudnia 2024

Rozmowa z metropolitą Nikolaosem miała miejsce w okresie postu bożonarodzeniowego w programie telewizyjnym „Inny wymiar”. Władyka odpowiadał na pytania przede wszystkim świeckiej publiczności - o tym, dlaczego on, naukowiec-astrofizyk, porzucił karierę naukową, by zostać mnichem, dlaczego warto powątpiewać w Boga i jak znaleźć inny wymiar w codziennym życiu.

Aby wyjaśnić ten świat

- Eminencjo! Wiele osób wie o Twoim wykształceniu: najpierw studiowałeś na Wydziale Fizyki Uniwersytetu w Salonikach, potem na Harvardzie, w Massachusetts Institute of Technology, zajmowałeś się astrofizyką, matematyką, biomedycyną... Czy o czymś nie zapominam?

- Tak było. I to wszystko były świetne doświadczenia.

- Poprzez tak różne i złożone tematy jako młody człowiek poszukiwałeś siebie czy Boga?

- Myślę, że jedno i drugie. Tylko nie nazwałbym tego „poszukiwaniem”, a raczej „pragnieniem”. Pragnienie czegoś nowego, autentycznego, pierwotnego, głębokiego, silnego i właśnie - mojego. Nie potrafię dokładnie opisać, jak i co to było. Dorastałem w rodzinie, w której prawie wszyscy zajmowali się fizyką. Moja mama była fizykiem. Mój tata też, jak uważaliśmy, poświęcił się naukom ścisłym, choć z wykształcenia był humanistą, gdyż ukończył prawo. Ale w domu, dla nas wszystkich, najważniejsze były nauki ścisłe.

- Czy już wtedy czułeś fascynację Cerkwią i Bogiem?

- Nie. W tamtym czasie pociągała mnie nauka, wiedza. Ale dorastałem w rodzinie, która żyła prawdami wiary nie teoretycznie, ale autentycznie, swobodnie i prawdziwie. Ta atmosfera zrodziła we mnie pożyteczne, można powiedzieć, „miłe sercu” wątpliwości. Chciałem doświadczyć tego, co jasno i zdecydowanie wypływa z mojej własnej duszy, nie chciałem nosić przez całe życie „obcej” koszuli, nałożonej mi przez rodziców, nie chciałem żyć w tym, co postrzegałem instynktownie, niesiony emocjami lub z powodu okoliczności zewnętrznych.

- Czy w domu nikt nie ingerował w twoją wolność wyboru?

- Mój ojciec sam był bardzo kochającym wolność człowiekiem i nigdy w żaden sposób nie ograniczał wyboru i powołania swoich dzieci. Ale po prostu, gdy ktoś w rodzinie zajmuje się fizyką, to drugi też zostaje fizykiem, jeden pociąga za sobą drugiego... Atmosfera w naszym domu była taka, że zarówno ja, jak i moi bracia i siostry odnaleźliśmy swoją autoekspresję poprzez fizykę.

- Kiedy po raz pierwszy poczułeś powołanie?

- Nie poczułem powołania, ale jak już powiedziałem w czasach studenckich przeszedłem przez okres dobrych wewnętrznych wątpliwości (chcę to podkreślić!).
Moment prawdy badawczej był dla mnie bardzo ważny w tamtym czasie. Kiedy studiowałem w Ameryce, zrozumiałem, że trzeba wyznaczyć sobie cel i do niego dążyć. Cel wydawał mi się czymś ogromnym, wielkim, wypełniającym mnie od środka. I pewnego dnia - pamiętam ten dzień: 1 lutego 1984 roku - nadszedł taki moment: osiągnąłem cel badań. Było to dla mnie niesamowicie silne przeżycie! Ale, co dziwne, nagle poczułem, że w mojej duszy jest jakaś pustka. Chociaż osiągnąłem swój cel naukowy, a nawet więcej: wynik przekroczył wszystkie moje oczekiwania (zdarza się to w nauce: wyznaczasz cel, prowadzisz badania, a dopiero potem zdajesz sobie sprawę, że uzyskany wynik jest znacznie bardziej znaczący niż to, czego się spodziewałeś). I tak, pomimo tego wszystkiego, czułem, że jest we mnie pustka, która czeka na wypełnienie.

- Czy została ona wypełniona przez studia na wydziale teologicznym?

- Nie. Nie miało to nic wspólnego ze studiami, ale z poszukiwaniem Boga i życiem w Cerkwi. Przed moimi oczami pojawiały się wspaniałe przykłady żywego, autentycznego, prawdziwego słowa wiary, na które moje serce było zawsze otwarte. Urodziłem się w Salonikach, a w latach studenckich podczas wakacji odwiedzałem Świętą Górę Athos, spędzałem tam kilka dni, poznawałem starców. A jednak moje serce milczało. Patrzyłem na monastycyzm jak na coś dobrego, czemu ludzie się poświęcają, ale coś zupełnie nie dla mnie. Święta Góra dała mi osobiste doświadczenie wiary, wspomnienia, obrazy, które pojawiły się w odpowiednim momencie.
Potem, w 1984 roku, poczułem, że nauka to ciekawa rzecz, którą naprawdę chciałem robić w życiu i nie zamierzałem z niej rezygnować, ale nagle obok nauki pojawiło się coś piękniejszego, wypełnionego niesamowitą treścią, autentycznego i zupełnie innego. I to mnie przekonało. Poza tym zawsze zdawałem sobie sprawę, że nie mogę wyjaśnić tego świata tylko za pomocą nauki.

- A czy teraz, Władyko, go wyjaśniłeś?

- Teraz nie chcę go wyjaśniać. Teraz zacząłem go kochać bez wyjaśnień. Tak naprawdę stałem się bardziej świadomy tego świata. Świat, który jest tylko myślami i uczuciami, równaniami i dowodami, naszym osobistym doświadczeniem, jest bardzo ograniczony, nie odpowiada na prawie żadne pytania poznawcze. Ale istnieje świat, który może zabrać cię poza twoje doznania, uwolnić cię z więzienia wąskiej logiki twoich dowodów. I ten inny świat może poprawić wiedzę naukową o świecie pierwszym.

- Więc jeden pomaga drugiemu?

- Tak właśnie się czuję. Jestem bardzo szczęśliwy, ponieważ Bóg dał mi intuicyjne zrozumienie, że prawda leży w Cerkwi.

Jeśli to nie objęcia, to nie jest to Cerkiew

- Kiedy Władyko podjąłeś decyzję o dołączeniu do Cerkwi?

- Podjąłem ją w ciągu 23 dni. Minęły 23 dni od momentu, gdy ta myśl przeszła mi przez głowę, do chwili, gdy nic innego nie zaprzątało mi głowy. Postanowiłem zawrócić koło życia, zaryzykować i popłynąć w zupełnie innym kierunku. I chwała Bogu za to.

- Czy w ciągu tych 23 dni poczułeś kiedykolwiek potrzebę wycofania się?

- Tak, czułem. To było silne, racjonalne pragnienie. Nagle przyszła mi do głowy taka myśl: A co, jeśli wszystko, co nazywamy Cerkwią, nie jest tym, co widzimy: dobrodusznymi duchownymi z brodami, w sutannach, ikonami, kadzidłem, świecami i łampadkami - a jedynie organizacją typu religijnego, która istnieje po to, by ukryć psychologiczną niepewność ludzi, ich lęki, zmartwienia, poczucie niepewności i nic więcej tam nie ma...? Jestem więc bardzo wdzięczny Bogu i ludziom, których spotkałem w młodości: dzięki nim myśli o głębszych rzeczach w okresie moich „błogosławionych wątpliwości” wzięły górę. Kiedy zacząłem myśleć o życiu mniszym, natychmiast postanowiłem porzucić naukę. Pierwszą rzeczą, którą musiałem zrobić, było porzucenie idei (do której w tamtym czasie już się przyzwyczaiłem) siebie jako naukowca. Zawód naukowca był dla mnie łakomym kąskiem i wydawał mi się niezbędny. Nie ma w tym nic złego i do dziś lubię śledzić naukowe kroniki. To rozjaśnia moje życie, jest słodką przyprawą mojej prawdy.

- Co dziś powinna symbolizować Cerkiew?

- Ona nie musi niczego symbolizować, ona musi istnieć. „Symbol” to pewien obraz, idol. A „być” to sama istota.

- Pisałeś, że Cerkiew powinna być „objęciem...”.

- Jeśli nie jest objęciem, to nie jest Cerkwią. Jest natomiast plagą, literą prawa, wyrokiem, hiperbolą formy. Nie ma to nic wspólnego z prawdą. Natomiast Cerkiew jest tym, co wskrzesza, oświeca, wyzwala, objawia człowieka. Wyobraźmy sobie, nie racjonalnie, ale zmysłami: świat spoczywa w ramionach Boga. Bóg jest Tym, który ofiarowuje się człowiekowi. Czyż nie jest to wspaniałe? Opuścić ten świat i posmakować trochę innego życia? Moim zdaniem tak. A jeszcze wspanialsze jest regularne doświadczanie innej rzeczywistości. Prawdą jest, że nasze życie jest zdominowane przez racjonalne postrzeganie, które nam to uniemożliwia. Cerkiew pozostaje więc dla nas czymś, co jest częścią naszej kultury i tradycji, czymś obłudnym, skrywającym wiele niedoskonałości.
Pewnego dnia, na zaproszenie uczniów, odwiedziłem ich szkołę. Odbyliśmy bardzo interesującą rozmowę. Jedno z dzieci zapytało: „Wybacz moje pytanie, ale mówią, że ostatnio wielu ludzi zwróciło się ku religii. Myślisz, że to prawda?”. Odpowiedziałem: „Religia jako taka mnie nie interesuje. Czym jest religia? Religia to sytuacje, gdy „nadchodzi czas egzaminów, matury lub egzaminów wstępnych na uniwersytet, a nie jestem dobrze przygotowany, idę postawić świeczkę dla Boga, aby pomógł mi zdać egzamin”. Ale takiego Boga nie ma! Religia oznacza też, że wycisnąłem sobie pryszcza, boli, nie mogę spać przez całą noc, przykładam ładankę do bolącego miejsca, biegnę do lekarza, robię wszystko co możliwe, z trudem to wytrzymuję i wyobrażam sobie takiego Boga, który zaraz się pojawi i rozwiąże mój problem. Ale takiego Boga też nie ma.

Bez Boga śmierć jest pozbawiona sensu

- Są poważniejsze sytuacje, Władyko. Gdzie jest Bóg, gdy ludzie tracą dzieci lub gdy dzieci cierpią na nieuleczalne choroby? Napisałeś o człowieku, który wznosi oczy ku niebu i woła: „Dlaczego mnie to spotyka, Panie?”. To jest wyrzut.

- To wyrzut, a mogło to być pytanie. Żadna z tych rzeczy nie jest zła. Jest to po ludzku zrozumiałe. Jak mogło mi się to przydarzyć?! W epilogu książki, do której się odnosisz, opowiadam o spotkaniu z umierającą dziewczynką. Powiedziałem do niej: «Czy mogę zadać ci pytanie? (zrodziło się we mnie wtedy zwątpienie w Boga...) Czy kiedykolwiek zadałaś sobie pytanie: „Dlaczego to mi się przydarzyło, Boże?”?» «Nie - odpowiedziała. - Ojcze, za każdym razem zadawałam sobie pytanie: „Dlaczego to spotkało nie mnie, Boże?”. I oczekuję nie śmierci, ale oświecenia».
To są drzwi, przez które Bóg komunikował się z tą dziewczynką. Bóg, w którego teraz wątpimy, ze śmiercią i wszystkim innym, nie istnieje. Czy mógłby istnieć Bóg, który pozwoliłby na śmierć (w naszym rozumieniu)? Dla mnie znaczenie śmierci bez uznania istnienia Boga jest niewytłumaczalne!
Wyobraźmy sobie nasze życie. Jestem byłym astrofizykiem i dlatego wiem: żyjemy w świecie kolosalnych odległości. To niewiarygodne! Powiem ci teraz, jak ogromny jest świat. Światło, które ma bardzo dużą prędkość, dociera w ciągu około sekundy z Księżyca na Ziemię, a pokonanie odległości od Słońca do Ziemi zajmuje mu około 8 minut. Z bardziej odległej planety zajmuje to 3,5 godziny. Od „pierwszego Słońca”, które jest poza naszym układem słonecznym, dociera w 3,5 roku. Nasza galaktyka jest tak duża, że zawiera 200 miliardów gwiazd. Średnica galaktyki wynosi około 100 000 lat świetlnych, co oznacza, że światło potrzebowałoby 100 000 lat, aby ją przebyć. We wszechświecie istnieje 100 miliardów takich galaktyk. Albo weźmy czas: mówi się, że wszechświat ma 13,7 miliarda lat. To są niewyobrażalne wielkości!

- Ale jakie w tym pocieszenie dla nas?

- Pozwól, że dokończę. Żyjesz 70, 80, 100, powiedzmy 200 lat, ale nie więcej! Ja też. Mam teraz 53 lata i kończę już swą życiową podróż. Moja droga to mniej niż punkt. Istnieje śmierć, której nie możemy określić: nie wiemy, kiedy nadejdzie, ani w jaki sposób. Wiemy tylko, że na pewno nadejdzie. Czy możliwe jest, aby twoje życie było tym „niczym”? Jeden ze znanych fizyków powiedział, że stworzyliśmy teorię wszystkiego, zgodnie z którą jesteśmy wynikiem redystrybucji cząstek z niczego. To tragedia! Wydaje mi się, że takie teorie sprawiają, że rozumiemy bardzo niewiele z tego, co moglibyśmy zrozumieć o świecie; one oddalają nas od założenia, że istnieje coś wielkiego, ukrytego przed nami i poza naszym pojęciem, a w co my sami możemy się wkomponować. A taki pogląd mógłby uruchomić w nas inną logikę i ustanowić naszą więź z Bogiem!

- Jak przeżyć ból rozstania z ziemią, nawet jeśli wierzymy w życie po śmierci? I jak przetrwać ból po stracie ukochanej osoby?

- Myślę, że musimy pozwolić sobie przeżyć ten ból. Ból jest świadectwem naszej miłości. Kiedy mieszkałem w Ameryce, często zmieniałem mieszkania. Podczas każdej przeprowadzki czułem się, jakbym musiał wyrwać z korzeniami swoją duszę ze znajomego otoczenia. Kochałem moje ściany, meble, pokoje i sposób, w jaki moje rzeczy, zdjęcia, książki, przedmioty były w nich ułożone - byłem do nich przywiązany. O ile bardziej jesteśmy przywiązani do człowieka! A jeśli jest to twoje dziecko, które wychowałaś... Marzyłaś o jego przyszłości, planowałaś jego życie, przytulałaś je i trzymałaś w ramionach - a teraz opuszcza cię na twoich oczach! Czy można nie czuć bólu z tego powodu?!

- Jest jeszcze gorzej, jeśli ono cierpi na twoich oczach. Pewnie powiesz, że to próba.

- To nie ja ci powiem: próba. To prawdziwa próba, ogromna, czasem nie do zniesienia. Ani sobie ani nikomu nie życzyłbym tego doświadczenia - doświadczenia cierpienia bliskiej osoby. Ale jest to rzeczywistość mająca miejsce w naszym życiu. I poprzez ten ból widzimy - przynajmniej ja widzę - wielką miłość do osoby, która cierpi, i współczuję jej. I to jest świadectwo miłości. Rozumiesz? Pytanie brzmi, jak zaszczepić w swym bólu odrobinę nadziei.

- Co pomaga nam dostrzec tę perspektywę?

- Wiara. I nie liczy się to, co nam pomaga, ale to, co nie pozwala nam jej dostrzegać! Nasz czas jest bardzo racjonalny. Naszymi przyjaciółmi są równania i dowody, ale nie jest to jedyny sposób poznania. Jest jeszcze inna wiedza - uniżenie się przed tym, co wielkie i nieznane, a co nas otacza. Podam przykład. Dzięki dzisiejszej fizyce możemy zobaczyć, zrozumieć i wyjaśnić bardzo mały wycinek wszystkiego. Na przykład wszechświat tylko w 4% składa się z materii widocznej przez teleskopy, radioteleskopy, promienie gamma. 23% to ciemna materia, a 73% to ciemna energia. Tak w ostatnich latach twierdzą naukowcy. I w tym właśnie tkwi tajemnica: nie w 4%, które widzimy, ale w 96%, których nie dostrzegamy.

Bóg sługa, Bóg psycholog, Bóg prawdziwy

- To wiesz Ty, Władyko, ponieważ masz specjalistyczne wykształcenie. Jednak jak zwykły człowiek, który nie ma tej wiedzy, który nie prowadzi tak bliskiego dialogu z Bogiem, może odczuwać to, co istnieje poza światem, w którym się znajduje?

- Odpowiedź jest bardzo prosta. Sto lat temu Grecy, którzy żyli tam, gdzie my żyjemy dzisiaj, z pewnością nie posiadali wiedzy, o której ci właśnie powiedziałem, ani też przeszkód, z którymi boryka się współczesny człowiek. Mieli wiarę, która dawała im znacznie większy komfort w porównaniu z tym, co mamy my. W naszych czasach nie jesteśmy w stanie znieść cierpienia, które ludzie wcześniej znosili.

- Dlaczego tak się dzieje? Czy nasze życie stało się łatwiejsze?

- Nasze życie stało się bardziej samolubne. Kierujemy się naszymi pragnieniami. Chcę tego, czego chcę i będzie tak, jak chcę. A jeśli to nie działa w ten sposób, nie zgadzam się na to. To efekt logiki opartej wyłącznie na tak zwanych prawach człowieka. I jakie to wspaniałe, gdy można się uniżyć, ograniczyć swoje ego i zobaczyć to, co widzieli nasi przodkowie. Oni z mniej przeciążonym intelektem byli o wiele bardziej spełnieni wewnętrznie niż my.

- Być może, aby to osiągnąć, trzeba poszukiwać tego wewnętrznie?

- To, o czym mówisz, to podejście stochastyczne: oto siedzę i myślę o znalezieniu Boga. Ale jest coś, co jest bardziej dostępne dla każdego, proste, praktyczne i produktywne - mieć nieco filozoficzny sposób myślenia. Pozwoli to nam widzieć rzeczy w prostocie, pokorze i autentyczności. Bez pychy i pretensji. Jak ta mała dziewczynka... miała ogromną pokorę. Kiedy mówię: „Dlaczego to spotkało mnie, a nie mojego bliźniego?” - to pycha. Albo: „Dlaczego Bóg tak ze mną postąpił?”. Bóg tego nie robił! Jest jakaś sytuacja, ty w nią trafiasz i prosisz Boga o pomoc.

- Dlaczego większość ludzi przychodzi do Boga, do Cerkwi, do wiary w trudnych sytuacjach, kiedy muszą prosić o pomoc, a nie w pomyślnych momentach życia?

- Myślę, że dzieje się tak, ponieważ chcą tego, o czym już mówiłem. W Cerkwi szukają Boga-psychologa. Ja znalazłem Boga w moim szczęściu, w moim sukcesie, który mnie nie przepełnił. Bóg okazał się większy niż mój sukces. Czytając teksty świętych, gdzie opisują swoje doświadczenie Boga, każdy widzi, że jest brama, która prowadzi do Boga przez radość, wolność, pokój i zaufanie. Są też inne, które prowadzą człowieka przez próby, trudności i smutki. Obie bramy prowadzą do Boga. Wyobraźmy sobie biskupa, który jest w trudnej sytuacji i może zwrócić się do Boga tylko słowami: „Jestem sam, jestem nagi, nie mogę tak dalej, pomóż mi, potrzebuję Twojej obecności”. I poczuje ją, tę Bożą obecność, poprzez pocieszenie. To coś niesamowitego!

- Zazwyczaj człowiek odczuwa obecność Boga, gdy to, o co Go poprosił, zostaje spełnione. Czyż nie?

- Tak właśnie jest. Doświadczamy cudu i spełnienia tego, o co prosiliśmy, gdy Bóg jest naszym sługą. Mamy żądania, On przychodzi i je spełnia, a jeśli tego nie robi, jesteśmy z Niego niezadowoleni.

- Zwykle składamy Bogu obietnice, a jeśli potem nic się nie zmienia, narzekamy, że Boga nie ma, a jeśli to, o co prosimy, się spełnia, to uznajemy, że On istnieje.....

- Jest to „bóg-sługa”, „nasz własny bóg”, stworzony z bardzo ludzkiego materiału. Ten bóg nie jest Bogiem Objawienia. Prawdziwy Bóg nie jest jakąś „wyższą mocą”, ani „wyższym znaczeniem”, ani „dobrem”. Jest Osobą, Która jak magnes przyciągnęła mnie do Cerkwi. To Bóg jako Osoba.

Wielkimi krokami zbliża się Boże Narodzenie, i nie obchodzimy go po to, by urozmaicić nasze życie. Co mówi nam Boże Narodzenie? Bóg stał się Człowiekiem! Jeśli zdasz sobie z tego sprawę, będziesz zaskoczony!

z metropolitą Mesogei i Lawreotiki Nikolaosem
rozmawiała Eva Kyriakopoulou

tłum. Justyna Pikutin

za: pravoslavie.ru 

fotografia: levangabechava /orthphoto.net/