publicystyka: Pragnienie Obecności

Pragnienie Obecności

Gabriel Szymczak, 12 maja 2024

Mieszkamy na tyle daleko od miasta, że nocą jego światła docierają do nas zaledwie jako delikatna poświata. Nie odbierają nocy siły jej ciemności. Zdarza mi się niekiedy wykonywać poranny obrządek w koziarni jeszcze wtedy, gdy ta ciemność dominuje. Wokół panuje cisza, z rzadka przerywana odgłosem jakiegoś przemykającego zwierzęcia. Jeśli niebo jest bezchmurne, widać na nim tysiące gwiazd i te same, przemieszczające się nad nami gwiazdozbiory. Przy odrobinie szczęścia – przelatujące satelity lub meteory.

Mrok nocy z jednej strony trochę przeraża, zwłaszcza jeśli w świetle latarki gdzieś błysną czyjeś oczy. Jednak ma swój niepowtarzalny urok. Można w nim odnaleźć spokój, równowagę i niezmienność. Patrząc w gwiaździste niebo, widzisz Tego, który je stworzył, z całą jego regularnością, dostojeństwem, potęgą. Nie ma w nim nic przypadkowego. Wszystko ma swoje miejsce, wszystko przemieszcza się zgodnie z odwieczną, przez Stwórcę ustanowioną zasadą. Migotanie gwiazd, z których części już przecież nawet nie ma, lecz ich światło nadal do nas dociera, jest jak Jego stwierdzenie – Jestem.

Rozgwieżdżone niebo. Gdzie indziej morskie fale regularnie i odwiecznie uderzające w brzeg. Delikatne poruszenia drzew smaganych wiatrem. Zasiane ziarno zboża, na początku niewidoczne, które pewnego dnia zaczyna wybijać i wbrew zmiennej pogodzie z determinacją pnie się do góry. Las, który z bezlistnego nagle zaczyna nabierać koloru, by którego ranka wybuchnąć pełnią zieleni, aż człowiek się zastanawia, kiedy to się stało...

Kto ma oczy, niechaj patrzy… Świat nie jest chaosem, niepoukładanym dziełem przypadku. Świat ma swego Twórcę. Powołał go z nicości, ustanowił jego zasady i wewnętrzny porządek. Swą Opatrznością utrzymuje go w trwaniu, choć jedno z Jego stworzeń – człowiek - wiele robi, by to zmienić. Zaprzecza nawet istnieniu swego Stworzyciela, lecz o Nim nawet „kamienie wołać będą” (Łk 19, 40).

Żywa obecność Boga widoczna jest w Jego dziełach. My pragniemy ją odczuwać także w sobie. Mieć doświadczenie Jego bliskości, mistycznego dotyku, jakby złożenia Jego niewidzialnych dłoni na naszych ramionach. Doznawać czegoś, co w pewien fizyczny sposób będzie dowodem na Jego istnienie. To coś, czego pragnie zapewne każdy wierzący…

Pamiętam przejmujący fragment kazania władyki Jakuba, w którym właśnie o tym mówił. Że niekiedy czujemy Boga tak bliskiego, jakby nas Sobą obejmował, jakbyśmy byli w Nim cali zanurzeni. Mamy poczucie wręcz zjednoczenia z Nim. Ale to rzadkie chwile. Przeważnie nie czujemy nawet najdelikatniejszego muśnięcia Jego obecnością. Pragniemy tego, ale nie otrzymujemy. Modlimy się o to, ale On jakby jest od nas daleko. Możemy w swoim życiu nawet nigdy nie doświadczyć tak bliskiego kontaktu z Nim. Czy porzucić nadzieję? Czy przestać wierzyć, idąc za odczuciem pustki? Choć czasem wydaje się to być ponad nasze siły, musimy walczyć o to, by pragnienie tego kontaktu jednak w nas trwało, by nie ogarnął nas chłód zniechęcenia, by nie ulec pozbawionej nadziei rozpaczy.

Często widzimy Boga, czujemy Go, bardziej pośrednio - w różnych życiowych sytuacjach, których bieg nazywamy Bożą Opatrznością. W nagle otrzymanej pomocy – jakby znikąd; w ostrzeżeniu – jakby danym z nieba; w niespodziewanym zrozumieniu sensu czy celu wydarzeń, dotychczas pozostających zagadką.

Niekiedy jedno muśnięcie Bożej dłoni w taki właśnie, pośredni sposób, wystarczy, byśmy zupełnie odmienili swoje życie czy aby nabrało ono kolorów, wartości, znaczenia. Abyśmy nagle zrozumieli, że nie jesteśmy sami, porzuceni, stworzeni przez i z bezdusznej materii, przeznaczeni do krótkiego zaistnienia i późniejszej nicości. Byśmy w każdym kolejnym wyzwaniu, problemie przypominali sobie, że Ktoś przy nas jest i nawet jeśli wszystko wydaje się walić – Ten Ktoś strzeże stałości fundamentu.
Czasem mówimy, że to wszystko to tylko zbieg okoliczności, przypadek. Ale ponoć przypadek to Bóg, przechadzający się incognito...

Bóg wydaje się najczęściej nie działać przy wtórze trąb i trzęsienia ziemi. Choć najpotężniejszy, to jest w Swym działaniu delikatny i subtelny, nie przytłacza Sobą człowieka. Nie tłamsi naszej wolności, lecz zaprasza do Siebie. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że każdy, kto wierzy, ma za sobą bezpośrednie spotkanie z Bogiem. Bez niego nie może być wiary – wiara jest relacją pomiędzy Bogiem i człowiekiem, potrzebne są do niej dwie strony. Najwyraźniej widać to u ludzi nawróconych w wieku dorosłym, którzy są świadomi zaistnienia Bożego dotknięcia w swym życiu i z przekonaniem wybierają drogę wiary. Ale to samo, może w mniej widoczny czy odczuwalny sposób, dotyczy tych, którzy wyrośli w rodzinach religijnych – wiary nie przejmiesz od rodziców, ich wiara może pomóc narodzić się twojej, ale u jej podstaw zawsze będzie nawiązanie twojej własnej relacji z Bogiem.

Przypomniałem sobie niedawno film „Risen” (Zmartwychwstały). Jego bohaterem jest rzymski trybun Klawiusz, który otrzymuje misję uspokojenia sytuacji w Jerozolimie po ukrzyżowaniu 3 mężczyzn, w tym jednego nazywanego królem Izraela. Kiedy dociera na Golgotę, widzi wiszącego na krzyżu już martwego Jezusa. Film jest oczywiście fikcją, ale ciekawie pokazuje reakcję człowieka zderzonego ze zmartwychwstaniem i jednocześnie ze swoim dotychczasowym życiem, dalekim od przynoszącego zadowolenie. Ostatnia scena to pytanie zadane przez oberżystę, któremu Klawiusz opowiedział historię swego spotkania z Jezusem, apostołami i wspólną podróż ku Wniebowstąpieniu: „Trybunie, czy naprawdę w to wierzysz?” I odpowiedź: „Wierzę… że już nigdy nie będę taki sam…”

Bóg zmienia. Bóg nadaje sens, choć i prowokuje do pytań i poszukiwań. Bóg się objawia – i niekiedy chowa. Bóg wydaje się chcieć, byś Go stale poszukiwał, byś ku Niemu biegł z tylko jednym celem – odnaleźć Go. Być bliżej. Rozpoznać Go we wszystkim, co wokół ciebie – i we wszystkich. Bóg nie jest Bogiem jednego spotkania i jednego poznania, On jest Bogiem nieustannego dążenia, kolejnych kroków, Bogiem życia – a życie to ruch, to działanie. Nigdy nie powinieneś pozwalać sobie na stwierdzenie „już Go znam” - bo Go nie znasz, bo On potrafi zaskoczyć, zadziwić, potrafi otworzyć twe oczy i serce na coś zupełnie nowego, zażądać od ciebie więcej – bo możesz to zrobić. Bo jest to do czegoś potrzebne. A jeśli któregoś dnia wyda ci się, że zniknął, że się ukrył – to tylko zachęta do nowego wysiłku, do powrotu do poszukiwań. Koniec końców, samo poszukiwanie jest odnajdywaniem (rabin Menachem Mendel Morgenstern z Kocka).

Kiedy więc czasem jedyne, czego doświadczasz, to opuszczenie, to przekonanie, że Boga jednak nie ma, że wszystko jest ulotną marnością, a wieczność to złudzenie – wyjdź w ciemność bezchmurnej nocy. Zanurz się w niej razem ze swoim lękiem, beznadzieją, samotnością, poczuciem porzucenia, zniechęceniem. Spójrz w górę, na gwiazdy. Daj sobie chwilę na przyzwyczajenie do nich wzroku. Skoncentruj się na nich. Zobacz ich migotanie, każdej z osobna i wszystkich razem. To sekretny, Boski alfabet Morse’a. One mówią w Jego imieniu - Ja Jestem. Nie bój się, nie trać nadziei – bo Ja Jestem. I choćbyś nawet tego nie czuł, zawsze Jestem obok ciebie.

Gabriel Szymczak

fotografia: levangabechava /orthphoto.net/