publicystyka: Druga szansa

Druga szansa

Gabriel Szymczak, 24 maja 2024

To musi być opowieść osobista. Jej celem nie jest jednak pokazanie jakiegoś własnego osiągnięcia, bo go tu po prostu nie ma. To tylko historia, pokazująca sposób działania Boga – historia, do której podobną mógłby opowiedzieć pewnie każdy.

Łączą się w niej dwa wielkie święta, Boże Narodzenie i Wielkanoc. Wydarzyła się kilka lat temu, w obu przypadkach po sobotnim czuwaniu w białostockim soborze, pod pobliskim sklepem.

Najpierw było Boże Narodzenie, pozostały jeszcze do niego 2 lub 3 tygodnie. Trwał już okres zakupowej gorączki i pełnych wózków. Kiedy szedłem do wejścia, moją uwagę przykuła samotna, starsza kobieta, stojąca przy koszu na śmieci przy drzwiach. Wyglądała, jakby na kogoś czekała. Patrzyła nienachalnym spojrzeniem na wchodzących i wychodzących. Minąłem ją, wszedłem do sklepu.
Kiedy wychodziłem, nadal tam stała, w tym samym miejscu. Tak samo cicho i spokojnie patrzyła na ludzi. Poszedłem do samochodu, zapakowałem torby do bagażnika, odprowadziłem wózek. U niej nic się nie zmieniło. Nadal tam była i nadal patrzyła.

Czasem pojawia się taki impuls, że wiesz nagle, że coś jest nie tak, że coś jest inaczej, niż pozornie się wydaje. To była taka sytuacja. Zrozumiałem, że ona na nikogo nie czeka, poprawka – nie czeka na kogoś konkretnego, kogoś, z kim przyszła. Wyglądała „normalnie”, zwyczajnie, więc to nie alkohol ani nie choroba ją tam postawiły. Cel jej obecności był inny.

Siedziałem w samochodzie, patrzyłem na nią w lusterku, w głowie biegały myśli – co robić? Skląłem samego siebie za wyczulenie na takie sytuacje, bo gdybym nie zauważył – miałbym spokój.

Wiedziałem, co powinienem zrobić – podejść, zapytać czy wszystko jest w porządku, czy czegoś potrzebuje. Ale czasem wiedzieć a zrobić – to dwie różne rzeczy. Wybrałem odjechanie z tego miejsca.

Czy to był łatwy odjazd? Nie. Czułem się jak jakaś łajza, jak tchórz, który być może zostawił za sobą kogoś w potrzebie. Oczywiście nadal pojawiała się myśl, że może jednak się mylę, może rzeczywiście na kogoś czekała – ale bądźmy szczerzy, to było szukanie usprawiedliwienia za wszelką cenę…

Oddalałem się od sklepu coraz bardziej, lecz coraz mocniej też kiełkowała w głowie inna myśl – jaki ze mnie chrześcijanin? Czym jest moje chrześcijaństwo, jeśli widząc innego – udaję, że go nie ma; czując, że coś jest nie tak – zaprzeczam temu; jeśli słyszę w głowie słowa Ewangelii …. - i przykrywam je usprawiedliwieniem, że przecież są też inni, którzy mogą pomóc, a poza tym to mogła też być jakaś choroba i co bym wtedy zrobił… I to wszystko na domiar złego zaraz po cerkwi...

To jedna z takich podróży, kiedy 40 km do domu wydaje się jazdą na kraj świata, wypełnioną wstydem, żalem do samego siebie, narastającą pewnością, że tylko pozornie jestem wierzącym. Wybieram z wiary to, co łatwe, przyjemne, takie czyste – lecz wyzwania i trudy omijam szerokim łukiem.

Ta sytuacja we mnie pozostała. W kolejną sobotę, choć niczego nie potrzebowaliśmy, pojechałem do tego samego sklepu. Szukając tej kobiety. Czując zażenowanie, czując, że wydarzyło się coś, co nie powinno mieć miejsca. Pojechałem, chcąc to naprawić, jeśli byłoby to możliwe.

Nie było. Nie było jej tam. Nie widziałem jej też w kilka innych sobotnich wieczorów, kiedy podjeżdżałem tam na zakupy lub żeby sprawdzić, czy jest. Pozostałem z pamięcią o niej i moralnym kacem co do samego siebie.

Szansę na naprawienie błędu dostałem przed Wielkanocą. Znowu sobota, znowu gorączka zakupów – i znowu ta sama kobieta, w tym samym miejscu. A we mnie szok i radość pomieszana ze strachem – bo jeśli nie teraz, to kiedy? Ale nadal nie jest to przecież łatwe…

Nie jest łatwe, bo musisz podejść do obcego człowieka, nawiązać kontakt, zapytać, zareagować, coś zrobić. Całe lata przesiedziałem w pracy z ludźmi, niejedno trudne doświadczenie za mną, ale czyste i sterylne biuro a śmietnik pod sklepem i obca osoba – to coś zupełnie innego.

Jednak wróciła ta „wredna” myśl – jesteś rzekomo chrześcijaninem… udowodnij, że „rzekomo” trzeba skreślić. Jeśli nie udowodnisz – ale rób to dla niej, a nie dla siebie, dla własnego dobrego samopoczucia i podbudowania naruszonego przedtem ego – to zapomnij o Bogu, Ewangelii, Jezusie. Bo niczego się nie nauczyłeś, niczego u siebie nie zmieniłeś, a wiara – to jedynie bajka o tym, jaki to jesteś cudowny, bo niby poznałeś Boga…

Podszedłem do tej pani i zapytałem, czy w czymś mogę pomóc. Brzmi lekko, ale to było chyba najtrudniejsze kilkanaście kroków i „dobry wieczór” w moim życiu… Okazało się, że stoi tam w nadziei, że dostanie coś do jedzenia, coś na święta, że ktoś jej coś da, bo jej nie stać na świąteczne zakupy. Tak po prostu… Tyle że szanse na to są marne, jeśli się aktywnie nie zaczepia ludzi, nie prosi, tylko stoi i patrzy.

Zaproponowałem, że wejdziemy do sklepu razem i zrobię dla niej zakupy. Podziękowała i odmówiła – bo już ktoś inny coś dla niej miał kupić, więc ona na niego poczeka. Poprosiłem, żeby w takim razie poczekała i na mnie, bo coś też dla niej kupię. I tak zrobiłem. Przekazałem jej zakupy, faktycznie – miała już w ręku torbę z czymś w środku; życzyłem dobrych świąt i pojechałem do domu.

Czy była we mnie wtedy radość? Czy byłem zadowolony, wniebowzięty? Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie. Oczywiście, że to był dobry wieczór, że roznosiła mnie energia i poczucie szczęścia. Dałem radę. Coś zrobiłem.

Pierwsze słowa, z tej radości wypowiedziane w samochodzie na głos, były skierowane do Boga. Po tych poprzednich świętach, ilekroć jechałem do tego sklepu, prosiłem, by dał mi szansę naprawić ten błąd. Bym mógł się „zrehabilitować”. Teraz mogłem Mu podziękować, że zostało mi to dane, i że był przy mnie.

Ta pierwsza sytuacja pokazała mi prawdziwość słów św. Pawła z listu do Rzymian 7,19: nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę. Choć niby będący blisko Boga, w chwili (drobnej) próby nagle straciłem Go z oczu. Wydawało mi się, że jestem gorliwym wyznawcą, ale było tak jedynie w sferze myślenia. Nie popełniłem czynem jakiegoś zła, ale czymże innym jest zaniechanie? Wszak napisano: Bądźcie więc wykonawcami Słowa, a nie tylko słuchaczami, oszukującymi siebie samych (Jk 1, 22).

Jesteśmy mocno skoncentrowani są sobie i swoich sprawach. Gonimy za sukcesem, za własnym bezpieczeństwem – finansowym, zawodowym, rodzinnym. Nie lubimy, gdy coś lub ktoś krzyżuje nasze plany, nie chcemy tracić kontroli. Nasze życie w dużej części jest już wirtualne – żyjemy w sieci, zawieszeni na komórce, z wypiekami śledzimy życie tych, którzy się wybili, odnieśli sukces – i chcemy tak samo. Nasze serca krwawią, gdy widzimy smutne i tkliwe filmiki z cierpiącymi dziećmi czy zwierzątkami, i „pomagamy”, klikając udostępnij. Po czym idziemy dalej, do kolejnego wpisu, kolejnego filmu i już nawet nie pamiętamy, co udostępniliśmy.

Tymczasem to prawdziwe życie toczy się obok nas - dobre i złe, pełne radości i cierpienia, czyste i brudne. Obok nas są ludzie, których z tłumu „wyłuskiwał” Jezus, do których szedł nie tylko po to, by im pomóc, ale by przez nich pokazać nam – teraz - co jest ważne. Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci Moich najmniejszych, Mnie uczyniliście… Czegokolwiek nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, Mnie nie uczyniliście… (Mt 25, 40; 45)

Był pewien człowiek bogaty […], nędzarz zaś pewien, imieniem Łazarz, leżał porzucony u jego wrót (Łk 16, 19-20). Wrota to wejście do domu, bogacz musiał przez nie przechodzić, powinien więc widzieć owego nędzarza. Ale skoro był bogaty, może nie przechodził, a był niesiony w lektyce, której boki były zasłaniane firankami, żeby niesiony mógł się odciąć od zewnętrznego, zbyt plugawego jak na jego pozycję świata, żeby mógł pozostać nim nieskażony. Wtedy nie widzisz tych w potrzebie, nie widzisz cudzego bólu, braków. Nie musisz się zastanawiać, co zrobić, nie masz wyrzutów sumienia. Może czasem, słysząc gwar za „oknem” lektyki, wyciągniesz rękę i sypniesz drobniakami niewidocznym biedakom – i poczujesz się jeszcze lepiej, bo jesteś miłosierny…

Sztuką dzisiaj jest dostrzec człowieka. Mijamy dziesiątki, setki ludzi, mijamy tłum – ale nie widzimy osoby. Widział ją natomiast Jezus – gdy pośród napierających na Niego ludzi wyczuł ujście Swej mocy do jednej, konkretnej kobiety z krwotokiem. Nie liczył się tłum, ważna była ona jedna.
Sztuką jest zatrzymać się w pędzie, by towarzyszyć, choć przez chwilę, temu, kogo dostrzeżemy.
Sztuką jest nie uciec, kiedy zderzamy się z tragedią, rozpaczą, chorobą – bo nie mamy doświadczenia, jak sobie z tym radzić, bo nie wiemy, co robić, gdy nagle zamiast chłodu ekranu smartfona musimy dotknąć ciepłej dłoni innego człowieka.

Nasze miłosierdzie stało się bezkontaktowe, wygodne i czyste. Nasza miłość bliźniego stała się wirtualna, angażuje rękę, ale już nie serce. Nasza wiara stała się koncepcją, do której się przyznajemy, ale już nie sposobem naszego życia. Biegniemy na nabożeństwo czy cerkiewny prazdnik – ale wszystko to, co jest sednem przesłania Chrystusa, o czym mówi Ewangelia, tekst liturgiczny czy kazanie - przechodzi obok. Słuchamy, lecz nie bierzemy tego z sobą. Traktujemy jak ulotne słowo, a przecież jest to zasiew, który powinien w nas pozostać, wzrastać i przemieniać nas.

Ale taka przemiana trwa. A my chcemy szybko, na już. Coś, co jest powolne, oporne, co idzie krok po kroku, etap po etapie, nudzi nas. Lubimy widzieć efekt od razu. Tymczasem zmiana samego siebie nie jest łatwa. Jedno zdarzenie nie powoduje, że nagle stajemy się inni, wspaniali i tacy dobrzy. To tylko jedno zdarzenie, jeden epizod, po którym wszystko jest możliwe.

Jezus powiedział o Sobie, że jest drogą, prawdą i życiem. Zaczął właśnie od drogi, od tego, co trwa, co czasem się dłuży. Co jest zmienne, zaskakujące. Rzadko która droga jest zawsze idealnie prosta i równa. Tak jak nasze życie.

Zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boże – przypomniał to kiedyś władyka Jakub w swoim kazaniu. Obraz jest czymś statycznym, po prostu to mamy.
Podobieństwo natomiast to dynamiczny proces, to nieustanne zmiany, które sami świadomie wywołujemy lub które dzieją się w nas pod wpływem okoliczności zewnętrznych.
Obraz to dar, podobieństwo zaś – to nasze działanie, to nasze stawanie się podobnymi Bogu, każdego dnia, w każdej chwili. To kroczenie za Jezusem, nieustanne podążanie Jego śladem. Jeden sukces nie wystarczy, by ten proces zakończyć, ale też jedna porażka wcale nie przekreśla całej drogi. Najważniejsze, to na niej pozostać, pracować nad sobą dalej. Nie poddawać się w żadnych okolicznościach.

Rozpoczynając ten tekst, napisałem, że w tym jednym wydarzeniu nie ma jakiegoś wyjątkowego osiągnięcia. Ono jest tylko pewnym etapem drogi. Budującym, motywującym do kolejnych kroków, ale już zamkniętym. To przeszłość. Na moje - nasze - szczęście Bóg nie jest dawcą tylko jednej szansy: wykorzystasz – zwyciężyłeś, zmarnujesz – poległeś na wieczność. On daje nam szansę raz za razem, nawet jeśli dotąd naszym udziałem były wyłącznie porażki. Największym wrogiem człowieka w tej walce o upodobnienie się jest zniechęcenie, rozpacz po porażce. Wtedy patrzymy wokół, ale nie dostrzegamy kolejnej szansy, którą Bóg nam daje. Zamykamy się w samopotępieniu lub dyskredytujemy swoją wartość, jakby to był koniec całego świata. A to tylko jeden, mały etap. Ważna jest kolejna próba. Ważne jest otwarcie oczu, wytarcie łez, by obraz był klarowny, by dostrzec to, co ponownie podsuwa ci Bóg.

Pascha to czas radości, uwielbienia Bożego miłosierdzia wobec ludzkości. Czas otwarcia niebios dla nas, grzeszników.
Pascha poprzedzona była męką i bolesną śmiercią Jezusa na krzyżu. Jednak nawet tam, cierpiąc ból jak każdy człowiek, On nie zamknął się w sobie, w swoim przeżywaniu tego, co Mu uczynili ludzie. Usłyszał głos dobrego łotra, usłyszał jego wołanie o przebaczenie, o litość. Sam umierający, nadal był otwarty na pojedynczego człowieka, nadal gotowy usłyszeć jego głos – i odpowiedzieć Swą miłością.

Pascha otwiera nasze oczy na nowo, pokazuje inny świat, świat, do którego przyszło zbawienie. Świat nowej szansy, świat Bożej miłości. Ten świat jest już inny, trzeba to tylko zobaczyć, poczuć. Dać się zadziwić temu, jak wspaniały jest Bóg – i zanieść to zdziwienie innym, którzy stoją na twojej drodze lub tuż obok niej. Jeśli są obok, nie bój się i podejdź. Ten, Który pokonał śmierć, pomoże pokonać lęk. Lecz jeśli tym razem uciekniesz, pamiętaj – to tylko ten jeden raz. On cię nie przekreśla. On nie oznacza, że jesteś do niczego. On tylko sprowokuje Boga do dania kolejnej szansy. Do skutku. Bo On jest wielce cierpliwy względem was, nie chcąc, by ktokolwiek zginął, ale by wszyscy do opamiętania przyszli (2 P 3, 8).

Gabriel Szymczak

fotografia: jarek /orthphoto.net/