Chwała od Boga i chwała od ludzi

tłum. Karion Szeszko, 20 września 2016

Jak nauczyć się widzieć siebie takim, jakim się jest? Jak nie bać się swojej marności, braku godności? Jak nie przypisywać sobie tych osiągnięć, których w rzeczywistości nie mamy, nie grać, nie udawać kogoś przed ludźmi i nie uzależniać swojego samopoczucia i własnej wartości od ocen i zdania innych? Rozmyśla o tym w rozmowie z parafianami proboszcz parafii pw. śww. ap.  Piotra i Pawła w Saratowie, ihumen Nektariusz (Morozow).

„A co ludzie powiedzą?”


Wszystkim nam zapewne są znane słowa Chrystusa Zbawiciela o tym, że od siebie wzajemnie odbieracie chwałę, a nie szukacie chwały, która pochodzi od samego Boga (J 5,44). Ludzie chcą dobrze prezentować się w oczach innych, chcą, by o nich dobrze myślano, szukają w nich dobrego świadectwa o sobie, ale przy tym w małym stopniu martwią się o to, jak Bóg ocenia to, co robią, co napełnia ich serce. Ciągle brzmi pytanie: „A co ludzie powiedzą?” Pamiętacie, jak u Gribojedowa Famusow* przeżywał to co będzie o nim mówić księżna Maria Aleksiejewna? A dziś do tego wszystkiego należy jeszcze dodać niepokój o to, co będą mówić media, nasi „zagraniczni partnerzy”, czy ktoś jeszcze. Każda opinia z zewnątrz okazuje się być bardzo ważną, jak dla państwa, tak też dla każdego człowieka, każdej rodziny.

Wydawałoby się, że jest to rzeczą, od której chrześcijanin powinien być całkowicie wolny. Ale rzeczywistość pokazuje, że jest niemal przeciwnie: bardzo często można spotkać się z tym, że również człowiek wierzący bardzo się boi być postrzegany jako śmieszny, pozbawiony godności, czy jako zły chrześcijanin i bardzo przeżywa to, że ludzie zobaczą w nim coś, co jest nie tak, albo denerwuje się, że komuś chociaż się wyda, że coś w nim jest nie tak.

Na czym polega ten straszny problem? Mianowicie na tym, że myślimy o sobie jako o lepszych niż rzeczywiście jesteśmy. Jak to pogodzić z tym, że jednocześnie boimy się, że ktoś rozpozna jakieś negatywne cechy naszej osobowości? Tak naprawdę jest to pozorna sprzeczność. Oczywiście, jesteśmy świadomi naszych wad, w pewnych momentach naszego życia dostrzegamy je szczególnie wyraźnie i boimy się, że ktoś dostrzeże je równie wyraźnie, ale uważamy przy tym, że w zasadzie to jesteśmy bardzo dobrymi, przyzwoitymi ludźmi, jedynie z pojedynczymi wadami. I właśnie te wady, z naszego punktu widzenia, w żaden sposób nas nie charakteryzują, przynajmniej nie są naszą wyczerpującą charakterystyką. Jest nam nie tyle przykro na myśl, że ktoś dostrzeże naszą tę lub inną wadę i na tej podstawie będzie myślał o nas źle, czy uzna nas za niegodziwych… Nie, my boimy się czegoś innego – że ktoś będzie myślał o nas gorzej, niż myślimy o sobie sami. Oto główny problem. Chcemy, żeby inni ludzie myśleli o nas tak, jak myślimy o sobie sami.

Należy jednak od razu powiedzieć sobie wprost i z tym się pogodzić: nigdy tak nie będzie. Nigdy inni ludzie nie będą o nas myśleć tak, jak myślimy o sobie sami, ponieważ to są oddzielni od nas ludzie, nie są oni w naszej skórze stąd też inaczej nas oceniają. Mogą nas oceniać gorzej, niż oceniamy siebie, ale mogą też oceniać lepiej – w każdym razie będą nas oceniać na swój sposób. Ale ważniejsza jest inna rzecz: nikt z otaczających nas ludzi, nawet najbliższych, jak rodzice, dzieci, mąż, żona, przyjaciele, nigdy nie uznają nas za takich, za jakich uważamy się jedynie my sami, gdyż nikt – oprócz Boga – nie może zajrzeć do ludzkiego serca i zobaczyć, co tam się kryje. A przecież w sercu człowieka znajduje się tyle wszelkiego złego, że powinniśmy zrozumieć to, że każdy z nas jest nieskończenie zły, niegodziwy, niegodny aby nazywać się chrześcijaninem i w tym momencie należy w pewnym sensie się uspokoić. Nie w tym sensie, ażeby przestać coś robić, coś w sobie zmieniać, nie. Po prostu musimy zrozumieć, że nie ma niczego strasznego w tym, że ktoś pomyślał o nas źle przez ten czy inny nasz postępek lub przez te lub inne okoliczności, które ułożyły się – wbrew naszej woli – niezbyt udanie. Nawet jeśli ktoś pomyślał o nas źle, to tak czy owak nie wie, na ile jesteśmy rzeczywiście źli, on tylko zobaczył naszą wadę. A my tak naprawdę jesteśmy jeszcze gorsi.

Pozostaje nam tylko wyrzucić…

Musimy wyobrazić sobie siebie, jako rzecz przeznaczoną do wyrzucenia na śmietnik, gdyż do niczego innego ona się nie nadaje. I wtedy od razu pojawia się pewny spokój dzięki tej myśli, gdyż - chcemy tego czy nie chcemy – i tak jest to dla nas jedyna droga. Jedyne, co może uratować nas od wyrzucenia na śmietnik, to nie jakieś pojedyncze zalety, walory, a jedynie Boże miłosierdzie. Nic więcej. Tak naprawdę może się komuś wydać, że podważam teraz podstawy wiary w samego siebie, poczucia szczęścia, które często podtrzymuje nas na duchu, lecz ja robię to w pełni świadomie, gdyż żadnej wiary w samego siebie ani poczucia szczęścia od samego siebie u chrześcijanina nie powinno być. Ma to oszukańczy charakter i właśnie to przeszkadza człowiekowi poruszać się do przodu. Kiedy sami zaczynamy usprawiedliwiać się, mówiąc: „tak, jestem zły w czymś, ale faktycznie jestem dobry, Panie Boże, Ty sam widzisz, że we mnie to jest dobre, i to…”, to w ten sposób przekreślamy możliwość stania się rzeczywiście lepszymi, gdyż nawet samo odczucie tego, że w nas jest coś nie tak, pobudza ku temu, żeby faktycznie coś w sobie poprawić. W przeciwnym razie odbywa się – jak już wspominałem - pewna wymiana z Bogiem: „Tak Panie Boże, w tym miejscu zgrzeszyłem, ale tu przecież uczyniłem taki dobry uczynek!”. Czyli utrzymujemy prawo postępowania w ten sam sposób, jak to robiliśmy wcześniej. Brzmi to dziwnie, prymitywnie, lecz w rzeczywistości nasza logika bardzo często okazuje się być właśnie taką. Tego powinniśmy starać się unikać.

Podnoszenie się poprzez upadanie

Jeśli wspomnimy o przykładzie człowieka, o którym Pan mówi jak o tym, który stał się godny usprawiedliwienia, miłosierdzia ze strony Boga – mam tu na myśli (ewangelicznego – przyp. tłum.) celnika – to zobaczymy, że ten człowiek nie miał żadnych pozytywnych cech, przynajmniej nie słyszymy, żeby on o nich mówił. Oto faryzeusz, stojąc z przodu względem celnika, mówi o tych pozytywnych cechach i o dobrych uczynkach, które posiada (ze swojego punktu widzenia). Celnik natomiast przedstawia sobą najgłębszą otchłań osądzenia, poniżenia samego siebie. Słyszymy jednocześnie, że wyszedł ze świątyni bardziej usprawiedliwiony, aniżeli faryzeusz. Człowiek powinien obarczyć winą samego siebie, wówczas Bóg go usprawiedliwi, a jeśli usprawiedliwi siebie, to Bóg przestanie go usprawiedliwiać. Zadziwiająca rzecz: aby zostać usprawiedliwionym, należy siebie obwiniać! Jeśli zaczniesz usprawiedliwiać się, droga do usprawiedliwienia przez Boga zostanie zamknięta.

Nierzadko w wielu książkach znajdujemy takie wyrażenie jak „dążenie do chrześcijańskiej doskonałości”. Z jednej strony, jakby rozumiemy, co ono znaczy, z drugiej strony to wyrażenie bardzo wielu zbija z tropu. Wydaje się nam, że nasza droga chrześcijańskiego życia powinna być wchodzeniem na coraz większe poziomy doskonałości. W pewnym sensie rzeczywiście to jest tak, ale my nie zawsze prawidłowo rozumiemy, w jaki sposób to wchodzenie się odbywa - jedynie przez „schodzenie”. Dopiero wtedy, gdy człowiek zaczyna się opuszczać w dół, czyli w otchłań nagany wobec samego siebie, które widzimy u celnika, samoponiżenia, osądzenia samego siebie, zaczyna się prawdziwe wzrastanie, gdyż do tego prowadzi pokora.

Każdy z nas nie lubi siebie za jakieś słabości, ale nie ma człowieka, który myślałby o sobie jednoznacznie źle. Przejawia się to w relacjach z innymi ludźmi, ponieważ z tego, że na pierwszym miejscu stawiamy nasz osobisty interes, własną wygodę, samych siebie wynika, że cenimy siebie o wiele bardziej niż innych. Przejawia się to niestety nawet w najskromniejszych ludziach – zarozumiałość, zbyt wysoka samoocena, wrażenie, że jestem kimś niebanalnym. Dopiero kiedy człowiek rozumie, że nie ma żadnej wartości sam z siebie, nie ma w sobie nic dobrego, wtedy Pan Bóg może zacząć „tworzyć z niego” coś wielkiego.

Nasz umysł nie pozwala żyć w przekonaniu, że nie jesteśmy dobrzy

Tak jest najczęściej według św. Ojców. Gdy widzimy w sobie coś dobrego, to tak naprawdę tego nie posiadamy, gdyż z reguły widzimy to, czego nie mamy. Ta myśl jednak nas uspokaja i nie motywuje, nie pobudza nas do tego, byśmy rzeczywiście podjęli się zdobywania tej cnoty.
Wydaje się, że bardzo trudno jest zrozumieć, że nie ma w nas nic dobrego, że wszystko jest w nas źle. Wydaje się też, że ta wiedza powinna pogrążyć człowieka w niewypowiedzianym smutku, ale to nie jest tak. To wszyscy, którzy uważają się za kogoś niebagatelnego, stale są w rozpaczy, smutku, gdyż dostrzegają to, że otaczający ich ludzie nie są gotowi do tego, aby przyznać że jest w nich rzeczywiście ta dobra cecha, którą sami w sobie zauważają. Natomiast gdy człowiek myśli o sobie źle, pokornie, to nie przejmuje się czyjąś opinią o sobie. Co więcej, ze zdziwieniem zaczyna widzieć, że ludzie odnoszą się do niego nawet lepiej, niż on odnosi się do siebie. A to staje się dla niego pocieszeniem, podtrzymuje go na duchu, nie karmiąc przy okazji jego próżnej chwały. Oprócz tego, jest też duchowe wyjaśnienie pytania, dlaczego człowiek, myślący o sobie pokornie i skromnie nie rozpacza: pociesza go sam Pan Bóg. Nie na darmo bowiem Bóg mówi o tym, że sercem skruszonym i zgnębionym On nie wzgardzi (Ps 50(51), 17), natomiast serce nieskruszone i niepokorne zostaje wzgardzone.

Największe pocieszenie

Dlatego bardzo chcę wszystkich was i siebie samego poprosić, abyśmy się nie bali okazywać się śmiesznymi bądź niezdarnymi w naszym chrześcijańskim życiu. Nie bójmy się ujawniać swoich niedoskonałości, nie wstydźmy się, gdy to wszystko dzieje się wbrew naszej woli. Otaczają nas dokładnie tacy sami ludzie jak my. Dlatego jeśli człowiek widzi swoją niemoc, niedoskonałość, to nie będzie osądzał również innego człowieka za jego niemoc i niedoskonałość. Pozbądźmy się więc tego zbędnego zamętu, marności i tej energii, którą tracimy na to, by wydawać się lepszymi, by nie pozwolić nikomu dostrzec naszych słabości, zwróćmy lepiej uwagę na to, ażeby stać się rzeczywiście lepszymi. Jednocześnie nie zwracajmy uwagi na wszelkie sądy i opinie z zewnątrz, po prostu całkowicie bezinteresownie pracujmy (rozwijajmy się duchowo – przyp. tłum.), ze względu na Boga i naszą własną duszę.

Pewien człowiek powiedział mi  ostatnio w rozmowie, że czytając po raz kolejny Ewangelię, gdy doszedł do opowiadania o bezpłodnym drzewie figowym, pomyślał: „Zapewne o mnie tu chodzi, kiedyś nagle również mnie Pan Bóg tak samo wytnie, gdyż żadnych wydanych owoców nie widzę w swoim życiu”. To poczucie bycia niepłodnym drzewem figowym i zrozumienie tego, że żadnego owocu dla Boga nie przynoszę, jest właśnie jednym z pierwszych owoców naszego życia. Św. Piotr z Damaszku mówi o tym, że początkiem zdrowia duszy jest widzenie swoich grzechów jako niezliczonych, jak piasek morski. Nie widzenie swoich zalet jako niezliczonych, lecz właśnie grzechów. Bez tego nie możemy nawet myśleć o żadnym rozwoju duchowym: stan ewangelicznego celnika, obraz jego myśli – to jest fundament życia chrześcijanina.

Chcę z tego miejsca was zapewnić, że gdy człowiek przecierpi na początku, że inni nie będą go postrzegać takim, jaki on jest, kiedy popłacze trochę nad sobą, pomartwi się, to zaraz do jego serca stopniowo zacznie wchodzić radość charakterystyczna dla dziecka żyjącego nie myśląc o tym, kto i jak go oceni, lecz po prostu cieszącego się z życia, które go otacza. Tak jak dzieci cieszą się z miłości swoich rodziców, tak i człowiek nie próbujący pokazać się dla ludzi jako dobry, cieszy się z miłości Bożej i  w pewnym momencie zaczyna rozumieć, że Pan Bóg nie lubi go za jakieś jego pozytywne cechy, których w rzeczywistości nie ma, lecz miłuje po prostu, co oznacza, że zawsze będzie miłować. Jest to największe pocieszenie, jakie tylko może być.

Ihumen Nektariusz (Morozow)

*bohater dramatu „Mądremu biada” Aleksandra Gribojedowa, przyp. red.cerkiew.pl

za: http://www.pravoslavie.ru/95451.html