publicystyka: Misterium

Misterium

ks. Mariusz Synak / Aleksy Warłamow, 04 maja 2024


 
Moi Drodzy, jeśli jednym słowem miałbym zdefiniować Kościół prawosławny, to nie namyślając się ani chwili powiedziałbym - Pascha! Tak, Pascha. Kto choć raz przeżył prawosławną paschalną jutrznię ten wie, że nie przesadzam. Dzień, a właściwie świetlista noc i czas po-paschalny, który wieńczy cały okres Wielkiego Postu, Wielki Tydzień i wszystkie te przeciągłe, monotonne nabożeństwa, to wielka radość. Jak wielka? Trudno to określić, ale może odpowiem inaczej. Jak większość z Was, moi Drodzy zapewne wie, Kościół prawosławny to między innymi dokładnie, drobiazgowo określony i rozpisany rytuał, ceremoniał, liturgia. Nie może być mowy o jakiejkolwiek radosnej twórczości liturgicznej, nowych zwyczajach, łamiącym kanony zachowaniu. I jest to i najprawdziwsza prawda, i oczywista oczywistość, dokładnie tak, jak czarne jest czarne, a białe jest białe. A jednak nie do końca.

Pascha jest inna. Może powiem zbyt wiele i zbyt śmiało, ale Pascha rządzi się swoimi prawami, których nie można do końca zdefiniować, wytyczyć, ograniczyć. Mało tego, celebrując nabożeństwo wielkanocne mogę stwierdzić, że każde z nich, za każdym, kolejnym razem jest inne, specyficzne, wyjątkowe i niepowtarzalne. I zauważam to z radością! Natomiast jestem więcej niż pewny, że gdy ta lekko wymykająca się spod kontroli radość przygaśnie, gdy paschalne nabożeństwa zaczną być do siebie z każdym rokiem podobne, powinno się to stać powodem do smutku i głębokiej, wręcz egzystencjalnej refleksji. Do niczego nie namawiam, zwłaszcza prawosławnych braci kapłanów i naszych wiernych, proszę mnie dobrze zrozumieć. Moim zamiarem jest tylko ukazanie specyfiki, wyjątkowości Paschy i trudnej do ogarnięcia radości, związanej z przeżywaniem tego wydarzenia. I o tym dzisiejsza audycja.

Moi Drodzy, chciałbym zaprezentować Wam jeden krótki tekst. Opowiadanie, którego autorem jest Aleksy Warłamow, rocznik 63, absolwent filologii Uniwersytetu Moskiewskiego, laureat wielu nagród, m.in. Literackiej Nagrody im. Sołżenicyna w roku 2006, zaliczany przez wielu krytyków do najzdolniejszych prozaików średniego pokolenia. Tekst pochodzi z wydanego w roku 2008 tomiku „Misterium. Powieść i opowiadania”, tłumaczenie autorskie. Słuchaczom nieprawosławnym winien jestem jeszcze parę słów wprowadzenia. Otóż opisana przez Warłamowa sytuacja dzieje się w czasie liturgii eucharystycznej Wielkiej Soboty, w momencie, gdy wierni przystępują do Kielicha, przyjmując podawane im na łyżeczce przez kapłana, najczęściej w asyście diakona, Ciało i Krew Zbawiciela. W tym momencie brzmi również odmawiana przez duchownego modlitwa przed przystąpieniem do świętej Komunii, rozpoczynająca się słowami: „Wierzę, Panie i wyznaję, że Ty jesteś naprawdę Chrystusem, Synem Boga żywego, który przyszedł zbawić grzeszników, z których ja jestem największy...”

***



Aleksy Warłamow „Misterium”

„Mój Boże, ale tłum” – pomyślał kapłan, wychodząc z ołtarza w ślad za diakonem niosącym święty kielich do Komunii i spoglądając na gąszcz ludzkich głów. Połowa zgromadzonych stała, otworzywszy usta, inni czynili pokłon, żegnając się w stronę otwierających się Królewskich Wrót; w całej świątyni wisiał, lekko drżąc, słaby szum, nie wiedzieć czemu w nieprzyjemny sposób przypominający oczekiwanie na przedstawienie teatralne.

– Z boja-źnią Bo-żą i wia-rą przy-stą-pcie! – zahuczał diakon, przekazując kapłanowi czaszę i ludzie błyskawicznie zamilkli, jak gdyby rzeczywiście spektakl się rozpoczął. Chór odpowiedział koncertowo, nieprawdopodobnie głośno, i gdy śpiew umilkł, kapłan zaczął monotonnie wygłaszać:
– Wierzę, Panie, i wyznaję, że Ty jesteś naprawdę Chrystusem...

Po kilku latach posługi w cerkwi pojawił się u niego zwyczaj: wygłaszając modlitwę, wędrował myślami gdzie indziej, zajmowały go jakieś jego sprawy i potrzebne słowa recytował prawie mechanicznie.

– Że to jest najprawdziwsze, przeczyste Ciało Twoje oraz że to jest najprawdziwsza, drogocenna Twoja Krew...

Czuł się bardzo zmęczony: miał za sobą Wielki Post, Wielki Tydzień z jego długimi liturgiami, męczącym czytaniem kanonów pokutnych i Starego Testamentu, z modlitwami wypowiadanymi na kolanach, i teraz, w Wielką Sobotę, w przeddzień Paschy, do tego zmęczenia dochodziło jeszcze inne uczucie – że post po raz kolejny minął dla niego bezowocnie i że nie jest wewnętrznie przygotowany do święta.

– … i uczyń mnie godnym przyjąć bez obawy potępienia najczystszy Twój Sakrament...

W końcu odmówił ostatnie słowa modlitwy i jego rozkojarzony wzrok skoncentrował się na twarzach.

– Teraz będziecie przystępować do Komunii – powiedział kapłan, niezbyt głośno, ale wyraźnie. – Do kielicha podchodzą tylko ci, którzy przystępowali do spowiedzi, rano nic nie jedli, nie pili i nie palili. Podchodząc do Komunii, nie przepychajcie się, wymawiajcie głośno swoje imiona, nie żegnajcie się - możecie przypadkiem potrącić kielich.

Na początku było mu bardzo niezręcznie mówić dzień w dzień o tych oczywistych rzeczach, ale bardzo szybko przekonał się, że parafianie – jeśli w ogóle tych ludzi można nazwać parafianami – byli w dużym stopniu nieobeznani ze sprawami Cerkwi, że nie znali najprostszych rzeczy, nie rozumieli, po co przystępują do Komunii i co to w ogóle znaczy, więc do Komunii przystępowali tylko dlatego, że taki był zwyczaj. W głębi duszy troszkę gardził tymi nerwowymi, służalczymi kobietami, ponad miarę otyłymi, pewnymi siebie, podobnymi do przekupek na bazarze, które ustawiły się przed nim w bezkształtną kolejkę i które, tak jak w ogonku, popychały się nawzajem, bojąc się, że dla nich zabraknie. Kapłan spoglądał na nie z podwyższenia przed ikonostasem i ze smutkiem myślał o tym, że dobrze byłoby nieść posługę nie w tej cerkwi, w nieprzyjemnej, nowej dzielnicy, ale w jakimś przyzwoitym miejscu w centrum miasta, gdzie zbierała się inteligencja i dokąd sam często zachodził, gdy był jeszcze studentem.

– Najczcigodniejsze Ciało i Krew Pana naszego, Jezusa Chrystusa przyjmuje służebnica Boża... Jak imię?
– Anna – pośpiesznie powiedziała starucha w białej chustce, z gatunku tych, które zawsze pchają się, by zdążyć być pierwszą i przez które wszyscy muszą czekać.
„Ależ to ciemna masa”.
– Służebnica Boża Anna na uzdrowienie duszy i ciała. Przystępuje służebnica Boża Olga, służebnica Boża Natalia...

Do kielicha podchodziły jedna za drugą, złożywszy ręce na piersi na kształt krzyża, otwierając usta, w które kapłan opuszczał łyżeczkę ze świętymi Darami - choć czynił to z zauważalną ostrożnością, to myślami był wciąż daleko.

Duchownym został przypadkowo – z ciekawości, czy też może z chęci podbudowania własnego „ja”, by wydać się samemu sobie nietuzinkowym, innym od wszystkich. Jeszcze podczas studiów na uniwersytecie zaczął chodzić do cerkwi, zachwycił się filozofami religijnymi, ale myśl o tym, że zostanie popem, on, który wyrósł w szczęśliwej, inteligenckiej rodzinie, nie ateistycznej, ale i nie religijnej, była ostatnią rzeczą, która mogła mu przyjść do głowy. Po zakończeniu uniwersytetu trafił do jakiejś redakcji, ale wiało tam nudą. Czuł, że stać go na więcej niż tylko sprawdzanie cytatów do cudzych artykułów i sporządzanie nikomu niepotrzebnych adnotacji. Pracy samodzielnej dla niego nie było i nic nie wskazywało na to, że będzie, i najbliższym przyjaciołom zaczął zwierzać się z tego, że pragnie jakiegoś azylu, odludzia, gdzie można się zaszyć i zajmować własnymi sprawami, gdzie można czytać dobre książki, pisać coś samemu, i nie oglądać całej tej obrzydliwości zebrań, sobót czynu społecznego, związków zawodowych... Ale nigdy nie wychodziło to poza ramy rozmów i nigdy by się nie ziściło, gdyby przypadkowo nie poznał człowieka pracującego w wydziale wydawniczym patriarchatu, który zaproponował mu przejście do swojego kolektywu. Długo się wahał, zdając sobie sprawę z tego, że wyrażenie zgody oznacza spalenie wszystkich mostów i pozbawienie się wszelkiej nadziei na zwykłą karierę, ale ostatecznie przekonał sam siebie, że w przeciwnym razie udusi się, że tak dalej żyć nie można, i przeszedł do wydziału wydawniczego. Tam czekała na niego inna kariera: zaocznie zakończył seminarium i po jakimś czasie przyjął święcenia.

Na początku ten ostry przełom życiowy podniósł jego wartość w jego własnych oczach i w oczach jego przyjaciół, ale bardzo szybko nowe obowiązki go rozczarowały. Zastał tu zupełnie nie to, o czym marzył – a marzył o wspaniałości, spokoju, świętości. Knuto tu takie same międzyludzkie, lecz o niebo bardziej wyrafinowane intrygi, umiejętność życia w zgodzie z przełożonymi okazała się jeszcze bardziej niezbędna, i czuł się znacznie mniej bezpieczny niż wcześniej, dlatego że – niech zabrzmi to śmiesznie – nie było tu obrzydłych, ale, jak się okazało, potrzebnych komitetów czy związków zawodowych, które dawały, niechby i małą, ale pewność tego, że jutro nie przeniosą cię w inne miejsce. W tym świecie postępowano z ludźmi bezlitośnie i sprytnie, wiedząc dobrze, że nie ma stąd wyjścia i wszyscy są tu zakładnikami. Tak przynajmniej mu się wydawało i ten, który marzył, aby uwolnić się od zależności od przełożonych, który chciał się poczuć wolnym człowiekiem, okazał się jeszcze bardziej skrępowany niż wcześniej. Pozostało mu czytanie mściwego grafa Tołstoja czy satyry Leskowa Drobiazgi z życia biskupów i myślenie od czasu do czasu o tym, że on również kiedyś weźmie się i opisze ich zachowanie.

Obok niego stał diakon – niewysokiego wzrostu, tęgi mężczyzna o wyniosłym obliczu i z gładko zaczesanymi, błyszczącymi od tłuszczu włosami. Tego diakona, z powodu jego władczego i szorstkiego charakteru, nazywał w duchu „wojskową tubą”. Przy zgrzybiałym ojcu proboszczu, spędzającym większość czasu na chorowaniu, diakon czuł się w świątyni gospodarzem; świetnie dogadywał się z cerkiewnym starostą, wszyscy umizgiwali się do niego, i kapłanowi wciąż się wydawało, że dogadawszy się z zarządzającą parafią cerkiewną dwudziestką – radą parafialną, diakon knuje coś niedobrego. Gdyby nie ten strach, to duchowny spróbowałby pokazać swoje zdolności, zacząłby głosić kazania, i na te kazania zbieraliby się przyzwoici ludzie – mimo wszystko był przecież mądrym człowiekiem i posiadał odpowiednie wykształcenie, lecz wciąż czuł na sobie pogardliwe spojrzenie diakona, spojrzenie lumpa na inteligenta: „No co, może chcesz fiknąć?” - i to go peszyło. Przecież diakon bardzo łatwo mógł podpuścić parafialną dwudziestkę, aby jej członkowie napisali skargę, i nikt nawet by nie zaczął wnikać – przenieśliby go błyskawicznie, o nic nie pytając, gdzieś tam, na głęboką prowincję...

Kolejka do kielicha się nie zmniejszała, ludzie wciąż szli i szli, spiesząc się przyjąć Komunię przed Paschą.
– Przystępuje służebnica Boża Ksenia, przystępuje służebnica Boża Ludmiła. Służebnica Boża Irina, Michał, Zofia, Anna, Tatiana, Andrzej, Katarzyna...

Jednych znał z twarzy, innych widział po raz pierwszy, ale wydawało mu się, że te wszystkie Anny, Nadieżdy i Katarzyny otwierają usta w taki sposób, jak gdyby nie dokonywało się tu najważniejsze misterium prawosławnej wiary, a jak gdyby po prostu kładziono im w usta jakieś lekarstwo.

Przyjąwszy Komunię, odchodziły do swoich koszyków z wielkanocnymi babami i malowanymi jajkami, i oczekiwały tylko jednego – niechby już szybciej liturgia się zakończyła, a on pokropiłby święconą wodą ich wiktuały, i one wtedy rozejdą się do domów, sycąc się własną świętością i wyniośle spoglądając na otaczający świat, który pogrążył się w grzechach.

„Biedny kraj, nawet tutaj nic już świętego nie zostało, najwidoczniej sam Bóg cię porzucił, i jeśli tak, to rzeczywiście nie ma żadnego misterium, wszystko jest martwe – nasza wiara, nasze życie, nasze dusze, chleb w kielichu pozostaje chlebem, a wino winem. Po prostu wypełniamy nikomu niepotrzebne obrzędy”. Nawet on sam nie ma cienia wolności, bo inaczej, Bóg mu świadkiem, już dawno przestałby się bawić w te klocki i wyjechałby hen, daleko, na Ałtaj, gdzie jest czysto, zielono i gdzie nikt człowieka nie niepokoi.

– Służebnica Boża Antonina na uzdrowienie duszy i ciała, służebnica Boża Taisa, służebnica Boża...

W tym momencie nastąpiła niewielka przerwa. Do czaszy podchodziła kobieta lat około pięćdziesięciu, którą kapłan widział po raz pierwszy. Wpatrywała się w kielich szeroko otwartymi oczami, jej wargi coś szeptały, w rękach trzymała torbę. Wówczas diakon, który lubił, żeby wszędzie panował porządek, zagrzmiał jej prosto do ucha:
- Ręce, jak trzymasz ręce?
Ona aż się zatrzęsła, jak gdyby ktoś ją uderzył, szeroko otworzyła usta i zaczęła bezradnie wymachiwać rękami.
– Ależ nie tak – powiedział diakon ze złością. – Najpierw lewą, potem prawą. Cóż ty, kobieto, do siwizny dociągnęłaś, a nie wiesz, jak się do czaszy podchodzi?
Kobieta spróbowała złożyć ręce tak, jak polecił diakon, ale przeszkodziła jej w tym torba.
– Po jaką… z torbą przyszłaś? Co, nie można było jej zostawić? Boisz się, że ukradną?
„A mogliby i ukraść – obojętnie pomyślał kapłan, patrząc, jak diakon zmaga się z kobietą. – Taki przypadek już mieliśmy, milicja przychodziła. Tu wszystko może się zdarzyć”.
– To postaw żeż ty ją. Tak, jedna ręka tu, druga tu. Imię?
– A? A? – w swej bezradności kobieta nie mogła z siebie nic wydusić. Cała się trzęsła.
– Imię masz jakie?
– Nnn... N...
– Natalia?
– Nn – pokręciła głową.
– A idź żeż ty do... – diakon mało nie posłał jej do diabła. – Własnego imienia zapomniała. Babo, ty choć kojarzysz, gdzie jesteś? No, idź, idź, zabieraj swoje klamoty i idź. Przyjdziesz innym razem. Następny!
– Anastazja.
– Do Komunii przystępuje służebnica Boża Anastazja – wypowiedział automatycznie kapłan, ale jego wzrok podążał za nieszczęsną kobietą, która próbowała przedostać się do wyjścia. Ludzie ją popychali a ona zupełnie się pogubiła i skierowała nie do tego wąskiego przejścia, którym ludzie podchodzili do Komunii, lecz wklinowała się w największy tłum i wówczas do kapłana doleciało:
– Boziu, Boziu, co mam począć? Ależ to grzech, Boziu.
– Gdzie ty się wpychasz, co?
– Boziu, co ja teraz pocznę?
– Idźcie, kobieto, idźcie.

Ostatecznie doszła do wyjścia, zniknęła za drzwiami, i w tym momencie kapłana coś jak gdyby uderzyło, smagnęło po oczach ostre światło i w mig wszystko stało się jasne. Ponownie zobaczył przed sobą tę kobietę, jej bladą twarz, błagające oczy, duże, spracowane ręce ściskające torbę, i razem z tym wszystkim całe jej życie – ponad siły, pełne udręki, w którym nie było czasu, by się zatrzymać i pomyśleć o sobie – głód, chłód, wojna, znowu głód. I tak dzień w dzień. Tylko jedno wspomnienie: jak w dzieciństwie mama przed Paschą prowadzała do Komunii, jak malowała jajka, jak piekła wielkanocną babę, jak było strasznie, gdy batiuszka na spowiedzi nakrywał szerokim czarnym rękawem sutanny całą głowę. I teraz, pochowawszy męża, przypomniała sobie o tym i poszła do cerkwi; jak strasznie było po tylu latach, ale usłyszała w sobie delikatne, ciche wołanie: „Przyjdźcie do mnie wszyscy utrudzeni i obciążeni”. I przyszła do misterium, do Ciała i Krwi Chrystusowej, tylko jak trzeba ręce prawidłowo złożyć, zapomniała.

„Boże, co ja narobiłem?” – zaświtało duchownemu w głowie. Zamarł. Zastygła też jego ręka trzymająca kielich, druga, z łyżeczką, również zastygła. Diakon, błyszcząc tłustymi włosami, spojrzał na niego ze zdziwieniem, ale kapłan już ruszył z miejsca i wbił się w tłum, przez który dopiero co przepychała się kobieta. Ludzie natychmiast się rozstąpili, przepuszczając duchownego. Kroczył wśród przycichłych ludzi, bardzo wysoki, w zdobnych szatach, kłaniali się mu, całowali rękę i wydawało się mu, że idzie bardzo długo, ale oto wyszedł i znalazł się z kielichem w rękach na ulicy. Bezpośrednio za cerkiewnym ogrodzeniem zaczynał się bulwar, a wraz z nim – inny świat. Był ładny, kwietniowy dzień, mężczyźni i kobiety w jaskrawych kurtkach grabili i palili zeszłoroczne liście, matki wyprowadzały swoje pociechy na spacer, ludzie nieśli ze sklepu siatki z pomarszczonymi kartoflami i wczesną, drogą papryką, z okazji soboty czynu społecznego grała wesoła muzyka. Przez nagie drzewa i ogrodzenie cerkwi leciał wiosenny kurz i kapłan nie od razu rozpoznał kobietę w tłumie. Poszedł za nią i chciał do niej krzyknąć, ale nie wiedział, w jaki sposób ją zawołać. Wówczas po prostu przyspieszył kroku i ją wyprzedził.
– A, batiuszka – zapłakała, widząc go przed sobą. – Batiuszka, wybaczcie!
Wokół zebrali się przypadkowi przechodnie, chłopcy na rowerach, młodzi ludzie w dresach i wszyscy patrzyli z konsternacją na wysokiego, młodego popa i grubą kobietę z torbą w rękach. Kapłan, przełknąwszy nerwowo ślinę, patrząc kobiecie prosto w oczy, zaczął mówić:
– Do Komunii przystępuje służebnica Boża...
– Maria – ledwie słyszalnie wypowiedziała kobieta i w jej oczach ponownie pojawiły się łzy.
– Maria – jak echo powtórzył kapłan. – Najczcigodniejszego i świętego Ciała i Krwi Pana i Boga, i Zbawiciela naszego Jezusa Chrystusa, na odpuszczenie grzechów i życie wieczne.
Pocałowała brzeg kielicha i kiedy podniosła głowę, kapłanem wstrząsnął dreszcz; zobaczył szczęśliwą, przemienioną twarz i nieoczekiwanie dla siebie powiedział cicho:
– Mario, pomódl się za mnie, grzesznego.

Przez sekundę wszystko przed jego oczami zaczęło płynąć: ludzie, którzy zebrali się wokół niego z grabiami i łopatami; ten świat jawił się dziwnym i nierealnym. Milczał i on, i oni też milczeli, spoglądając na niego, jak gdyby czegoś oczekiwali. Kapłan jednak odwrócił się i odszedł. Odczuwał w duszy niezwykłe wzruszenie, być może dlatego zupełnie nie zauważył tych spojrzeń, które rzucili w jego stronę z ukosa diakon i starosta cerkiewny, okazały mężczyzna w czarnym garniturze i krawacie.

***

Tak, moi drodzy, taki to tekst. Ktoś powie – prosty, ktoś powie – naiwny, jeszcze ktoś – ot, taki jakiś dziwny. A mnie urzekła jego prostota i szczerość, czasem do bólu. Pierwszy raz przeczytałem go 16 lat temu i od tamtej chwili, choć czytałem go wielokrotnie, za każdym razem chwyta mnie za gardło. Dlaczego? Może dlatego, że jak powiedziałem na początku: Nie daj Panie Boże sczerstwieć! Nie daj Panie, Boże, przyzwyczaić się do Paschy!

Pozdrawiam serdecznie pozdrowieniem nadchodzącej Paschy: „Christos Woskriesie! Chrystus zmartwychwstał!”


ks. prot. Mariusz Synak

proboszcz Parafii prawosławnej pw. św. św. Apostołów Piotra i Pawła w Słupsku

fotografia: parlagigaspar /orthphoto.net/