publicystyka: Nie chwytaj za kotwicę - rozważania na temat 25. słowa „Drabiny do raju”. Część I
kuchnia muzyka sklep
polska świat
publicystyka pytania i odpowiedzi archiwum
ogłoszenia wydarzenia fotogalerie
redakcja wesprzyj nas kontakt

Nie chwytaj za kotwicę - rozważania na temat 25. słowa „Drabiny do raju”. Część I

metropolita Limassol Atanazy (tłum. Justyna Pikutin), 13 kwietnia 2024

Św. Jan z Góry Synaj rozpoczyna swoje słowo o pokorze tak, jakby zebrało się wielu ludzi z duchowym doświadczeniem i każdy z nich wyjaśniał, czym jego zdaniem jest pokora:
"Zebraliśmy się, dyskutowaliśmy i badaliśmy moc oraz znaczenie tego uczciwego nadpisu (nadpisu "święta pokora"; patrz werset 2). Wtedy jeden powiedział, że pokora oznacza zawsze zapominać o swych osiągnięciach. Inny powiedział, że pokora polega na uważaniu się za ostatniego i najbardziej grzesznego spośród wszystkich ludzi. Trzeci powiedział, że pokora polega na poznaniu umysłem własnych słabości i bezsilności. Jeszcze inny powiedział, że oznaką pokory jest wyprzedzanie bliźniego w każdym przypadku zniewagi, bycie pierwszym, który się godzi i niweluje drzemiącą w nim wrogość. Inny powiedział, że pokora jest znajomością łaski i miłosierdzia Bożego. A jeszcze inny powiedział, że pokora jest uczuciem skruszonej duszy i wyrzeczeniem się własnej woli". (werset 3)

Jeden z nich powiedział, że pokora oznacza zawsze zapominać o swych osiągnięciach.

To znaczy, kiedy dokonamy jakiegoś dobrego uczynku - duchowego osiągnięcia lub cnoty, powinniśmy zawsze o tym zapominać, nie pamiętać o tym, nie wracać i nie spoglądać wstecz: "Tak! Teraz poszczę, czynię pokłony, czuwam, daję jałmużnę!". Oznacza to, że podejmując się czynów duchowych, powinniśmy zostawiać je za sobą, ponieważ sam fakt, że nasz umysł wraca i patrzy na to, co zrobiliśmy, jest oznaką niezdrowej osoby, niezdrowej pokornej mądrości (smirennomudrija).

Niestety, wielu ludzi, przystępując do spowiedzi, która stanowi sakrament sprzyjający wyłącznie osiągnięciu pokory, zamiast wymieniać swoje grzechy, wymienia swoje cnoty i zaczyna:
- Ja, Ojcze, robię dobre uczynki. Robię taką dobrą rzecz, inną dobrą rzecz...!

Mówią tak, jakby spowiedź nie była wyznaniem grzechów, ale cnót! Wynika to (chcę w to wierzyć) z duchowej naiwności, duchowej bezsilności, to znaczy, że osoba nie robi tego świadomie, to tylko znak, że brakuje jej pokornego ducha, który obróci w nicość nasze dobre uczynki. A są one niczym, ponieważ cokolwiek robimy, jest niczym, chyba że łaska Ducha Świętego udoskonala, uzupełnia i uświęca nasze uczynki. Bóg nie może być kupiony - podobnie jak łaska i wieczne królestwo nie mogą być kupione - przez nasze uczynki i nasz własny wysiłek. Nasze uczynki są jedynie naszym współdziałaniem z łaską.

Inny powiedział: Pokora polega na myśleniu o sobie jako o ostatnim i najbardziej grzesznym spośród wszystkich ludzi.

To także pokorna mądrość. To wielka rzecz uświadomić sobie, że jest się najbardziej grzesznym spośród wszystkich ludzi, całego stworzenia. Ale jak silnego ducha trzeba mieć, by powiedzieć coś takiego dzisiaj - nie w czasach, gdy św. Jan napisał swoje słynne dzieło i gdy "psychopatia" nie była tak rozpowszechniona, na której różne formy niestety prawie wszyscy dziś cierpimy, a zatem pokorny duch jest dla nas nie do zniesienia.

Zauważam po sobie i ogólnie po braciach, po tych, którzy zaczynają się trudzić, jak łatwo ludzie załamują się, gdy chcą osiągnąć pokorny umysł. Niestety, dzisiejsza dusza ludzka nie wytrzymuje, brakuje jej siły, aby wytrzymać pokorne myśli i zamiast pozostać w ramach zdrowej pokory, zostaje schwytana przez myśl, która mówi: "Jestem najgorszy, jestem najbardziej grzeszny ze wszystkich!", a następnie ulega załamaniu. Zamiast być bodźcem do walki duchowej, nadziei, duchowego smutku, gorliwej modlitwy, poszukiwania Bożej łaski, wzmocnienia, myśli te stanowią bodziec do zguby, człowiek upada, jakby zatracił się w otchłani.

Takim ludziom trzeba często przypominać: "Nie, to nie jest grzech, nie jesteś grzesznikiem. Jesteś bardzo dobry, masz tak wiele zalet!" - aby mogli choć trochę stanąć na nogi. Ponieważ są jak osoba, która spadła w przepaść, jest cała połamana i nie jest w stanie się podnieść. Dlatego musimy zachować wielką rozwagę w odniesieniu do tej myśli, która mówi nam, że jesteśmy ostatnimi i najgorszymi. Oczywiście jesteśmy słabi, odrażający i grzeszni, ale nie można poniżać się bardziej, niż jesteśmy w stanie to znieść. Ponieważ w rezultacie nabywamy psychologiczne traumy, a zamiast zbawienia duszy ta święta rada teologiczna prowadzi do choroby psychicznej (psychopatii).

Jest to bardzo delikatna kwestia. Dlatego, jeśli ktoś widzi, że te myśli go zniechęcają, pogrążają w duchowej ciemności, rozpaczy, konieczne jest unikanie ich, zachęcanie się, a nawet przypominanie sobie o swoich rzekomych cnotach - aby mieć odwagę, ponieważ rozpacz jest śmiercią doskonałą, całkowitą beznadziejnością, jest naprawdę wyrokiem śmierci dla duszy.

Chrześcijanin nigdy nie powinien popadać w rozpacz. Lepiej jest popaść w próżność niż w rozpacz. Ponieważ w próżności każdy, że tak powiem, otrzymuje gotowość, by stać się pobożnym, by czynić dobre uczynki, podczas gdy w rozpaczy załamuje się i całkowicie poddaje się duchowej ciemności i śmierci. Dlatego zawsze powinniśmy uważać się za najbardziej grzesznych ze wszystkich, ale zawsze z nadzieją, że nawet jeśli tacy jesteśmy, Boże miłosierdzie jest wszechmocne, a Boża miłość jest tak obfita, że przykrywa naszą grzeszność.

Trzeci powiedział, że pokora to poznanie umysłem własnych słabości i bezsilności.

Innymi słowy, oznacza to poznanie samego siebie. To także pokora i pokorna mądrość, czyli akceptacja samego siebie. W dzisiejszych czasach jest to wielki problem. Ludzie przychodzą i zadręczają się:
- Dlaczego moje myśli zaprzątają tak złe rzeczy? Dlaczego mam takie czy inne myśli? Dlaczego czuję coś takiego do innych? Jeśli myślę takie rzeczy, to jestem martwy! Nie mogę być zbawiony, jestem do niczego!
- Dlaczego nie spróbujesz myśleć inaczej? Czyż nie wiesz, że jesteś tylko człowiekiem?
- Wiem.
- Czyż nie wiesz, że masz ludzką naturę zniszczoną przez grzech? Że nosisz w sobie wszystkie choroby, które wszyscy odziedziczyliśmy od Adama po grzesznym upadku?
- Wiem.
- Dlaczego więc rozpaczasz, gdy widzisz w sobie nieczyste, bluźniercze myśli o innych, myśli zazdrości i złośliwości? Cała ta złośliwość podnieca i często pogrąża cię w namiętnościach i grzechach. Czyż nie wiesz o tym? Dlaczego więc się złościsz? Czyż nie zdajesz sobie sprawy, że jest to twoja własna choroba?

To znaczy, jakby wam to wytłumaczyć? Nie chcemy zaakceptować faktu, że jesteśmy chorzy i nie akceptujemy samych siebie!

Wspaniałą rzeczą jest uświadomienie sobie: to ja! To ja - ten, który się złości, krzyczy, denerwuje; to ja - ten, który jest obżartuchem, nieczystym, bluźniercą, kimkolwiek innym. Kiedy zgadzamy się, że tacy jesteśmy i uświadamiamy to sobie bez bolesnych reakcji, wtedy możemy modlić się z wielkim duchowym smutkiem, pokazując Bogu dokładnie tę naszą chorobę. To jest właściwa droga.

Rozumiem, że jestem nieczysty i odrażający, i zawsze upadam do stóp Boga, do stóp Chrystusa, i w wielkim smutku, z modlitwą wyznaję swoją chorobę i szukam Bożego miłosierdzia. Rozumiem i wierzę, że to Bóg jest Tym, który zmiłuje się nade mną, a nie moje cnoty, nie moje osiągnięcia, które nie istnieją: nie istnieją i nigdy nie będą istnieć.

To bardzo ważne. My, współcześni ludzie, bardzo cierpimy, ponieważ nie chcemy zaakceptować siebie takimi, jakimi jesteśmy. Tak więc nie akceptujemy siebie, a jednocześnie nieustannie zadajemy sobie pytanie: "Dlaczego, dlaczego, dlaczego?". I to niekończące się "dlaczego" ("Dlaczego tak myślę? Dlaczego tak robię?") jest oznaką egoizmu oraz braku pokory.

W rezultacie wpadamy w błędne koło duchowych chorób i psychologicznych udręk. W końcu dręczymy siebie i innych, a mimo to nie otrzymujemy owoców, ponieważ nie chcemy zrozumieć, że jesteśmy słabymi ludźmi. A kiedy zdamy sobie z tego sprawę, zaakceptujemy, że tak, to w końcu my; tak, właśnie to sobą reprezentujemy.

Jesteśmy jak ten pierwszoklasista, który chce przeczytać jakiś traktat naukowy i płacze, krzyczy, piszczy, domagając się, abyśmy mu wyjaśnili, co oznacza na przykład słowo "aerodynamika". Jak mu to wytłumaczyć? On nie może tego zrozumieć. Więc mówisz mu:
- Wszystko przyjdzie z czasem, kiedy dorośniesz...
- Nie! Chcę, żebyś mi to wyjaśnił! Teraz! Wyjaśnij mi to, żebym wiedział!
Albo chce czytać, na przykład po angielsku lub, nie wiem, po chińsku. Jeśli się tego nie nauczyłeś, jeśli nie osiągnąłeś odpowiedniego poziomu wiedzy, jak możesz to zrobić?

Ten sam absurd pojawia się, gdy ktoś upiera się przy swoim pragnieniu osiągnięcia stopni duchowych, gdy jeszcze nie nadszedł jego czas. Czy możliwa jest skoncentrowana modlitwa, gdy wciąż jesteśmy początkujący duchowo, czy możliwe jest, aby nasze umysły nie były rozproszone? A kiedy idziemy do świątyni, czy możemy nie mieć cielesnych myśli, nie żywić zazdrości wobec innych, nie złościć się, gdy ktoś nas obraża, nie pragnąć zemsty, gdy jesteśmy niesprawiedliwie traktowani?

Wszystkie te rzeczy, niestety, po grzesznym upadku są już naturalne; tak funkcjonuje nasza natura. Ale akceptujemy, uznajemy naszą chorobę i ufamy nieskończonemu miłosierdziu Bożemu. To słuszne postępowanie. Ale kiedy rozpamiętujemy nasze słabości i wpadamy w egoistyczny brak cierpliwości: "Dlaczego?", "Jak?", " W ogóle nie zrobiłem nic dobrego", "Jestem nikim!" itd. itp. to nawet nie pozwalamy Bogu, by nam pomógł.

Często Bóg chce nam pomóc, ale nie może, ponieważ nie pozwalamy Mu zbliżyć się do nas, aby przyniósł pokój naszym duszom. Opieramy się i z góry zamykamy przed Bogiem wszystkie drzwi.
Dlatego, według św. Jana, konieczne jest, aby dobrze poznać swą chorobę i słabość, uświadomić je sobie, zaakceptować i powiedzieć: "Taki jestem i takim oddaję się Bogu" - wtedy i tylko wtedy można odnaleźć pokój duszy.

Często, gdy ktoś cierpi z powodu cielesnej słabości, której nie może się pozbyć, mówi sobie: "Jak mam się modlić? Jak mogę się modlić po tym, jak zgrzeszyłem i popadłem w grzechy cielesne! Nie będę się modlił! Nie będę też chodził do świątyni, bo dopuszczam się takich rzeczy. Z tego samego powodu nie czytam duchowych książek i nie spowiadam się" i tak dalej. W efekcie, co się dzieje? Dzieje się tak, że jeśli szatan potrzebował 500 kul, aby nas zniszczyć, teraz robi to tylko jedną.

Takiemu człowiekowi trzeba powiedzieć:
- W porządku, dziecko! Nie możesz pokonać tej namiętności, prawda? Sama namiętność cię przezwycięża. Ale czy całe twoje życie, cała twoja osobowość, to tylko ta namiętność? Czy nie ma w tobie czegoś jeszcze? Czy nie możesz pokochać innej osoby, modlić się, pościć, czuwać, chodzić do świątyni? W porządku, masz tę żądzę. Oderwij się od niej, zaakceptuj fakt, że masz tę słabość i zwróć się do Boga, pamiętając o pozostałej części siebie. Tylko w ten sposób znajdziesz uzdrowienie.

Jeśli popadniesz w rozpacz i uczepisz się tego konkretnego problemu i utkniesz w nim, to (zgodnie z metaforą starców z Góry Athos, opisujących, jak toną tego typu ludzie) będziesz jak rozbitek: statek rozbija się i zamienia w deski, każdy chwyta się jakiejś deski, a tylko ty trzymasz się kotwicy i idziesz na dno wraz z nią. Oznacza to, że zamiast chwycić się jakiejś deski, człowiek chwyta się najcięższej części statku i tonie.

I pytanie brzmi: Czy skończyły ci się deski? Czy nie ma więcej powodów, dla których mógłbyś działać? Chcesz utonąć, trzymając się tego?

Co nam to ostatecznie mówi? To oznaka braku pokory, objaw egoizmu, chorobliwego egoizmu. Dlaczego nie zaakceptujesz tego, że jesteś słaby, bo przecież jesteś? Idź do Chrystusa i powiedz: "Panie, jestem taki, jaki jestem. Jestem nieczysty w ciele, odrażający, po trzykroć odrażający, ale chcę być z Tobą!". Tak powiedziała nierządnica, Kananejka, łotr, celnik - wszyscy. Oni przynieśli swoje grzechy Chrystusowi.

W jednej z opowieści o świętym Hieronimie, który tak bardzo kochał Chrystusa, czytamy, że podczas całonocnego czuwania w Wigilię Bożego Narodzenia modlił się i mówił: "Boże mój, cóż śpiewa się w dzisiejszym troparionie? Aniołowie przynieśli Ci pieśń, Mędrcy przynieśli dary, pasterze przyszli Cię zobaczyć, Przenajświętsza Bogarodzica Marja dała Ci swoje ciało, ziemia - jaskinię, niebo - gwiazdy, a ja, cóż mogę Ci przynieść? Co?" I gdy tak się modlił, ukazała mu się wizja Boga. Ujrzał przed sobą Chrystusa w postaci dziecka, Któremu powiedział:
- Boże mój, co chcesz, abym Ci oddał?
I usłyszał odpowiedź:
- Swoje grzechy!

Tego właśnie chce Bóg - abyśmy oddali Mu nasze grzechy, aby On je wybielił i oczyścił, aby nas oczyścił.

Tak samo, jak idąc do lekarza, robimy to, czego on od nas oczekuje. A on mówi:
- Pozwól, że cię zbadam.
Oczywiście, nie idziemy do placówki medycznej, aby rozmawiać z lekarzem o polityce. Idziemy tam w konkretnym celu - aby lekarz zbadał nas, ponieważ jesteśmy chorzy. Bóg robi to samo. Przyjmuje człowieka, który jest chory i usidlony przez grzech, i uzdrawia go. Dzieje się tak tylko wtedy, gdy nie zachowujemy się lekkomyślnie, nie stawiamy oporu i nie podnosimy ręki przeciwko lekarzowi, ponieważ On chce dotknąć naszej rany, aby nas uzdrowić.

Ten proces zaczyna się od uświadomienia sobie choroby, czyli od zrozumienia, że jesteśmy słabymi ludźmi, przy czym musimy to rozumieć właściwie - z nadzieją i siłą, którą czerpiemy z doświadczenia bezgranicznej miłości Boga.

Inny powiedział, że pokora to poznanie łaski i miłosierdzia Bożego.

Oznacza to świadomość, że Bóg jest miłosierny, że obficie wylewa Swą łaskę na cały świat, i że łaska i miłosierdzie Boga wspierają nas wszystkich. To też jest pokora - nie myśleć, że wszystko zrobimy sami, że wszystko sami naprawimy i że wszystko zależy od nas.

Często ludzie przychodzą i mówią na przykład:
- Co mam zrobić z moim dzieckiem?
A ty odpowiadasz:
- Zrób to i tamto i módl się, moje dziecko, niech Bóg okryje je swą łaską!
Ale on nalega:
- Dobrze, w porządku, ale co jeszcze mam robić? Co jeszcze?
Taki człowiek wierzy, że jego działania uratują dziecko. Mówimy mu o modlitwie, a on ją odrzuca, ponieważ uważa, że Bóg i modlitwa są niczym.

Rzeczywiście uważamy, że nasze działania są tak ważne, że bez nich nikt i nic nie osiągnie korzyści. Jaki jest więc ostateczny rezultat? Jeśli zdamy sobie sprawę, że Bóg kontroluje stworzenie, że Bóg jest początkiem wszystkiego i Ojcem nas wszystkich, a także, że jeśli On nam nie pomoże, to choćbyśmy wezwali wszystkie siły świata, całą światową edukację, władzę i pomysłowość, nic nie zdziałamy - wtedy zrozumiemy, jak wielka jest moc modlitwy i jak bardzo potrzebujemy modlitewnej łączności z Bogiem.

Zrozumiemy to, gdy zdamy sobie sprawę, że ostatecznie Boża łaska, miłość i miłosierdzie przypieczętowują nasze uczynki. Kiedy zdamy sobie z tego sprawę, zrozumiemy moc modlitwy i marność naszych refleksji, osiągnięć i uczynków. A potem odnajdujemy pokój i mówimy:
- Oto uczyniłem, co mogłem, a dobry Bóg resztę niech wypełni!
W przeciwnym razie ogarnia nas niepokój i zaczynamy szukać sposobu na przezwyciężenie go poprzez zrobienie czegoś, co przyniesie korzyść innym. I co dzieje się w rezultacie? Ci ludzie nie słyszą tego, co do nich mówimy: pokazujesz im jedną drogę, a oni natychmiast ją odrzucają i szukają innej. Pokazujesz im drugą, a oni szukają trzeciej, czwartej... dziesiątej i tak dalej. A czego tak właściwie szukają? Magii. Gdyby istniała możliwość magicznej zmiany każdego, nie zawahaliby się jej użyć.
I mówią:
- Czy Bóg nie ma mocy, by zmienić innych? Dlaczego więc ich nie zmienia?
Ponieważ Bóg szanuje wolność innych i nie martwi się, nie wpada w panikę, tak jak ty panikujesz, ponieważ Bóg widzi wszystko przed Sobą - przeszłość, teraźniejszość i przyszłość - wszystko.

Bóg nie boi się. Dlatego ty też się nie bój. Strach oznacza brak pokory, a ten jest oznaką braku wiary.

metropolita Limassol Atanazy (tłum. Justyna Pikutin) 

za: pravoslavie.ru

fotografia: Arkadiusz /orthphoto.net/