publicystyka: Powstań, duszo moja!

Powstań, duszo moja!

archimandryta Joanicjusz (Bełan) [tłum. Justyna Pikutin], 17 kwietnia 2024

4.XII.1955 r.

Duszo moja, jak długo będę płakał, jak długo będę rozpaczał, jak długo będę rozszarpywany na strzępy przez żal i bezgraniczny smutek? Dlaczego nie powstajesz ze snu, dlaczego nie wyrywasz się ze szponów namiętności, dlaczego nie zrywasz więzów niedbalstwa i lenistwa? Dlaczego nie uciekasz się do wysiłków, dlaczego nie upadasz przed Bogiem i nie modlisz się we łzach?

Och duszo moja... poczerniała i obciążona namiętnościami, wysłuchaj mnie, gdy pukam do twych drzwi, i powstań, gdy ubolewam nad twym wezgłowiem! Ale, niestety, nie mam kogo opłakiwać ani za kogo się modlić, bo mnie nie słyszysz!

O duszo moja... o zatwardziałym i skamieniałym sercu, jak długo mam płakać samotnie nad twym grobem, w którym spoczywasz od tylu lat? O duszo moja, cóż więcej mogę uczynić, abyś mnie usłyszała i pokutowała za swe namiętności? Cóż więcej mam uczynić, by uwolnić cię od twej straszliwej nieczułości? Przez tyle lat pracowałem tylko dla ciebie, aby przez pokutę przyciągnąć cię do Chrystusa, ale wszystko na próżno.

Co jeszcze mogę zrobić, i co jeszcze powinienem był zrobić, ale nie zrobiłem dla ciebie? Czyż nie płakałem tak wiele razy? Czyż nie modliłem się za ciebie niewypowiedzianymi westchnieniami? Czyż nie płakałem łzami u twego wezgłowia? Co jeszcze powinienem był zrobić, czego nie zrobiłem dla ciebie?

Czy nie szukałem cię kiedy mnie opuściłaś i błąkałaś się po świecie przez lata? Czy ci nie współczułem, kiedy cię znalazłem? Czyż nie ciągnąłem cię do Chrystusa? Czy nie zabierałem cię tyle razy do świątyni, ze łzami w oczach nawołując cię do pokłonu i modlitwy? Czyż nie wzywałem cię do spowiedzi? Czyż nie przyprowadzałem cię do Świętych Sakramentów Chrystusa, chociaż nie byłaś ich godna? Czyż nie zachęcałem cię do wypełniania woli Bożej? Czyż nie przekonywałem cię, abyś nie ulegała duchowi tego świata? Czyż nie karmiłem cię literaturą i pożytecznymi duchowo słowami? Czy nie zabierałem cię do ludzi świętego życia po pouczenia?

Więc co jeszcze powinienem zrobić, czego nie zrobiłem dla ciebie? Przecież znajdowałem cię na ulicach i przyprowadzałem do świątyni, a ty rozkoszowałaś się grzechami, wtedy gdy ja prowadziłem cię do Boga. A kiedy zobaczyłem, jak złudny jest świat, czyż nie zachęcałem cię do wyboru życia monastycznego? Czy nie modliłem się do Boga przez tyle lat? Czyż nie namawiałem cię do wejścia w to życie?

A kiedy rozpoczęłaś to życie, czego dla ciebie nie uczyniłem? Kiedy byłaś przygnębiona, pocieszałem cię; kiedy byłaś zmęczona, umacniałem cię; kiedy byłaś chora, pocieszałem cię myślą o zdrowiu; kiedy byłaś zrozpaczona, uskrzydlałem cię nadzieją; kiedy płakałaś, ocierałem twoje łzy; kiedy byłaś głodna z powodu braku cnót, karmiłem cię pożądaniem raju; kiedy byłaś spragniona, zaspokajałem twe pragnienie słowami o zbawieniu; kiedy byłaś zmęczona, dawałem ci wieczny odpoczynek. Kiedy byłaś strapiona, uspokajałem cię... Cóż więc innego należało uczynić, czego nie uczyniłem dla ciebie?

Kiedy dręczyły cię myśli, odwracałem od nich twą uwagę; kiedy twoja uwaga była rozproszona, nawoływałem cię, byś się skoncentrowała; kiedy byłaś wyczerpana posłuszaniem, umacniałem cię. Kiedy wywyższałaś się mądrością, uniżałem cię przez upominanie; kiedy wyobrażałaś sobie, że jesteś doskonała, ściągałem cię w dół za nogę; kiedy przepełniał cię gniew, dyscyplinowałem cię i wzywałem do pokory przez łagodne przemowy.

Kiedy płonęłaś pożądliwościami ciała, groziłem ci strachem przed wiecznymi mękami. Kiedy myślałaś o grzechu, za rękę pociągnąłem cię do Chrystusa. Kiedy popadałaś w grzech, ja, wzdychając nieustannie, karciłem cię, potępiałem, delikatnie biłem, a potem, jak matka, ręką rozwagi wylewałem balsam na twoje rany. Kiedy byłaś utrudzona w pokusach, wspierałem cię. Kiedy popadałaś w znieczulicę, wtedy bardzo rozpaczałem, pokutowałem i płakałem. A jeśli się nie opamiętywałaś, postępowałem z tobą surowo i bezlitośnie, karciłem cię i biczowałem, i starałem się jak mogłem, by podnieść cię z tej niemocy. Kiedy byłaś słaba w swych trudach, zmuszałem cię siłą. Kiedy byłaś leniwa, schodziłem z tobą do piekła i strzałą śmierci budziłem cię z lenistwa.

Czegóż nie uczyniłem dla ciebie? Przecież jak matka znosiłem twoje niedomagania. Wychowywałem cię od najmłodszych paznokci, karmiłem mlekiem wiary, kołysałem w ramionach, leczyłem z wielu chorób, napominałem, ganiłem, zakazywałem, uniżałem, wywyższałem. Czasami cię chwaliłem, a innym razem ganiłem; czasami podróżowałem z tobą, a innym razem cię opuszczałem. Śpiewałem ci smutne pieśni, a czasem radosne, ale wszystko to było prawie na próżno! O, duszo moja... cóż miałem uczynić, czego nie uczyniłem dla ciebie?

Ale, niestety dla mnie, dopiero teraz widzę, że między nami jest najgłębsza przepaść. Dopiero teraz widzę, że nie zrozumieliśmy sensu naszego życia. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że całkowicie zaniedbałaś swoje zbawienie. Powstań, duszo moja, pogrążona w mroku namiętności, powstań do pokuty.

Powstań, duszo moja, skamieniała i zatwardziała, i przyjdź do Chrystusa w pokucie, gdyż oto nadchodzi twoja śmierć, sąd i potępienie. Zacznij pokutować, póki zostało jeszcze trochę czasu.
Jednak, niestety dla mnie, nie chcesz mnie słuchać. Niestety dla mnie, stoisz bezczynnie! Niestety dla mnie, niestety dla ciebie, niestety dla nas w godzinie Sądu. Usłysz jeszcze raz mój krzyk i płacz, i powstań ze snu obojętności.

6.XII.1955

Czego nie uczyniłem dla ciebie, aby cię nawrócić do skruchy i zatrzymać przy Krzyżu Chrystusa? Napominałem cię jak ojciec, ale byłaś mi obca. Przekonywałem cię łaską jak matka, lecz ty zbuntowałaś się przeciwko mnie. Ugościłem cię jak wędrowca, lecz ty byłaś mi niewdzięczna. Ganiłem cię i karciłem jak sprawiedliwy sędzia, lecz nie chciałaś słuchać. Chwaliłem cię, lecz byłaś wyniosła; kusiłem cię, a ty byłaś zmieszana.

Śpiewałem ci pieśni żałobne, lecz ty nie płakałaś. Śpiewałem radosne pieśni, lecz się nie radowałaś. Walczyłem z tobą, lecz ty się nie ukorzyłaś. Karciłem cię, ale ty się nie smuciłaś. I cokolwiek dobrego starałem się dla ciebie uczynić, nie chciałaś tego i zawsze się opierałaś. Cóż mam teraz uczynić, duszo moja? Bo oto śmierć nadchodzi, a ty wciąż nie pokutujesz, wciąż błądzisz po krzywych ścieżkach. Kochasz pochwały ludzi, gonisz za światową chwałą, szukasz rozkoszy tego wieku, kochasz obżarstwo, gnuśniejesz w całkowitym lenistwie i przerażającej nieczułości, pragniesz odpoczynku, marzysz o kapłaństwie, zazdrościsz proboszczom, oczerniasz duchowieństwo, ale nigdy nie myślisz o swoich grzechach, o śmierci i sądzie. Przyjdź, moja duszo, abyśmy mogli się nawzajem osądzić, wypróbować, wyspowiadać sobie nawzajem, pojednać, przebaczyć i znów być w pokoju....

Przyjdź, duszo moja strapiona i obciążona namiętnościami, abyśmy mogli powrócić do Chrystusa. Przyjdź, utrudzony wędrowcze, abyśmy odpoczęli w cieniu Jego Krzyża. Przyjdź, głodny i spragniony wędrowcze, abyśmy karmili się Jego Ciałem i pili Jego drogocenną Krew. Przyjdź, niegodziwy mnichu, abyśmy odnowili nasze śluby i kierowali naszym życiem zgodnie z wolą Chrystusa. Przyjdź, bracie, obcy i sieroto, abyśmy szukali odpoczynku tylko w Chrystusie. Przyjdź, strapiona i zasmucona duszo, abyśmy znaleźli kroplę pocieszenia i ulgi w Jezusie. Przyjdź, grzeszny człowieku, obciążony troskami życia i ciężarem zbrukanego sumienia, abyśmy mogli zrzucić to jarzmo przez spowiedź przed Chrystusem. On ma przebaczenie, On ma miłosierdzie i hojność, On ma pomoc, On ma miłość, On ma pomyślność, On ma zapłatę, On ma zbawienie.

Przyjdź, moja duszo, przyjdź, abyśmy mogli się spotkać, przebaczyć sobie nawzajem, zjednoczyć się i tak naśladować Chrystusa w pokucie, pokorze i świętym posłuszeństwie.

archimandryta Joanicjusz (Bełan) [tłum. Justyna Pikutin]

za: pravoslavie.ru

fotografia: Darkou /orthphoto.net/