publicystyka: Dolina cienia śmierci

Dolina cienia śmierci

Gabriel Szymczak, 02 marca 2024

Jeśli nawet pójdę pośród cienia śmierci, nie ulęknę się zła, albowiem Ty jesteś ze mną.
(Ps 22, 4)

Cień śmierci, dolina cienia śmierci, ciemna dolina, mroczna dolina, otchłań bez światła...
Różne przekłady różnie nazywają to miejsce, ale dwie cechy są wspólne – znajdujący się w nim mrok i jego (wydaje się) wszechwładność.
Psalmista podąża tą doliną, jednak nie ogarnia go przygnębienie. Wie, że Bóg jest przy nim, że roztacza nad nim opiekę, prowadzi go ku Swemu domowi i na specjalnie przygotowaną dla niego ucztę.

Ta dolina to symbol naszego życia, jakże często postrzeganego jako pasmo niekończącego się cierpienia, zagubienia, opuszczenia. Beznadziei, która zabija każdy promień światła, usiłujący przedostać się do naszego serca. Nieustannych porównań do innych – do tych, którzy podążają po graniach szczytów nad naszymi głowami i wydają się iść lekko i radośnie. Tym większe staje się nasze poczucie bezsensu czy nawet opuszczenia przez Boga.

Psalmista jednak podąża doliną, nie szczytami. Podąża pełen nadziei i wiary w to, że mimo mroku, mimo śmierci, mimo wrogów, którzy są gdzieś wokół, Bóg go nie opuścił.

Mignęły mi kiedyś przed oczami słowa, że dopóki człowiek idzie tą doliną, mimo wszystko kroczy naprzód w swoim życiu – nawet, jeśli góry wokół wydają się sięgać samego nieba, a skały walić na niego - tli się w nim nadzieja na pomoc, na ratunek, jest ziarno zaufania do Boga, że On czuwa i podejmie działanie, gdy będzie to konieczne.
Jeśli jednak człowiek zatrzyma się, wtedy podda się ciemności. Ona zasklepi się wokół niego, wchłonie go całkowicie i odetnie od Życia. Wydaje się, że wtedy już może być trudno o ratunek...

U ludzi to niemożliwe, lecz u Boga wszystko jest możliwe (Mt 19, 26). Możesz kroczyć tą doliną, potykać się o kamienie, uderzać głową w skałę okrytą mrokiem, mieć poczucie całkowitego opuszczenia i osamotnienia, ale tak nie jest. Jest przy tobie - w każdej sekundzie i w każdej rozpadlinie - Ten, Który czuwa, choćbyś Go nie widział, nie słyszał, nie czuł. Choćbyś zwątpił w to, czy On w ogóle istnieje, a jeśli nawet istnieje - to czy Jemu w ogóle na tobie zależy, czy nie odrzucił cię całkowicie, nie uznał za straconego.

Boże Mój, Boże, czemuś Mnie opuścił? (Mt 27, 46)
Słowa, które Jezus wypowiedział na krzyżu, pochodzą z Psalmu 21. Kiedy je wypowiadał, na ziemi trwała ciemność, choć była pełnia dnia. Uważa się, że tych słów Jezus użył jako cytatu, jako modlitwy do Ojca, gdyż nie jest możliwe, aby utracił jedność z Ojcem i Świętym Duchem. A jeśli jednak był tak doskonały i pełny w Swoim człowieczeństwie, że pomimo bycia Bogiem i trwania w jedności Trójcy doświadczył poczucia tego stanu opuszczenia, który czasem jest naszym udziałem? U Boga wszystko jest możliwe...

Bóg nie pozostawia Swego stworzenia. My możemy od Boga odchodzić, możemy Go świadomie porzucać, odcinać się od Niego grzechem, lecz to nie zmienia Jego wołania „przyjdźcie do Mnie wszyscy...”, nie unicestwia Jego miłości do rodzaju ludzkiego, nie anuluje ofiary Krwi, będącej ceną naszego zbawienia.

„Miłujesz bowiem wszystkie stworzenia, niczym się nie brzydzisz, co uczyniłeś, bo gdybyś miał coś w nienawiści, nie byłbyś tego uczynił. Jakżeby coś trwać mogło, gdybyś Ty tego nie chciał? Jak by się zachowało, czego byś nie wezwał? Oszczędzasz wszystko, bo to wszystko Twoje, Panie, miłośniku życia!” (Mdr 11,24-26)

Nasze życie to droga. Póki żyjesz, jakąś kroczysz, czasem ku Bogu i zbawieniu, czasem – ku śmierci. Niczyja droga nie jest zawsze tylko prosta, wygodna, jasna, do pokonania bez wysiłku. Wiara też drogi życia nie prostuje, nie wygładza. Wszyscy mierzymy się z tym samym cieniem, mrokiem, kamieniami, o które możemy się potknąć i upaść. Nikt na tej drodze nie jest uprzywilejowany. I droga każdego z nas jest wyjątkowa, niepowtarzalna, tak jak każdy z nas jest inny – nie możesz przełożyć swoich doświadczeń na drugiego człowieka, ani jego – na siebie, Bóg stworzył nas unikalnymi, nie jesteśmy swoimi kopiami.

Syn marnotrawny z czytania 2. niedzieli przedpościa też był wyjątkowy, inny niż jego zawsze posłuszny ojcu brat. Rwał się w świat. Chciał samodzielności i wyzwań. Pochodząc z bogatego rodu, chciał zapewne utrzymania tego samego luksusu, ale na swoich, a nie ojca, warunkach. Ojciec więc „rozdzielił dorobek między nich. A po niewielu dniach, zabrawszy wszystko, młodszy syn odszedł do dalekiej krainy” (Łk 15, 12-13).

Czujesz jego radość? Czujesz piękno jego drogi? Nareszcie wolny, bez rodzicielskiego nadzoru, bogaty, swobodny w wyborze własnej ścieżki… Zaiste, jego duch musiał być lekki, a krok dziarski!

Poszedł do dalekiej krainy i używał życia, ile mógł. Co było dalej, wiemy. Majątek przepadł, krainę i jego dopadły głód i nędza. Pracował, wykonując zawód hańby dla Izraelity – pasąc świnie. I z głodu marzył o ich karmie…

Przypowieść mówi: „Opamiętawszy się zaś, rzekł: […] Pójdę do ojca mego i powiem mu: Ojcze zgrzeszyłem… już nie jestem godzien być zwany twoim synem; uczyń mnie jednym z najemników swoich”.

Młody, butny panicz. Przyzwyczajony do luksusu i łatwego życia, zderzony ze stratą wszystkiego, z własnej winy. Zderzony z brutalną rzeczywistością biedy, podległości obcym i nicnieznaczenia w świecie, który hołubi majątek i pozycję. W którym musisz mieć, by być kimś.

Jaka był jego droga powrotna? Czy szedł szybko, gnany głodem i nadzieją, że ojciec go przyjmie? Czy „wlókł się noga za nogą”, targany wątpliwościami, czy w ogóle wracać, i niepewnością, jak i czy w ogóle ojciec go przyjmie? Wychodził z domu jako pan, wraca – jako nędzarz… Jego otoczenie, przyjaciele – wtedy pewnie mu zazdrościli. A teraz? Będzie pośmiewiskiem jako nieudacznik życiowy…

Jednak idzie dalej. Może wydawało mu się, że kroczy teraz swoją własną ciemną doliną, ale nie zatrzymuje się. Krok za krokiem, coraz bliżej ojca.

Zawsze w tym miejscu ujmowało mnie brzmienie tekstu – oto syn ułożył sobie wcześniej to, co powie ojcu. Ale „gdy jeszcze był daleko, ujrzał go ojciec i wzruszony ulitował się, i pobiegłszy, rzucił mu się na szyję, i ucałował go”. Dopiero wtedy syn rzekł do ojca…

Ojciec wypatrywał przyjścia swego syna. Czekał na niego – długo i stale. Pełen troski i nadziei, ale zapewne i lęku, że coś się mogło stać, że syn nigdy już się nie pojawi, że go stracił na zawsze.

Obaj byli w tej samej ciemnej dolinie. Syn sam do niej wszedł, lecz swym ruchem zmusił do tego również ojca. Dolina smutku, rozpaczy i strachu syna wypełniła się nadzieją, miłością i oczekiwaniem ojca. Bicie serca ojca stało się dla syna drogowskazem pośród ciemności i zwątpienia.

Syn to człowiek. Ojciec to Bóg.
Nigdy nie jesteś sam. Nigdy ciemności nie są tak gęste, by Bóg ich nie rozproszył. Nigdy rozpadlina nie jest tak głęboka, by Bóg nie zszedł na jej dno, szukając tam ciebie. Nigdy nikt z nas nie jest tak ostatecznie stracony, by w Bogu nie było dla niego nadziei i przebaczenia. U Boga wszystko jest możliwe...

Nie zastanawiaj się, co powiedzieć. Nie trać czasu, szykując piękne opowieści, szukając wytłumaczenia, usprawiedliwienia. Nie obawiaj się, co powiedzą ludzie, czy będą się śmiać, wytykać cię palcem, naigrawać z twego „nawrócenia”. To wszystko nie ma żadnego znaczenia. Tylko jedno jest ważne i tylko jedno musisz zrobić – ty sam, w tym cię nikt nie wyręczy – przesuń jedną stopę do przodu. Rusz z miejsca. Ojciec czeka. W tej ciemnej dolinie On jest razem z tobą. Idź.

Gabriel Szymczak

fotografia: palavos /orthphoto.net/