publicystyka: Jeden jest Bóg
kuchnia muzyka sklep
polska świat
publicystyka pytania i odpowiedzi archiwum
ogłoszenia wydarzenia fotogalerie
redakcja wesprzyj nas kontakt

Jeden jest Bóg

Gabriel Szymczak, 17 stycznia 2024

Sobór św. Marii Magdaleny w Warszawie. Miejsce, w którym dla mnie zaczęło się prawosławie.
Zapamiętałem go jako ogromną i nieco tajemniczą świątynię, której nigdy „turystycznie” nie obejrzałem, właściwie nie wiem, dlaczego. Kapiący złotem ikon i łampad, uspokajał po ferworze korpo-walki swym wieczornym mrokiem i drżącym światłem świec.
Miałem w nim „swoje” miejsce, pod ścianą; przytulony do niej, w tym jednak obcym świecie czułem się bezpiecznie.

To tam dość nagle podjąłem decyzję o zanurzeniu się w Wielki Post. To tam narodziła się decyzja o dążeniu do prawosławia, a jej wykonanie miało miejsce już po przeprowadzce na Podlasie, w białostockiej katedrze.

Będąc ostatnio w Warszawie, z radością pobiegłem do soboru na piątkową liturgię, trochę sentymentalnie chcąc wrócić do przeszłości. I ani ten sobór wielki, ani tajemniczy... - ale nadal w jakimś stopniu „mój”. Niesamowicie miło było w nim znowu być!

Miałem szczęście, trafiając do niego w tamtym nieco zwariowanym momencie życia. Miałem szczęście, że spokojnie mogłem kryć się w tłumie, ze swoją niewiedzą co, jak i kiedy robić… Że nikt na mnie krzywo nie patrzył, kiedy w końcu zacząłem się żegnać znakiem krzyża, niekiedy kompletnie myląc kierunki... Dlatego z czułością patrzę na turystów, i tych „obcych” wyznaniowo, i tych prawdopodobnie spoza jakiejkolwiek wiary, którzy wkraczają w świat naszego soboru czy innych cerkwi, i też niekiedy są nieco zagubieni, nieco przestraszeni, ale ciekawość utrzymuje ich tam przez jakiś czas. W każdym widzę siebie.

Gospodarzem każdej świątyni jest Bóg. To Jego „kawałek podłogi”, miejsce, w którym specjalnie czeka na tych, którzy Go szukają, którzy chcą z Nim spędzić chwilę. I na tych, którzy wpadną tam przez „przypadek” i coś nagle poczują - być może to będzie początek ich drogi do Niego. My, wierzący, jesteśmy tam tylko Jego pomocnikami, pełniącymi służbę przy drzwiach, by wpuścić innych. Czasem w Boże ramiona trafia się właśnie przez ciężkie drzwi świątyni, szeroko otwierane przez jej domowników.

Może to nieortodoksyjne, ale każde miejsce uświęcone modlitwą ludzi wierzących w Boga i ku Niemu dążących jest dla mnie Jego świątynią, Jego „kawałkiem podłogi”. Wchodzę w nie z radością, z ciekawością poznania czegoś innego, doświadczenia różnorodności. Bóg w Swym stworzeniu jest jej Mistrzem; choć w przypadku chrześcijaństwa nie wydaje się ona Jego zamysłem, bo to my, ludzie, doprowadziliśmy do podziałów i niezgody, On i tak jest w stanie wykorzystać nawet te nasze błędy, by przyciągnąć do Siebie poszukujących, jak nie w jednym miejscu, to w innym - bo może tam czyjeś serce zabiło mocniej lub dusza była już bardziej gotowa na wejście w relację z Nim.

Tym miejsce przełomu był dla mnie właśnie warszawski sobór. Ale takich świątyń, które pojawiały się jak przystanki na drodze do Boga, było kilka.

To choćby poznańska, rzymskokatolicka fara, do której niekiedy wpadałem na chwilę refleksji i odpoczynku po godzinach najpierw na uczelni, a potem w pracy. Nad drzwiami wejściowymi jest napis Domus Domini (et) porta coeli Dom Boga i brama do nieba. To słowa zaczerpnięte z Księgi Rodzaju (28, 17), wypowiedziane przez Jakuba po przebudzeniu się ze snu, w którym ujrzał drabinę do nieba.
Barokowy, złoty przepych wnętrza fary tonął wieczorami w ciepłym półmroku, cisza koiła nerwy i emocje, kierowała uwagę ku temu, co nieprzemijające, przekraczające ludzkie ograniczenia i ziemskie problemy. Można było zatopić się w ławce w rozmyślaniu, czytaniu Pisma, albo po prostu chłonąć atmosferę miejsca wypełnionego wiekami modlitwy, próśb, podziękowań, a może tylko bezsilnych westchnięć...

Był też kościół ewangelicko-metodystyczny Świętego Krzyża, również poznański. Jakże kontrastujący z farą! Praktycznie puste wnętrze, jasny wystrój i światło zewnętrzne obficie wlewające się za dnia do środka, żywa ilustracja słów naszej modlitwy z jutrzni – Chwała Tobie, który pokazałeś nam światłość.

Fara to cisza i skupienie, przytłumione szepty; metodyści to radość głośnych powitań przychodzących na niedzielne nabożeństwa, żegnanych potem przy wyjściu przez pastora i dziękujących sobie wzajemnie za wspólnotę modlitwy.

Fara to anonimowość i samotność, ale taka dobra - jesteś tam po prostu sam ze sobą, ze swoimi myślami, przeżyciami, masz czas dla siebie, lecz w Jego obecności. U metodystów obcy się nie prześliźnie niezauważony, jest ciepłe przywitanie, zaproszenie do ławki, wręczony kancjonał (śpiewnik), by śledzić teksty i jeśli ktoś ma ochotę - włączyć się w modlitwę.

I w końcu nasze 2 katedry, warszawska i białostocka. Dla „obcych” – trochę jak fara, bo nikt cię nie atakuje, ale i trochę jak metodyści – bo zauważamy, że przyszedłeś, jesteśmy czujni. A ze „swoimi” witamy się niekiedy tak samo ciepło i głośno jak oni.

Różne miejsca, różne wyznania, różne światy… Połączone modlitwą i Bogiem. Nienachalnie, ale zapraszające. Kierujące myśli ku czemuś – i Komuś - innemu, wiecznemu, nadającemu sens życiu. Kojące niepokój albo wręcz przeciwnie – szarpiące duszę pytaniem dlaczego i po co… Dlaczego wierzą, po co tu przychodzą, co w tym widzą? Skąd po nabożeństwie ta radość i energia lub spokój i wyciszenie? Czy ja mogę - czy potrafię - tak samo…?

Wydaje się, że świątynia jest jedynym miejscem, gdzie wbrew pędowi świata wszystko się zatrzymuje. Tam wkraczamy w inną rzeczywistość, gdzie czas nie ma znaczenia i w której – choć między ludźmi – jest się sam na sam z Bogiem. W której nie liczy się to, kim jesteś, co potrafisz, jak wyglądasz – ale to, że przychodzisz, szukasz, czujesz głód Tego, Który wzywa do Siebie każdego człowieka.

Jakub, obudziwszy się ze snu, zdjęty trwogą rzekł: O, jakimże lękiem napawa to miejsce! Nic tu innego, tylko dom Boży i brama do nieba. Mojżesz, kiedy zbliżał się do płonącego, lecz nie ulegającego spaleniu krzewu, usłyszał głos Boga: Zdejmij sandały z nóg, bo miejsce, na którym stoisz, jest ziemią świętą.
Miejsca, do których przychodzimy na modlitwę, na służbę, nie budzą już w nas grozy; szacunek, respekt, radość – tak. Przyciągają atmosferą, światłem, kolorem; ale przede wszystkim przyciąga Ten, do Którego należą i Który w nich daje nam szczególną możliwość zbliżenia się do Siebie.

Kiedyś mignęło mi przed oczami zdanie, że jeśli ktoś jest mocny w swojej wierze, nie będzie się bać tego, co inne, odmienne. Nie zasieje ono wątpliwości i nie złamie go; może posłużyć głębszej refleksji, spojrzeniu na relację z Bogiem z innej strony, może nawet pomoże ją rozwinąć i umocnić.

Przypominają mi się 2 fragmenty Ewangelii – wg św. Marka i Łukasza:

Mk 9, 38-41
Odezwał się Jan, mówiąc: - Nauczycielu, widzieliśmy kogoś, kto wypędzał demony w imię Twoje, a nie chodzi z nami i zabroniliśmy mu, bo za nami nie podąża. Odrzekł Jezus: - Nie zabraniajcie mu, nie ma bowiem nikogo, kto by dokonywał [potężnych] dzieł w imię Moje i mógł potem Mnie zniesławiać. Albowiem kto nie jest przeciwko wam, jest z wami. Ktokolwiek poda wam kubek wody w imię Moje dlatego, że jesteście Chrystusowi, amen powiadam wam: nie utraci zapłaty swojej.

Łk 9, 49-55
Stało się, gdy dopełniły się dni Jego wstępowania, obrócił oblicze, by pójść do Jeruzalem, i posłał przed sobą zwiastunów. I wyruszywszy, weszli do wsi Samarytan, aby poczynić dla Niego przygotowania. I nie przyjęli Go, bo widać było, że idzie do Jeruzalem. Widząc to, uczniowie Jakub i Jan powiedzieli: - Panie, chcesz, abyśmy nakazali ogniowi zstąpić z nieba i ich pochłonąć, tak jak to Eliasz uczynił? Odwróciwszy się, zgromił ich.

Apostołowie byli bardzo gorliwi w swej służbie Mistrzowi i Jego dziełu, nawet kosztem eliminacji przeciwstawiających się Mu lub nie dość „swoich”. Jezus jednak ponad wszystko postawił miłość i miłosierdzie, i akceptację tego, co może inaczej, ale jednak w Jego imię jako dobro jest czynione.

On wiedział, do czego my, ludzie, żądni władzy / prymatu / racji jedynie po swojej stronie możemy doprowadzić, stąd słowa modlitwy arcykapłańskiej, zapisane przez św. Jana (17, 20-23):
Nie za tych proszę jedynie, ale i za tych, którzy dzięki ich słowom uwierzą we Mnie. Aby wszyscy byli jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni w Nas jedno byli, żeby świat uwierzył, iż Ty Mnie wysłałeś. Chwałę zaś, którą Mi dałeś, im dałem, aby byli jedno, jak My jedno jesteśmy. Ja w nich, a Ty we Mnie, aby byli doskonali w jedności, żeby świat poznał, iż Ty Mnie wysłałeś i umiłowałeś ich tak, jak Mnie umiłowałeś.

Chrześcijaństwo nie stanowi już jedności, podział jest faktem. To sprawia, że światu trudniej jest uwierzyć w Bożą miłość, bo to, co czasem widzi między nami, to niestety brak wzajemnej miłości.

W Ewangelii wg św. Mateusza (22, 37-39) jest odpowiedź Jezusa na pytanie o największe przykazanie: Będziesz miłował Pana, Boga twego, całym twym sercem i całą twą duszą, i całym twym umysłem. To jest pierwsze i największe przykazanie. Drugie zaś jest podobne do niego: Będziesz miłował bliźniego twego jak siebie samego. Władyka Jakub w homilii do tego fragmentu powiedział kiedyś, że bylibyśmy doskonali w tej miłości do Boga i w jej okazywaniu wobec Niego, gdyby nie ten trzeci - nasz bliźni, czasem tak denerwujący i tak bardzo nam w tym przeszkadzający...

A bliźni spoza naszej wspólnoty może być jeszcze gorszy przez swoją obcość. Tymczasem Jezus jako Mesjasz ujawnił się przy studni Jakubowej obcej, Samarytance. Posłany w pierwszej kolejności do ludu Izraela, uzdrowił córkę kobiety kananejskiej, obcej, zadziwiony głębią jej wiary. I jakże mocnymi słowami: Amen, mówię wam, u nikogo w Izraelu takiej wiary nie znalazłem (Mt 8, 10) zawstydził naród wybrany, wskazując postawę i wiarę rzymskiego setnika, obcego i na domiar złego okupanta.

Ewangelia, podając słowa Chrystusa, wskazuje nam tych obcych za wzór do naśladowania. Są oni przykładem wiary, zaufania, nieustępliwości w nadziei i dużej odwagi, można by nawet rzec – zaciętości w dyskutowaniu z Bogiem.

A On jest niesamowity w Swej dobroci i miłości, i uczy nas tej niesamowitości w każdy możliwy sposób i przez każdego człowieka, którego spotykamy na swej drodze – nawet jeśli jest inny, nawet jeśli jego miejsce modlitwy wygląda inaczej lub w ogóle (jeszcze?) nie ma żadnego. Bliźni nie może nam więc przeszkadzać, denerwować, wszak jest obrazem Boga, nosi tę samą Bożą pieczęć co my. I to on jest dla nas wskaźnikiem, papierkiem lakmusowym tego, czy w ogóle idziemy za Jezusem, rozpoznając Go w innym, służąc innemu tak, jakbyśmy służyli samemu Bogu. W przypowieści Jezusa o sądzie ostatecznym (Mt 25, 31-46) ci, których On od siebie odrzuca, pytają: Panie, kiedy widzieliśmy Cię […] i nie usłużyliśmy Ci? Co, jeśli ich zaskoczenie wynika z tego, że służyli, pomagali, szanowali – ale tylko swoich? Innych, tych najmniejszych, ich postawa już nie obejmowała – i to spotkało się z mocnym osądem.

Przykazanie Będziesz miłował Pana, swego Boga…, a swego bliźniego jak siebie samego jest myślą przewodnią tegorocznego Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan (18 – 25.01.2024).

To dziwny czas w roku. Uwydatnia nasz podział, byśmy prosili o jedność. Pokazuje naszą wzajemną „obcość”, byśmy dostrzegli Boski pierwiastek, który nas łączy. Pozwala doświadczyć liturgicznej odrębności, byśmy razem odmówili modlitwę, której nauczył nas Jezus - Ojcze nasz. Nie mój, nie twój, ale właśnie nasz.

To czas patrzenia na siebie z miłością, szacunkiem, otwartością. To czas, w którym wołanie do naszego wspólnego Ojca może pomóc każdemu z nas w umocnieniu naszej własnej wiary i zaufania do Boga, Który jako jedyny zło podziału może przekuć w ponowną jedność.

Sam od kilku lat na ten czas czekam, trochę tak jak na wymarzony, daleki wyjazd, podczas którego chciałbym chłonąć urok dotychczas nieznanych lub znanych tylko ze słyszenia miejsc. Teraz mogę je zobaczyć, poczuć, doświadczyć. Zastanowić się nad usłyszanymi modlitwami, homiliami kaznodziejów innych niż nasi. Nie czuję obawy. Czuję radość. Wiem też, że tak jak podczas każdej, nawet najwspanialszej i najdłuższej podróży pojawia się w którymś momencie tęsknota za domem i chęć powrotu, z radością wrócę do „mojego” soboru, na czuwanie i Boską Liturgię. Bo sobór jest moim miejscem, moim duchowym domem. Ale Gospodarz tych różnych miejsc jest ten sam.

Jeśli więc ktokolwiek pójdzie do „obcego” Domu Boga i bramy do nieba, może tam też spotka właśnie Jego, Tego, w Którego wierzymy, Którego wyznajemy swym sercem, Który czeka i Który pragnie, aby wszyscy ludzie zostali zbawieni, i doszli do poznania prawdy. Bo jeden jest Bóg (1 Tm 2, 4-5).

Postscriptum

Zdjęcie, które wykorzystałem, zostało zrobione podczas nieszporów ekumenicznych w 2023 r., odprawionych w rzymskokatolickim kościele pw. św. Stanisława w Białymstoku. Opublikowano je na oficjalnej stronie rzymskokatolickiej Archidiecezji Białostockiej.

Umieściłem je, ponieważ scena na nim uwieczniona mocno tkwi w mojej pamięci. Kiedy nabożeństwo się skończyło, katolicki ksiądz i nasz władyka serdecznie i mocno się uściskali, a potem dłuższą chwilę rozmawiali, obejmując się rękoma tak, jak pokazuje to zdjęcie.

Dwa Kościoły. Dwaj duchowni. Dwaj ludzie.

Kiedyś podobni im byli po dwóch stronach barykady, ścierając się nie tylko słownie, obrzucając klątwami, nie widząc żadnej przestrzeni na spotkanie i rozmowę, nawet nie myśląc o postawieniu czubka stopy w obcej, heretyckiej świątyni.

Dzisiaj, wciąż się różniąc, dyskutując i wciąż nie mając wspólnoty Kielicha Pańskiego, potrafimy witać się z radością, rozmawiać, trwać w uścisku, wydobywając na plan pierwszy to, co nas łączy, i to, co wspólne – wiarę w Jedynego Boga, w zbawczą ofiarę Chrystusa za wszystkich ludzi, i nasze wspólne człowieczeństwo. Potrafimy traktować się z szacunkiem i braterską miłością, ponad granicami podziałów.

Dwa Kościoły. Dwaj duchowni. Dwaj ludzie. Ten sam obraz Boży w każdym. Bo jeden jest Bóg.


Gabriel Szymczak

fotografia: Teresa Margańska /archibial.pl/