publicystyka: Chlubimy się nadzieją

Chlubimy się nadzieją

o. Themistoklis Mourtzanos (tłum. Gabriel Szymczak), 21 stycznia 2024

„Chlubimy się nadzieją chwały Bożej. Co więcej, chlubimy się w uciskach.” (Rz 5, 2-3)

Ludzie cieszą się w swoim życiu nagrodami i pochwałami. Czują, że ich wysiłki, sukcesy i cierpliwość zostały docenione. Czują, że zarówno Bóg, jak i inni ludzie widzą ich pracę i gratulują im. Pochwała jednak często staje się powodem do samousprawiedliwienia i wywyższania się. Kiedy indziej ludzie otrząsają się z pochwał innych i są w stanie kontynuować swoje wysiłki, zwłaszcza gdy dotyczą one społeczeństwa jako całości. W polityce pochwała pochodzi z głosowania w wyborach. W Kościele - z korony świętości. W rodzinie to dobre słowa i zachęta, jakie rodzice przekazują swoim dzieciom. Jest też pochwała innego rodzaju. ‘Ukrywanie’ grzechów, pomyłek i błędów innych ludzi. Nienazywanie ich, co nie oznacza zapomnienia o nich czy bycia wobec nich obojętnym, ale świadczy o ich transcendencji, o przebaczeniu i przekonaniu, że dana osoba potrzebuje wsparcia, a nie rujnowania.

Pochwała czasami rodzi przechwałki, dlatego należy ją wyrażać oszczędnie. Jest zdrowe przechwalanie się. To wiara w ludzi, których znamy i ze względu na których jesteśmy szczęśliwi, bo z ich udanego życia czerpiemy siłę i odwagę, by kontynuować swoje. Jednocześnie w naszym życiu zdarzają się wydarzenia, które są dowodem cierpienia. Martwią nas. Ale jednocześnie przybliżają nas do Chrystusa, do naszego prawdziwego przeznaczenia. Dlatego nie powinniśmy narzekać, wahać się ani odrzucać naszego życia. Nasze ludzkie próby i smutki, jakie one przynoszą, powodują naszą pokorę, poznajemy nasze ograniczenia, naszą śmiertelność, zdajemy sobie sprawę, jak daleko mogą nas zaprowadzić nasze siły i, w końcu, jak słabi jesteśmy. To powstrzymuje nas od przechwalania się jakimikolwiek osiągnięciami, jakie możemy sobie przypisywać.

Pisząc do Rzymian, św. Paweł stwierdza, że słusznie możemy się pochwalić dwiema rzeczami w naszym życiu. Po pierwsze, mamy nadzieję, że będziemy mieć udział w chwale Boga, to znaczy w triumfie Jego woli i Jego królestwa na tym świecie. Oznacza to, że będziemy mogli się radować, ponieważ przeminie forma tego świata, zarówno jeśli chodzi o jego aspekt materialny, jak i grzech samouwielbienia człowieka, który daje początek cywilizacji, władzy i autorytetom, ale który jednak jest ulotny i nie może szkodzić tym, którzy kochają Boga i bliźniego. Mamy nadzieję, że będziemy mieli udział w chwale Bożej, to znaczy w odnowie świata, zmartwychwstaniu, życiu w przyszłym wieku, świętości i radości obcowania z Chrystusem na zawsze, bez ograniczeń, smutków i śmierci. I ta nadzieja przezwycięża naszą własną ulotność i śmiertelność. Towarzyszy nam aż do końca i otwiera nam bramy do wieczności. To nadzieja, której nie mają ci, którzy umniejszają ludzką egzystencję w obliczu śmierci, i dlatego cierpią. Mogą zastąpić to umiłowaniem przyjemności, sławy, samowystarczalności w tym życiu lub osiągnięcia jakichkolwiek celów, jakie sobie wyznaczyli, aby być szczęśliwymi, ale ostatecznie czeka ich całkowita izolacja i ciemność niewiary w przyszłość i w zmartwychwstanie. I ten brak wiary wyjaśnia okropności, za pomocą których ludzie próbują udowodnić swoją wszechwładną moc, czy to poprzez budynki, mechanizmy, wynalazki, naukę czy piękne słowa. Nie mogą jednak przełamać smutku, bo wszystko kiedyś się kończy.

Druga sprawa to nasze smutki i próby. To one zbliżają nas do Boga, bo czujemy, że bez Niego nic nie osiągniemy, a jeśli zdamy się na Jego wolę, a nie na swoją, odnajdziemy w życiu spokój. Aby zaufać, jesteś wezwany do kochania Tego, o którym wiesz, że cię kocha. Nawet jeśli miłości towarzyszy ból, to jednak rodzi ona zbawienie w postaci pokory, cierpliwości i nadziei. To zupełnie inna forma cywilizacji. Nie ego, ale zakochanej osoby, która poddaje się „Tobie, Panie”.

Nadzieja to nie tylko oczekiwanie. Nadzieja rodzi się, gdy ludzie czują, że ich osobiste siły są niewystarczające. Że nie chodzi po prostu o to, że nie są wszechmocni, ale że jest Ktoś, Kto ich kocha, Kto się nimi opiekuje i Kto nie opuści ich nawet w trudnych chwilach. Będzie dawał znaki błogosławieństwa i życia. Nasza wiara nie wyrywa nas z życia świata i z czasu, ale na nowo definiuje znaczenie drogi nadziei. Nie potrzebujemy pochwał. Nie chlubimy się tym, co osiągnęliśmy, ale Tym, który nas kocha. A jednocześnie godzimy się na zmianę celu, jakim jest szczęście: zbawia nas już nie zaspokojenie naszej woli, ale wola Boga, miłość, cierpliwość, ofiara. Ta droga wymaga ascetycznego wysiłku i pomocy. Wymaga wiedzy, którą może zapewnić jedynie życie Kościoła - ponieważ Chrystus jest w Kościele. A gdzie jest Chrystus, tam jest nadzieja.

o. Themistoklis Mourtzanos (tłum. Gabriel Szymczak)

za: pemptousia.com

fotografia: haramu /orthphoto.net/