publicystyka: Prezent od Boga
kuchnia muzyka sklep
polska świat
publicystyka pytania i odpowiedzi archiwum
ogłoszenia wydarzenia fotogalerie
redakcja wesprzyj nas kontakt

Prezent od Boga

Gabriel Szymczak, 10 marca 2024

„To jest tak, jak z człowiekiem, który wyruszając w podróż, zwołał sługi swoje i przekazał im swój majątek. Temu dał pięć talentów, temu dwa, temu zaś jeden, każdemu według jego możliwości. I ruszył w drogę natychmiast. Ten, który otrzymał pięć talentów, poszedł, obracał nimi i zyskał innych pięć. Tak samo ten, co wziął dwa, zyskał inne dwa. Ten zaś, co wziął jeden, odszedłszy, wykopał w ziemi dół i ukrył srebro swego pana. Po długim czasie przychodzi pan sług owych i dokonuje rozrachunku z nimi. […] Ten, co wziął jeden talent, rzekł: - Panie, wiedząc, że jesteś człowiekiem surowym, że żniesz, gdzie nie posiałeś, i zbierasz tam, gdzie nie rozsypałeś, pełen strachu poszedłszy, skryłem talent twój w ziemi. Oto masz, co twoje.”
Mt 25, 14-25

1, 2, 5 talentów… - to dużo czy mało?

Talent był jednostką wagi, na terenie Palestyny odpowiadał około 34 kilogramom. W czasach Jezusa talent był przede wszystkim miarą ilości pieniądza w postaci szlachetnego kruszcu - srebra lub złota. Jeden talent to 6.000 denarów, a 1 denar (czyli 5,7 g srebra) to tyle, ile płacono za dzień pracy (por. Mt 20, 2).

Sługa obdarowany „zaledwie” 1 talentem otrzymał więc 34 kilogramy srebra. Gdyby chciał wynająć kogoś do pracy, mógłby mu zapłacić za prawie 20 lat pracy, odliczając jedynie dni szabasowe.

Możny z przypowieści powierzył swoim sługom zarządzanie majątkiem według ich możliwości, ale i ten, kogo ocenił najniżej, otrzymał pokaźną fortunę. Możnym jest Bóg, a On nigdy jest skąpy. Każdy, nawet najmniejszy Jego dar, jest wielkim i szczodrym – tylko człowiek czasem tego nie potrafi lub nie chce dostrzec, porównuje się do innych i ślepy na własne, realne według Boga możliwości, zamiast ten dar wykorzystywać i pomnażać, żyje w poczuciu krzywdy lub trwa w bezruchu.

Talentem, jak pisze św. Jan Chryzostom w swojej homilii do tego czytania, „są tutaj możliwości każdego: czy co do pieniędzy, opieki, nauczania, czy jakiejkolwiek innej podobnej rzeczy. Niech nikt nie mówi: «Mam jeden talent i nic nie mogę zrobić» (por. 25, 15-18). Nawet z jednym talentem możesz czynić dobrze. [...] Dlatego dał nam Bóg mowę, ręce, nogi, silne ciało, serce, rozum, abyśmy używali wszystkich tych darów dla naszego zbawienia i dla pożytku bliźnich.” A „kto zatem umie dobrze czynić, a nie czyni, popełnia grzech” (Jk 4,17).

Coraz częściej myślę, że najtrudniejszym momentem spotkania z Bogiem po zakończeniu ziemskiej pielgrzymki może wcale nie być rozmowa o grzechach rozumianych jako coś złego, co uczyniłem. Najmniej przyjemna może być lista zaniechań, niewykorzystania talentów, które On mi powierzył – zdolności i sił, i sprzyjających ich użyciu okoliczności, które On tworzył, a które ja tak skutecznie ignorowałem. I powoływanie się na jakiś lęk, obawę przed reakcją otoczenia, śmiech czy możliwe odrzucenie nie będą usprawiedliwieniem. „Starczy ci łaska moja. Moc bowiem moja w słabości się doskonali” (2 Kor 12, 9) – to, co słabe, jeśli Boże rzeczy czyni, jest wspierane. To, co leniwe, gnuśne – podlega osądowi.

Bóg nie wydaje się oczekiwać od człowieka niczego ponad jego możliwości i ponad warunki, w których ten żyje. Jeśli czegoś więcej z Bożej perspektywy potrzeba, On sam to zapewni. Apostołowie mieli ewangelizować świat, otrzymali więc podczas zesłania Świętego Ducha Jego moc i dar języków. Chrystus potrzebował do pracy wśród Żydów kogoś przez nich szanowanego i uznawanego za „swojego”, za autorytet – z drogi do Damaszku porwał więc ku Sobie świętego Pawła i otworzył jego serce na Swą żywą obecność i naukę. W czasach niewoli egipskiej potrzebny był lider narodu Izraela, zdolny go poruszyć i wyprowadzić stamtąd do nowej ziemi. Bóg widział go w Mojżeszu. Ten jednak usiłował nie dać się do tej roli powołać, mówiąc: „Wybacz, Panie, ale ja nie jestem wymowny, […] ociężały usta moje i język mój zesztywniał. […] Poślij kogo innego”. Bóg jednak był nieustępliwy - Mojżesz miał brata, Aarona, obdarzonego darem wymowy, z którym mógł stworzyć dobrze współpracujący duet. Rzekł więc Pan do Mojżesza: „Ja zaś będę przy ustach twoich i jego, i pouczę was, co winniście czynić. Zamiast ciebie on będzie mówić do ludu” (Wj 4, 10-15). Bóg jest wytrwały.

Tę Bożą wytrwałość – i cierpliwość – widać w relacji z ludzkością każdego wieku. Bóg jej nie odrzuca, choć ona z Nim tak czyni. Mimo naszego buntu nie zaprzestał obdarzać ludzi Swoimi darami. Zaprzeczamy Jego istnieniu – a On nadal przy nas trwa. Żadne wyparcie się Boga nie powoduje Jego odejścia czy przerwania strumienia błogosławieństw. W Swej bezmiernej miłości do rodzaju ludzkiego Bóg podejmuje się Wcielenia i Ukrzyżowania – by Zmartwychwstaniem obwieścić światu, że nadal go kocha, miłością wieczną, i że chce jego zbawienia.

Cokolwiek by człowiek uczynił – Bóg i tak jest przy nim, gotowy do przebaczenia, wsparcia, ukojenia łez rozpaczy, gdy jest naprawdę źle. Nie zawsze się tego doświadcza od razu i nie zawsze jest się gotowym przyznać, że Boża interwencja nastąpiła. Czasem mówimy – przypadek. Jednak niekiedy tych przypadków jest zbyt dużo i za bardzo układają się w logiczną całość, ku czemuś prowadzącą, by uznać je tylko za przypadki.

Tak jest i z Jego darami – każdy, bez wyjątku, coś dostał. Jeden mniej, drugi zdecydowanie więcej. Zazdrościmy tym szczodrzej potraktowanym, i jeśli ta zazdrość pobudza do maksymalizacji wykorzystania tego, co sami mamy - jest dobrze. Jeśli powoduje zawiść, frustrację, gniew, jeśli spala nas wewnętrznie i blokuje przed robieniem czegokolwiek – jako chrześcijanie mamy duży problem.

Człowiek z przypowieści przestraszył się tego, co dostał, przeraził się odpowiedzialności i konieczności podjęcia ryzyka. Pan nie powiedział im przecież, co konkretnie mają uczynić – decyzja należała do nich. Musieli być kreatywni i przedsiębiorczy, szukać najlepszych możliwości. To było wyjście poza strefę komfortu, w której dotychczas żyli, gdzie wszystko było poukładane, znane, bezpieczne, gdzie to pan o wszystkim decydował. Komfort usypia, sprzyja pozostawaniu w miejscu i zadowoleniu z tego, co już się ma, komfort zabija rozwój.

Ewangelia brzmi tak trochę bajkowo – oto ci dwaj aktywni słudzy poszli, obracali otrzymanymi talentami i zyskali... Jakby zysk przyszedł im lekko, łatwo i przyjemnie. A przecież przy każdej inwestycji musisz podjąć szereg decyzji, ocenić ryzyko, wybrać najlepsze - i realne - opcje, musisz działać, monitorować skutki, modyfikować działanie, jeśli coś się nie sprawdza. Zysk nie przychodzi sam, zysk jest wypracowywany w pocie czoła i umysłu.

Sługa od jednego talentu też wykonał pewną pracę, pewne działanie. Najpierw przestraszył się odpowiedzialności. Potem poszedł i zakopał swój talent, aby był bezpieczny, aby nikt go nie ukradł. Być może później otrzepał ręce – i czekał na powrót swego pana. Jednak skoro w oczach sługi jego pan to „człowiek surowy, który żnie, gdzie nie posiał, i zbiera tam, gdzie nie rozsypał” (Mt 25, 24), czekanie mogło nie być spokojne...

Czy pan rzeczywiście jest aż tak zły? Powierza swoim sługom pokaźny majątek, w sumie to przecież 272 kilogramy srebra. Przypowieść wręcz mówi: „ przekazał im swój majątek” - tak jakby to było wszystko, co posiadał. Słudzy nie są dla niego tylko jakimiś anonimowymi ludźmi, pracującymi w jego domu – zna ich możliwości, potencjał, wie, do czego są zdolni; według tego powierza im różne kwoty w zarządzanie. Ufa im – przecież skoro wyjechał, któryś mógłby wykorzystać okazję i uciec z pieniędzmi, by gdzieś daleko zacząć nowe życie. Pan wie, że tego nie zrobią. Ci, którzy pomnożyli jego majątek, słyszą: „Sługo dobry i wierny, […] wejdź do radości pana twego” - czy powiedziałby tak tyran? Czy dzieliłby się ze sługami swoją radością i ucztował z nimi, bo wówczas głównie tak wyrażano radość?

Sługa, który zakopał swój talent, usłyszał: „Trzeba ci więc było dać srebro moje kupcom, a ja przyszedłszy, odebrałbym to, co moje, z zyskiem”. Św. Jan Chryzostom stwierdza: „Ludzie [...] odpowiedzialnym za odebranie czynią tego, który wypożyczył na procent. On natomiast inaczej. Powinieneś, powiada, był umieścić (srebro u bankierów – przyp. aut.), a mnie zostawić odebranie, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność [...]. Ty powinieneś był uczynić to, co łatwiejsze, a mnie zostawić to, co trudniejsze”. Zaiste, pan doskonale znał ograniczenia swego sługi, a jedyne, czego oczekiwał, to uczynienia czegokolwiek, by powierzone dobro miało szansę zostać pomnożone, nawet jeśli mnożyłyby je ręce innych ludzi.

Co to mówi o Bogu, skoro to On jest panem z przypowieści? Bóg jest pozytywnie zachłanny, kocha obfitość. Jeśli rozejrzymy się po świecie, po Jego stworzeniu – widać to wszędzie. Tysiące gatunków roślin i zwierząt. Ludzie odmiennych ras. Różnorodne zdolności, które mamy. Wreszcie – szansa dawana nam raz za razem po każdym upadku, przebaczanie naszych grzechów, niekiedy stale powtarzanych, ciągle tych samych… A przecież raz niewierny - zawsze niewierny, może szkoda na kogoś takiego Bożego czasu i uwagi? „Gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska” (Rz 5, 20). Wiele o Bogu można powiedzieć, tylko nie to, że się łatwo poddaje i że jest minimalistą...

Tę Boską szczodrość podkreśla też przypowieść o siewcy. Bóg jest w niej tym, który sieje ziarno Swego słowa na glebie ludzkich dusz. Jedne je przyjmują i wydają plon, są na ten zasiew gotowe; inne nie dają ziarnu wzrosnąć. Jak mówi przypowieść, te dusze są jak droga, jak skała, jak ziemia pełna chwastów zagłuszających inne rośliny. Siewca wydaje się być szalony – przecież z góry wiadomo, że tam nic nie wyrośnie, po co więc marnować ziarno? Który rolnik pojedzie z siewnikiem na taki teren? Strata jest więcej niż pewna. Co innego najpierw ten obszar przygotować – zebrać kamienie, wypalić żywym ogniem chwasty do ostatniego, przeorać i wyrównać pod zasiew. Ale to jest gwałt na ziemi… To jest jej ubezwłasnowolnienie. Bóg jest szaleńcem rozsiewającym wszędzie zaproszenie do przyjścia do Niego, ale nie odbierającym człowiekowi prawa do jego odrzucenia. Bóg zaprasza – nie zmusza. Bóg z miłości daje dar – od człowieka zależy, czy go przyjmie i co z nim zrobi, i czy odpłaci swoją miłością.

Jeśli człowiek go przyjmie, jeśli wykona choć mały krok, by pomnożyć otrzymane dobro – dostanie więcej, bowiem „każdemu, kto ma, będzie dodane” (Łk 19, 26), i „będzie miał w nadmiarze” (Mt 25, 29). I tak, tu jest ryzyko – człowiek może wejść w spiralę dobra, bo to, co pomnoży, wróci do niego i będzie miał więcej do dania, i znowu będzie mógł to pomnożyć. Jeśli tylko będzie chciał.

Bóg nie zabrania nam ryzykować, nie oczekuje, że zawsze „trafimy” z idealnym rozwiązaniem już za pierwszym razem. Nie odbiera nam też prawa do błędu. Możemy Go unikać, możemy nie realizować Jego przykazań, możemy myśleć, że sami sobie wystarczymy – to niejako Boże ryzyko. Bóg to przecież ojciec z przypowieści o synu marnotrawnym – syn chce swej części majątku, dostaje. Idzie w świat. Sam podejmuje decyzję i ryzyko. Ojciec wie, że może nie być tak łatwo, ale nie protestuje. Czeka.

Ten syn to każdy z nas. Mamy swoją wizję, swoje plany Działamy. Czasem nie słuchając rad innych, nie ucząc się na ich błędach. Ale mamy do tego prawo. Zapadły mi w pamięć słowa z homilii władyki Jakuba o tej przypowieści – to, co stało się z synem, utrata majątku, praca u innych, głód, marzenie o karmie dla świń, to wszystko był proces jego dorastania, dojrzewania. Przede wszystkim do zrozumienia, kim jest, gdzie i u czyjego boku jest jego miejsce, i do przyznania, że tam chce wrócić. A ojciec przecież nawet nie czekał na słowa przeprosin. Syn wrócił, brudny i obszarpany, ale bogatszy o życiowe doświadczenie. Wrócił - i to było najważniejsze. Tak samo czeka na nas Bóg – póki żyjemy, opcja powrotu jest zawsze otwarta.

W przypowieści o siewcy jest jeszcze jedno słowo-klucz do powodzenia w działaniu, także w mnożeniu dobra. To cierpliwość. Plon przynoszą ci, którzy są wytrwali w swoim działaniu, nie poddają się przeciwnościom, potrafią czekać na efekty. Inwestycja także wymaga czasu, by przynieść zyski. I wymaga roztropności, bowiem niekiedy plan trzeba zmodyfikować, gdy widzimy brak oczekiwanych wyników. Tak zapewne działali dwaj słudzy, którzy talenty pomnożyli.

Kiedy pan powraca, „dokonuje rozrachunku” ze sługami. Ci, którzy osiągnęli sukces, mówią: „Panie, pięć / dwa talenty mi przekazałeś, oto pięć / dwa inne talenty zyskałem”. W tekście jest tu kropka, ale aż chciałoby się dać wykrzyknik – Panie, dałem radę, zaufałeś mi, wierzyłeś we mnie – a ja to zrobiłem, osiągnąłem sukces! „Dobrze, sługo wierny i dobry […], nad wieloma cię postawię. Wejdź do radości pana twego.” Powierzyłem ci, sługo, to co moje, to co dla mnie ważne i cenne; wierzyłem w ciebie, bo znałem twoje możliwości. Oczekiwałem działania i efektu – i ty to zrobiłeś. Przyniosłeś mi radość – i z tobą chcę ją dzielić. I wiem, że możesz osiągnąć jeszcze więcej, i dam ci ku temu możliwość.
Czyż to nie jest piękne?

Myślisz – bezsens, przecież ja nie mam nic albo prawie nic, co więc mam mnożyć? Jakie talenty? Nikt mi nic nie daje… Nic nie potrafię…
Nic?

„Byłem głodni i daliście Mi jeść, byłem spragniony i napoiliście Mnie, byłem przybyszem i przyjęliście mnie, nagi i odzialiście Mnie, zachorowałem i odwiedziliście Mnie, w więzieniu byłem i przyszliście do Mnie” (Mt 25, 35-36). Te słowa to drogowskaz do życia wiecznego z Bogiem. Jeśli masz czym się podzielić – daj głodnemu kromkę chleba, daj gorącą herbatę. Nie masz aż tyle – poświęć swój czas, po prostu przez chwilę dla kogoś bądź; z całą swoją uwagą, dobrym słowem, a jeśli o nie trudno – to choć z pełnym współczucia i bliskości milczeniem.

Tu Bóg nie wymaga żadnych wielkich talentów poza jednym – umiejętnością dostrzeżenia człowieka w potrzebie. Potem trzeba wykonać pierwszy krok; tego Bóg za nikogo z nas nie zrobi, to należy wyłącznie do nas. A On wie, że możemy to uczynić.

I jeszcze jedno. Jeśli tym talentem, darem, który otrzymałeś, było Boże przebaczenie twoich win – zainwestuj je w innych, przebacz, daj im nową szansę. Jeśli to wsparcie, Boża obecność przy twoim boku, gdy wszystko się wokół się rozpadało – zainwestuj je w tych, których dostrzeżesz w podobnej sytuacji, pomóż. Jeśli to głębokie poczucie Bożej bliskości i radość, które wypełniają twoje serce – zainwestuj je w innych, bądź przy nich, rozświetl ich mrok swym uśmiechem i pokojem, i świadectwem o Bogu i Jego miłości.

Twój talent jest prezentem Boga dla ciebie, a to, co z nim zrobisz, jest twoim prezentem dla Boga.
(Leo Buscaglia - amerykański wykładowca, profesor Uniwersytetu Południowej Kalifornii, mówca motywacyjny) 

Gabriel Szymczak

fotografia: kcenia.belova /orthphoto.net/