publicystyka: To, co czyni życie - życiem
kuchnia muzyka sklep
polska świat
publicystyka pytania i odpowiedzi archiwum
ogłoszenia wydarzenia fotogalerie
redakcja wesprzyj nas kontakt

To, co czyni życie - życiem

igumen Nektariusz (tłum. Justyna Pikutin), 16 września 2023

Porzucić modlitwę za cały świat?

Wszystkim nam mniej lub bardziej znane są żywoty świętych i zastanawiamy się, w czym moglibyśmy ich naśladować. Jeśli przyjrzymy się uważnie, zdołamy dostrzec, że łaska Boża nigdy nie unicestwiała w człowieku tych cech charakteru i indywidualnych cech duszy, które były mu pierwotnie właściwe. A święci, jak wiemy z historii Cerkwi, na podstawie tych różnic i odmiennych poglądów czasami nawet wchodzili w konflikt z innymi świętymi, jak na przykład w przypadku św. Epifaniusza z Cypru czy św. Jana Złotoustego. Wśród Bożych ulubieńców byli cisi i niepozorni, byli też gorliwi i temperamentni, byli wśród nich łagodniejsi i surowsi, bardziej cisi i towarzyscy. Ale prawdopodobnie nie było wśród nich nikogo, kto nigdy nie popełniłby błędu - a jednocześnie, i to jest całkiem jasne, nie było nikogo, kto byłby człowiekiem obojętnym.

Myślę, że obojętność można nazwać jedną z niewielu cech, które są absolutnie nie do pogodzenia ze świętością. Wynika to z faktu, że w rzeczywistości nieobojętność jest tym, co pozwala powiedzieć o człowieku, że prawdziwie żyje, a nie tylko wykonuje pewne czynności, coś konsumuje i coś produkuje. To właśnie nieobojętność sprawia, że nasze życie jest życiem.

Kiedy mówimy o nieobojętności świętych i wierzących w zasadzie możemy prawdopodobnie wyróżnić trzy rodzaje jej przejawów. Jest to nieobojętność na ludzi wokół nas i na ludzi, których spotykamy przypadkowo, nieobojętność na rzeczy, które robimy, i wreszcie nieobojętność na życie jako takie - na jego wielorakie przejawy. Wszystko to możemy zaobserwować w życiu chrześcijańskich ascetów.

Rzeczywiście, znamy kilku mnichów, którzy świadomie nie komunikowali się z ludźmi, unikali ich. Ale nawet wśród mieszkańców pustyni było ich bardzo niewielu, a byli to asceci, którzy osiągnęli bardzo wysoki poziom duchowy, których serce było już wypełnione po brzegi miłością, tak że niemożliwe było scharakteryzowanie ich postawy jako obojętnej. Wystarczy przywołać przykład mnicha Arseniusza Wielkiego, który, jak mówi Paterikon, z pewnych wewnętrznych powodów nie przyjmował ludzi, którzy chcieli z nim porozmawiać i podróżowali z odległych krain, ale przez cały czas, dopóki nie wrócili do swego domu - wędrując, biwakując, śpiąc - nieustannie modlił się za nich, aby bezpiecznie dotarli do domu. Taka była miara jego zainteresowania nimi i troski o nich.

To wszystko, jeśli chodzi o postawy wobec ludzi. Ale również w odniesieniu do uczynków obserwujemy to samo. W życiu wielu świętych możemy dostrzec lekceważenie okoliczności ich życia, ale nie znajdziemy w ich życiu pobłażliwego stosunku do ich obowiązków i uczynków. Nie znajdujemy też w ich życiu obojętnego stosunku do natury oraz wszystkich żywych istot. Przypomina mi się, jak mnich Paisjusz ze Świętej Góry Athos w jednej ze swych rozmów z kimś powiedział, że jest posłuszny kocięciu: ono drapie w drzwi - i dlatego trzeba zostawić wszystkie sprawy i je nakarmić. Święci zauważali takie drobiazgi w otaczającym nas świecie. I to nie odciągało ich od modlitwy za cały świat, ale wręcz przeciwnie, czyniło ich życie takim, jakie powinno być, aby osiągnąć Królestwo Niebios.

"Po prostu bardzo dużo pracuję..."

Co jest przyczyną naszej obojętności? Myślę, że są dwa główne powody. Jest to zmęczenie fizyczne lub emocjonalne, albo fiksacja na własnej osobie. W ciężkich przypadkach, oczywiście, może to być niemożliwe do rozróżnienia: osoba nie może oderwać się od własnych problemów nawet na minutę, użala się nad sobą, a jednocześnie to błędne koło, które zamknęło jej serce dla innych ludzi, doprowadziło ją już do zaburzeń emocjonalnych i chorób fizycznych.

Aby temu zapobiec, ważne jest, aby wychwycić moment, w którym nagle stajemy się na coś obojętni i natychmiast zadać sobie pytanie: "Co się ze mną dzieje?". Może się okazać, że jesteśmy przepracowani i lepiej wygospodarować trochę czasu na odpoczynek teraz, niż później zmagać się z objawami chronicznego zmęczenia. Być może odczuwamy ból, ale staramy się go ignorować - a nie powinniśmy. A może zrobiliśmy pierwszy krok w kierunku jakiegoś złego stanu duchowego i musimy pilnie zadbać o siebie, by nie popaść w ten stan całkowicie.

Ale to wszystko tylko w sytuacji, gdy obojętność jest dla nas “okazjonalna”. Jednak zdarza się też inaczej: człowiek po prostu daje sobie wewnętrzne przyzwolenie na to, by nie zwracać uwagi na innych ludzi, nie reagować na to, co dzieje się wokół. W dzisiejszych czasach często brzmi to tak: "Po prostu bardzo ciężko pracuję...". Można powiedzieć, że w absolutnej większości przypadków, jeśli zacząć z taką osobą analizować jej życie, okazuje się, że jest ona niezdrowo uzależniona od pracy, jest to dla niej sposób na ucieczkę od problemów.

Innym stwierdzeniem specyficznym dla ludzi wierzących jest: "Nie jestem obojętny - po prostu dążę do beznamiętności". Dobrze, ale przetestujmy to stwierdzenie. Pozostajesz beznamiętny, jeśli chodzi o kłopoty i życie innych ludzi, a jeśli chodzi o ciebie samego, czy jesteś równie beznamiętny? Jeśli nie, to wcale nie jest to beznamiętność. A jeśli tak, to w wielu przypadkach nie jest to beznamiętność, ale przygnębienie, do tego stopnia, że dana osoba jest obojętna nie tylko na to, co dzieje się z innymi, ale także na to, co dzieje się z nią samą.

Zdarza się również, że osoba mówi: "Chciałem pomóc...", ale z jakiegoś powodu nie może zrobić nic dobrego dla nikogo. Powodem jest to, że w głębi duszy człowiek jest obojętny i nie chce się do tego przyznać. Obojętność usypia duszę i choć człowiek wydaje się być przytomny, aktywnie coś robić, w rzeczywistości śpi. To tak, jakby mieszkał w chacie w głębokim lesie. I chociaż jest mniej lub bardziej wyrwany z tego snu przez pewne zewnętrzne bodźce, które zachęcają go do udziału, to póki on się rozbudzi, aby wydostać się z tego lasu i pomóc, z pomocą przychodzą już inni lub pomoc nie jest już potrzebna. I to się nawarstwia: "Od dziecka jestem taki nieuważny...", "Trudno mi nawiązać kontakt z ludźmi...".

Można oczywiście temu współczuć, ale jest jeden interesujący niuans: jeśli ta sama osoba zostanie postawiona w sytuacji, w której grożą jej prawdziwe, poważne kłopoty, natychmiast stanie się uważna, pamiętliwa, rozumiejąca i towarzyska. I gdzie wtedy podzieje się tylko to, co "wrodzone".....

Albo inny sposób sprawdzenia, prostszy: jeśli prawie wszystko wypada nam z rąk, ale jednocześnie coś nam bardzo dobrze wychodzi - to znaczy, że nie jest to kwestia tego, że mamy "dwie lewe ręce", naszego roztargnienia czy braku talentu. Chodzi po prostu o to, że tak wywyższyliśmy nasze zainteresowanie i pozwoliliśmy, by wszystko inne wychodziło nam tylko na opak, że powstał ten dziwny dysonans.

"W każdej beczce korek"?

Co może nam pomóc w walce z obojętnością?
Przede wszystkim musimy uświadomić sobie i wnieść do głębi naszych serc, że jeśli pozostaniemy obojętni, nie możemy wypełniać Ewangelii. Niemożliwe jest kochać kogoś - Boga i bliskich - i być obojętnym na innych. Serdeczna koncentracja, jeśli jest w człowieku, przejawia się we wszystkim. Kiedy świeca w świątyni przechyla się i spada ze świecznika, to bardzo charakterystycznie przejawia się to w ludziach stojących blisko niej: ktoś zdąża złapać tę świecę w pośpiechu, ktoś inny z opóźnieniem, ale wykonuje jakiś ruch, a jeszcze inny patrzy na to wszystko w zamyśleniu, bez mrugnięcia okiem. I to nie jest drobiazg - to świadczy o tym, czy człowiek postrzega to, co dzieje się wokół, jako coś, co dotyczy go osobiście, czy też postrzega siebie osobno, a świątynię i to, co się w niej dzieje - jako coś wyizolowanego, istniejącego samoistnie. I w tym przypadku istnieje wielkie niebezpieczeństwo "odizolowania się" od Boga, bycia Mu obcym - ponieważ Bóg żyje jednym życiem ze wszystkim, co stworzył, a dokładniej, to wszystko żyje i trwa w Nim.

Walka z obojętnością powinna rozpocząć się, jak zwykle, od małych rzeczy, od codziennych sytuacji, które są nam znane - od codziennych spraw, od codziennego życia. Wiemy, czego chcemy: chcemy, aby ci, którzy nas otaczają, kochali nas, byli uważni, czujni, przychodzili nam z pomocą, gdy tylko tego potrzebujemy. Większość naszych sąsiadów bez wątpienia chce tego samego. Musimy tylko umieć (a raczej nauczyć się) zauważać: kto potrzebuje wsparcia, gdy się potknie, kto potrzebuje pomocy w niesieniu ciężkiej torby do domu, kto potrzebuje nakarmienia, a kto zachęty... I to samo ma miejsce w świątyni: w czym niezbędne jest nasze uczestnictwo, do czego możemy się przydać. I nie tylko w świątyni, ale wszędzie i zawsze.

I uważam, że nie należy się bać nadmiernego zaangażowania we wszystko. Oczywiście może to być też patologia polegająca na tym, że człowiek wyolbrzymia do granic możliwości swoje znaczenie dla wszystkich ludzi wokół i we wszystkich sprawach. Jest jednak jeszcze jedno: elementarny strach przed staniem się - jak to się mówi - korkiem w każdej beczce. Ale wiecie, osobiście doszedłem do takiego wniosku: w naszych czasach, kiedy każde szczere ludzkie uczestnictwo jest wielkim deficytem, lepiej nie wspominać o “beczkach” i “korkach”. W rzeczywistości, będąc proboszczem świątyni, ze wszystkimi obowiązkami i trudnościami z tym związanymi, jestem przyzwyczajony do radowania się z każdej osoby, która nie jest obojętna - nawet jeśli czasami robi coś głupiego, nawet jeśli bardziej plącze się pod nogami, niż naprawdę coś robi. I czuję się cieplej po rozmowie z osobą, która jest zaangażowana w coś niezrozumiałego, ale zaangażowana. Tak jak Bóg ustami swojego apostoła Jana Teologa mówi, że lepiej być gorącym niż letnim (por. Obj. 3:15-16).

Tak, bycie gorącym i nieobojętnym jest trudne, często bolesne, a czasem przerażające. Ale powtarzam: tylko będąc takim, można prowadzić życie chrześcijańskie, i w ogóle żyć.

igumen Nektariusz (tłum. Justyna Pikutin) 

za: pravoslavie.ru

fotografia: flor /orthphoto.net/