Wyciągnięte ręce

o. Lawrence Farley (tłum. Gabriel Szymczak), 23 listopada 2022

Po wyprowadzeniu z Egiptu i podczas swej podróży do podnóża góry Synaj, Izraelici napotykali wiele niebezpieczeństw na pustyni. Groziła im śmierć głodowa, gdy powoli brnęli na południe przez zachodnią stronę półwyspu Synaj, jednak w odpowiedzi Bóg zaopatrzył ich w mannę. Groziła im śmierć z pragnienia, więc Bóg dał im wodę ze skały. I – co być może bardziej przerażające niż te ciche wyzwania dla ich egzystencji - groziła im ostateczna eksterminacja ze strony Amalekitów, którzy walczyli z nimi podczas ich pochodu do ziemi obiecanej.

Amalekici byli plemieniem Beduinów, które prawdopodobnie żyło głównie w Negewie, południowej części Ziemi Świętej (Księga Liczb 13, 29). Wygląda na to, że Amalekici wiedzieli, że Izrael zmierza przez półwysep Synaj w drodze do Palestyny ​​i chcieli uniemożliwić im wejście na to, co uważali za własne terytorium. Dlatego zaczęli ich nękać, wyłapując najsłabszych, najbardziej bezradnych maruderów na obrzeżach kolumny (Pwt 25, 17-18).

Była to godna pogardy strategia, łącząca okrucieństwo i tchórzostwo. Izrael jako całość nie był uzbrojony, ponieważ opuścił Egipt ze swoimi garnkami i patelniami oraz srebrem i złotem, ale nie z bronią wystarczającą do walki i obrony przed zaprawionym wrogiem. Amalekici uderzyli w tych, którzy pozostali w tyle, zabijając kobiety, starców i dzieci. Mężczyźni z głównego korpusu Izraela mogli tylko bezradnie patrzeć, jak Amalek rzuca się na bezbronnych, morduje ich, a następnie ucieka. Amalekici nie byli tylko kolejnym plemieniem Beduinów; byli ucieleśnieniem wszystkiego, co złe na świecie; rodzajem chodzącego wirusa Covid, żerującego na słabych i bezradnych. Nawet w czasach Dawida wciąż najeżdżali i grasowali, paląc wioski i porywając kobiety i dzieci.

W Księdze Wyjścia 17, 8-16 czytamy o Bożym zapewnieniu bezpieczeństwa i przetrwania danym Izraelowi. Mojżesz nakazał Jozuemu wybrać ludzi, którzy będą walczyć z Amalekitami przy następnym ataku. Według czysto ludzkich wyobrażeń byłaby to nierówna bitwa, ponieważ Amalekici byli doświadczonymi wojownikami, potrafiącymi dobrze korzystać z broni; Izraelici zaś byli niedawno wyzwolonymi niewolnikami, bez doświadczenia wojennego i z niewielkimi zasobami, aby prowadzić walkę. Potrzebowali nie tylko odwagi; potrzebowali pomocy swojego Boga.

Aby uzyskać tę pomoc, Mojżesz wspiął się na szczyt wzgórza z laską Bożą w ręku. Stał na szczycie wzgórza i wyciągał ręce w postawie modlitwy i błagania. Dopóki trwał w takich błaganiach, Izrael zwyciężał na polu bitwy. Ale kiedy rozluźnił się i opuścił ręce, Amalek zwyciężał. Aby zapewnić sukces, Aaron i Chur ustawili tam kamień, na którym Mojżesz mógł usiąść i stanęli po obu jego stronach, trzymając jego ręce w górze, utrzymując je stabilnie aż do zachodu słońca i ostatecznego zwycięstwa Izraela.

Po zwycięstwie Bóg nakazał Mojżeszowi stworzyć trwałą pamiątkę tego wydarzenia, jako obietnicę, że Izrael będzie pamiętał i prowadził wojnę przeciwko Amalekitom przez następne pokolenia, dopóki nie zostaną wymazani z ludzkiej pamięci. W posłuszeństwie Mojżesz zbudował na tym miejscu ołtarz, wypisując na nim słowa „Pan jest moim Sztandarem” – czyli Jahwe był ich sztandarem bojowym, ich nadzieją na zwycięstwo nad wszystkimi wrogami, a oddanie się Jemu zapewniło im bezpieczeństwo. Izrael długo będzie pamiętał tę bitwę i był posłuszny Boskiemu nakazowi prowadzenia wojny przeciwko Amalekitom. Kiedy Izrael powitał Saula jako swojego pierwszego króla dynastycznego, jednym z jego pierwszych zadań było prowadzenie świętej wojny przeciwko amalekickim najeźdźcom (1 Sm 15).

To krótkie spojrzenie na pierwsze spotkanie Izraela z Amalekitami daje nam dwie rzeczy- proroctwo i lekcję.

Proroctwo znajduje się w postawie Mojżesza. Świadkowie tego dnia mogli spojrzeć w górę i zobaczyć go stojącego na samotnym wzgórzu otoczonym zgiełkiem i bitwami, podnoszącego swe ręce. Gdy długi dzień zamienił się w wieczór, wciąż był on na szczycie tego wzgórza, teraz z mężczyznami po obu stronach i ramionami wciąż wyciągniętymi w górę. To jego wyciągnięte ręce przyniosły zwycięstwo w bitwie i dały życie ludowi Bożemu. Później oczy chrześcijanina czytały o tym dniu i widziały innego Człowieka na samotnym wzgórzu, z wyciągniętymi ramionami, otoczonego zgiełkiem i bitwami tego świata. Świat pod tym wzgórzem był wypełniony wojną i pełen wrogów ludu Bożego — zarówno widzialnych, jak i niewidzialnych. Ten Człowiek także miał dwóch mężczyzn po obu stronach, będących świadkami Jego modlitwy. Swoimi wyciągniętymi ramionami Bóg przyniósł swemu ludowi zwycięstwo nad wrogiem i życie wieczne. Wyciągnięte ramiona Mojżesza zapowiadały zbawcze i krwawiące wyciągnięte ramiona Chrystusa, a wzgórze, na które Mojżesz wstąpił na półwyspie Synaj, było praobrazem świętego wzgórza Golgoty. Mojżesz pozostał tam do wieczora i do wygranej bitwy. Chrystus pozostał na krzyżu do godziny dziewiątej, dając zwycięstwo wszystkim, którzy ufają Jego zbawczej śmierci.

Lekcja znajduje się w ołtarzu, który zbudował Mojżesz - ołtarzu zbudowanym jako pamiątka zwycięstwa nad Amalekiem i jako mandat do dalszego prowadzenia wojny z okrutnym wrogiem, dopóki nie pozostanie po nim żaden ślad, ponieważ „trwa wojna Pana z Amalekitą z pokolenia w pokolenie” (Wj 17, 16). My również jesteśmy wezwani do prowadzenia wojny z wrogiem przez cały czas i nigdy nie powinniśmy jej zaprzestać, dopóki zło nie zostanie całkowicie wymazane spod nieba.

Ale naszym wrogiem nie jest ciało i krew. Nie walczymy przeciwko ludziom, ale przeciwko demonom, przeciwko światowym władcom tej obecnej ciemności, duchowym armiom zła na niebiosach (Ef 6, 12). Pokusą jest zawarcie traktatu ze złem, tolerowanie przynajmniej części zła w naszych sercach, wyobrażenie sobie, że zbawcza skrucha może być częściowa i że możemy zawrzeć umowę z diabłem i ze śmiercią. Taki traktat nie jest jednak możliwy. Jak kiedyś przypomniał nam George McDonald: „Nie ma nieba z odrobiną piekła w środku – nie ma planu zatrzymania tego czy tamtego diabła w naszych sercach lub kieszeniach. Szatan musi odejść, całkowicie”. Nasza skrucha musi być pełna; nasza nienawiść do zła i diabła - bezlitosna i bezkompromisowa. Tylko z taką stalową determinacją można wygrać wewnętrzną bitwę. Jahwe chciałby, abyśmy walczyli z grzechem i szatanem z pokolenia na pokolenie i nigdy nie zaprzestali walki, dopóki zło nie zniknie.

Kościół każe nam uczestniczyć w tej nieustannej wojnie przeciwko grzechowi i śmierci. Kiedy ktoś zostaje katechumenem, jeszcze przed chrztem kapłan kładzie rękę na jego głowie, czyniąc z niego „opieczętowanego, świeżo zaciągniętego żołnierza Chrystusa, naszego Boga”. Naszym obowiązkiem i przywilejem jest walczyć pod sztandarem Chrystusa przeciwko duchowym hordom Amalekitów, ponieważ Chrystus wyciągnął dla nas ramiona na krzyżu. Ostateczne zwycięstwo zostało już odniesione.

o. Lawrence Farley (tłum. Gabriel Szymczak)

za: No Other Foundation

fotografia: Kola-Krynica /orthphoto.net/