Nigdy nie rań drugiego człowieka

metropolita Limassol Atanazy (tłum. Justyna Pikutin), 23 lipca 2022

przeczytaj poprzednią część rozważań

Jestem najbardziej nieodpowiednią osobą, aby mówić wam o tym wszystkim: jestem mnichem, nigdy nie byłem żonaty, nie byłem na weselu od 22 roku życia - możecie więc sobie wyobrazić, jak bardzo nie nadaję się do opowiadania wam o takich rzeczach, bo nie mam z nimi nic wspólnego. Opuściłem świętą Górę Athos i mówię to, co mówią ojcowie, którzy byli ascetami, ludzie, którzy nie mieli z tym nic wspólnego.

Kiedy czytasz dzieła św. Ojców, odnajdujesz pewną równowagę, to właściwe rozumienie spraw. Skąd oni to wiedzieli? Wiedzieli to wszystko, ponieważ żyli jak należy w Cerkwi, a wówczas nie potrzeba żadnej filozofii, by powiedzieć człowiekowi, jak ma się porozumiewać z innymi.

Tego właśnie uczymy się w życiu monastycznym. Nie myślcie, że monastycyzm jest pod tym względem inny. W monasterze również uczymy się komunikacji z drugim człowiekiem, przy czym czynimy to przy pomocy posłuszeństwa i pokory, tak by móc powiedzieć mu: "Wybacz!". Zrozumieć, że mylisz się ty, a nie kto inny. Być może masz do czegoś prawo, zewnętrznie masz prawo. Wiele razy mówiłem o tym starcowi, a on nam odpowiadał:
- Gdybym był sędzią, powiedziałbym ci: "Masz prawo". Jednak nie masz prawa, nawet jeśli masz do tego prawo! Gdyż nie patrzysz na sprawy w sposób duchowy.

Cóż, ktoś Cię obraził, oczernił, postaraj się przyjąć to w sposób duchowy, nie odpowiadaj złem na zło. W ten sposób mu nie pomożesz. Trzeba więc brać na siebie odpowiedzialność, jak mówi jeden z wielkich świętych Cerkwi: "Weź na siebie odpowiedzialność za błąd i powiedz: 'To ja nie mam tu racji!'". Nie ma znaczenia, że w świetle prawa to ten drugi nie ma racji. To ja się mylę, przyznaję się do błędu i biorę na siebie odpowiedzialność. Staram się pracować nad sobą, dlatego mogę porozumiewać się z innymi, uczę się pokonywać siebie i robić wszystko to, czego starają się nauczyć w monasterze.

Czy wiesz, jakie to trudne? Nie jest to łatwe, tak jak i w małżeństwie również nie jest to łatwe. Jest to tak samo trudne zarówno w małżeństwie, jak też w życiu mniszym. Nauczyć się komunikacji z drugim człowiekiem to znaczy stać przez dziesięć godzin na całonocnym czuwaniu, gdy obok ciebie ktoś odcharkuje, chrapie lub brzydko pachnie. Nie chcesz tego tolerować i mówisz: "Drażni mnie to!". Jednak co tak właściwie znaczy "drażni mnie"? W zasadzie nic, będziesz przy nim stał mimo wszystko.

Pamiętam mnicha ze Świętej Góry. W jednym z klasztorów było wielu mnichów z wykształceniem sportowym. W pewnym czasie wielu młodych mężczyzn z akademii sportowej w Atenach zostało mnichami: jacyś bokserzy i atleci, którzy wyglądali jak giganci. I w tym klasztorze był też jeden mnich, który, biedaczek, był mały, i stawiali go pośrodku, a po obu jego stronach stawali bokserzy i patrzyli na niego tak z góry na dół, podczas całego nabożeństwa. On mówił:
- Nie mogę, boję się! Widzę nad sobą te istoty, które są wyższe ode mnie o półtora raza!
Ale musiał tam stać, by nauczyć się pokonywać siebie, przełamywać siebie, po to. by akceptować drugiego człowieka, a nie tylko powiedzieć: "Wiesz, jestem cierpliwy!". To nie do przyjęcia. Nie "znoszę cię", lecz "kocham cię"! Chrystus nie powiedział do nas: "znoś cierpliwie swojego wroga", ale "kochaj swojego wroga" (por. Mt 5,44)! Trzeba umrzeć za swego wroga - mówi Chrystus - trzeba kochać go jak samego siebie (patrz: Mt 19,19). A jeśli mamy kochać wroga swego jak siebie samego, to o ileż bardziej powinniśmy kochać współmałżonka, bliźniego, sąsiada, kolegę czy brata.

To, co wydaje się tak proste, o czym tak łatwo mówimy, stanowi największy trud człowieka - pokonać samego siebie. Jednak żeby to zrobić, żeby się nie przestraszyć, ale też czuć przy tym jakiś komfort, należy w pierwszej kolejności przezwyciężyć śmierć, by wyzbyć się strachu przed nią. A żeby to osiągnąć, człowiek powinien posmakować nieśmiertelności, poczuć, że jest coś po drugiej stronie tych rzeczy, posmakować Bożej miłości, która cię wyzwala. Ona daje ci poczucie nieśmiertelności, dzięki której pokonujesz śmierć i już nie boisz się niczego, ani zostania oczernionym, ani poniżonym, a nawet zostania zamordowanym, niczego. Przechodzisz przez wszystko w doskonałym pokoju, bez żadnych wątpliwości i to właśnie dlatego, że masz prawdziwą wolność, która rodzi się z właściwego postrzegania świata, z właściwej relacji z Bogiem, a przede wszystkim z obecności i błogosławieństwa Boga.

Wielu ludzi pyta dziś: "Czy to źle być w związku?". Oczywiście, że nie, drogie dzieci, kiedy będziecie się żenić i zechcecie wziąć za żonę jakąś dziewczynę, a kobiety - mężczyznę, to - jakby to ująć? - nie zostanie wam wręczona jakaś czarna skrzynka, po otwarciu której wyskoczy dziewczyna, i nie wyślą ci jej pocztą, to znaczy, że wola Boża nie objawia się jak w bajce. Na pewno spotkasz drugiego człowieka, jakąś dziewczynę, pójdziesz z nią na spacer, porozmawiacie, zjecie, posiedzicie, porozmawiacie przez telefon. W dzisiejszych czasach przez telefon rozmawia się godzinami.

Wyobraźcie sobie, jakbyście wyłączyli dźwięk, spojrzeli na swoją twarz w lustrze i zobaczyli, co robimy, kiedy rozmawiamy przez telefon... Czasami obserwuję ludzi w samochodach, rozmawiających przez telefon, a teraz, z uwagi na obawę, że policja ich złapie, wygląda to jeszcze śmieszniej. To znaczy mówią do mikrofonu, który gdzieś przyczepiają, patrzysz na takiego człowieka, a on idzie i się uśmiecha, macha rękami, marszczy brwi lub zachowuje się całkowicie błogo. To znaczy, że gdyby nie to urządzenie, takiego człowieka należałoby zaprowadzić do psychiatry, bo coś z nim nie tak.

Albo patrzysz: ktoś jedzie za kierownicą z niezrozumiałym uśmiechem na twarzy. To znaczy, nauczyliśmy się już mówić przez te sprzęty i wyrażać się przez nie. Obserwujesz, jak ktoś rozmawia przez telefon i nawet wyraża swoją miłość do niego: głaszcze go lub nagle zaczyna go bić. A ile telefonów komórkowych zostało wyrzuconych w powietrze?
Tak, to prawda. Wszystko to sprawiło, że staliśmy się istotami bezosobowymi. Staliśmy się przewodami, porozumiewamy się za pomocą przewodów. Wszystko odbywa się przez przewody.

Chodzi mi o to, że naprawdę możemy i powinniśmy poznawać drugiego człowieka. Słuchajcie, musimy pokonywać te niezdrowe lęki. Cerkiew uczy nas właściwego sposobu patrzenia na osobę obok nas. W życiu monastycznym uczymy się też w sposób piękny i święty patrzeć na drugiego człowieka. Święty Apostoł Paweł mówi, że w Chrystusie nie ma mężczyzny ani kobiety (por.: Gal. 3, 28), co oznacza, że wykraczasz poza płeć i nie patrzysz na drugiego jako mężczyznę lub kobietę. Cerkiew kładzie nacisk na osobę, na imię osoby: Kostia, Maria, Helena, Jerzy, to znaczy, że określa nas noszone przez nas imię, a nie płeć - jak twierdzą lekarze.

Na przykład ktoś idzie do przychodni, a lekarz woła: "Niech wejdzie woreczek żółciowy", "Niech wejdzie wątroba", "Niech wejdzie ślepy". Czy oni nie mają imienia? Czy jestem woreczkiem żółciowym, jeśli cierpię z powodu żółci?

Nie wiem, czy słyszeliście, drogie dzieci, ale lekarze pytają: "Co my tu mamy?. - Ach, to woreczek żółciowy", "To kamienie". No dobrze, ale to jest Kostia, który ma problemy z żółcią. To człowiek, który ma taką chorobę. On nie jest woreczkiem żółciowym, nie jest płucami, nie jest sercem.

Zatem drugi człowiek nie jest tylko mężczyzną lub kobietą, jest osobą, istotą ludzką. I kiedy nauczymy się mieć to święte uczucie, wtedy naprawdę możesz umówić się z jakąś dziewczyną: ona cię nie zje i ty też jej nie zjesz. Na litość boską, czy naprawdę jeśli wyjdziemy na zewnątrz, to od razu będziemy się nawzajem gryźć? Przejść się, usiąść gdzieś, porozmawiać. To znaczy, czy nie ma już szansy, że dwoje ludzi po prostu porozmawia i nie będzie w tym żadnej podstępności, niczego cielesnego i niebezpiecznego?

Tak, ale jak człowiek może być tego pewien, jeśli od najmłodszych lat jest uczony, by patrzeć na drugiego w określony sposób? Te wszystkie rzeczy, które są reklamowane... Niestety, największą zgubę przynoszą te bezwstydne rzeczy, które są pokazywane w telewizji, żeby nie nazywać ich po imieniu. Ale są to bestialskie rzeczy, tak bestialskie, że...

To przerażające, jak zniszczona jest dusza człowieka, gdy ogląda takie rzeczy. Myślę, że kto ogląda takie zdeprawowane rzeczy, czasopisma i filmy, potrzebuje mnóstwo pracy, żeby to przezwyciężyć i spojrzeć na drugiego człowieka niewinnym okiem. Natomiast umysł czystej osoby nawet tam nie dociera. Nie jest taki i całkiem dobrze czuje się w towarzystwie innych.

Naszym celem jest nauczyć się, jak pokonywać takie trudności i mieć komfortowy, piękny związek. To znaczy, że to nie płeć nas głównie charakteryzuje. W Cerkwi coś takiego nie ma miejsca, ale nie w tym sensie, że stajemy się jakąś neutralną płcią, nie! A w tym sensie, że naprawdę komunikujemy się jako istoty ludzkie, a takie chwile nabierają świętego charakteru i godności. Dlatego możemy spokojnie poznać drugą osobę, szanując ją i kochając, a szanując innych, szanujemy siebie, obecność Boga, nie mówiąc żadnych kłamstw ani nie składając fałszywych obietnic.

Widzisz, że zaręczyny są zawierane przed Bogiem, przed wieloma świadkami i mówisz: "Chcę tę dziewczynę, byśmy szli z nią przez życie i by ona została moją żoną." To bardzo poważna deklaracja powiedzieć: "Kocham tę osobę" - udowodnić to i otrzymać Boże błogosławieństwo. Przyznajesz się do tego przed wszystkimi ludźmi, a także przed Bogiem, a jako gwarancje zakładasz obrączki, świadczące o tym, że naprawdę postępujesz poważnie.

Bardzo ważne jest, by zastanowić się poważnie nad tym, co się mówi drugiej osobie, jaką obietnicę się jej składa: "Naprawdę cię kocham i chcę, żebyśmy się pobrali, żebyśmy całe życie przeżyli razem!". To oznacza, że wiąże się z tym o wiele więcej: dojrzałość, a przede wszystkim świadomość, że te nasze słowa są wyjątkowo ważne dla drugiej osoby. Dla ciebie mogą być one nieistotne, ale dla drugiej osoby są ważne. I nie masz prawa bawić się uczuciami drugiej osoby.

Wiedzcie, że ten kto zdradził, zapłaci za to. Nie jest łatwo, jeśli ktoś będzie narzekał lub płakał z naszego powodu, bo nadejdzie czas, kiedy zapłacimy za to. I to nic, że zapłacimy: musimy zapłacić. To znaczy, że my również zostaniemy zranieni, abyśmy nauczyli się nie ranić innych. Kiedy w naszym życiu pojawiają się różne kłopoty i ludzie nas ranią, przypomnijmy sobie, że my też kiedyś kogoś skrzywdziliśmy.

Bardzo nieprzyjemne jest doprowadzanie drugiej osoby do płaczu z naszego powodu, czyli spowodowanie, że ktoś przez nas będzie narzekał - jakby to powiedzieć? - że druga osoba poczuje się zraniona, nawet jeśli nie powie tego na głos. Podobnie jak wielkim błogosławieństwem dla nas byłoby, gdyby ktoś inny pomodlił się za nas.

Słuchajcie dzieci, kiedy idziemy na wesele i czekamy na poczęstunek, dlaczego to robimy? Dlaczego? Na naszych imprezach podajemy pyszne jedzenie, tak aby ludziom smakowało. W rzeczywistości robimy to po to, by druga osoba się najadła, rozradowała i powiedziała: "Bądź żywy i zdrowy! Jadłem dobrą potrawę, pyszną, dusza moja się radowała i życzę ci, abyś żyła i była zdrowa, moje dziecko!". Jak w modlitwie: "Ty bowiem rozradowałeś mnie Panie, twymi czynami" (Ps 92: 4).

Kiedy zjedliśmy dobry posiłek, dziękujemy Bogu. Cerkiew uczy nas, że zanim zasiądziemy do stołu, należy sprawić całą "liturgię". Jeśli pójdziesz do monasteru, to jemy tam przez 20 minut, ale wokół tego jest cała "liturgia", kadzimy i śpiewamy; skosztowanie tego jedzenia - to cała przygoda. Dlaczego? Bo jesteś nasycony, radujesz się i wychwalasz Boga.

Głodny człowiek nie może życzyć ci niczego dobrego. Znaczenie poczęstunku na weselu brzmi: "Jedzcie te pyszności, aby wasze dusze się radowały i abyście życzyli mi, abym był żywy i zdrowy!". Taki właśnie jest jego sens.

I przynoszę ci prezent, aby wyrazić moją wielką miłość do ciebie. Jakież to ogromne znaczenie powiedzieć komuś z całego serca: "Obyś żył i miał się dobrze, niech cię Bóg błogosławi"! Przypomnijcie sobie, dzieci, że wszyscy mamy znajomych, którym, gdy o nich myślimy, życzymy z głębi serca: "Niech ta osoba żyje i ma się dobrze!". To wypływa z naszego wnętrza i czujemy, że emanuje z nas moc, która obejmuje tę osobę, gdziekolwiek się ona znajduje.

Co więcej, dzieci, kiedy druga osoba jest przez nas raniona, wtedy może nie przeklina nas ani nie złorzeczy, jeśli jest osobą wierzącą, ale ta rana i ból jest dla was ogromnym brzemieniem. Bardzo ciężko jest ranić drugiego, jest to ciężka rana. Nadejdzie więc godzina, w której za to zapłacimy.

Powiecie: "Ale przecież wyspowiadałem się!". Tak, wyspowiadałeś się i okazałeś skruchę, ale ktoś inny został zraniony. Okazałeś skruchę i Bóg przyjmuje twoją skruchę, lecz żeby twoja skrucha uzyskała pełnię, to niestety (modlę się, żeby tak się nie stało) musisz za to zapłacić. Zazwyczaj te rzeczy wracają, jak przy aborcji. Matka lub ten, kto zabija dziecko, mówi: "Tak, poddałam się jednej aborcji, ale potem się wyspowiadałam!". Dobrze, wyspowiadałaś się, żałowałaś, płakałaś, ale zawsze pozostaje jedno "ale" - osoba, która odeszła na tamten świat. Kto za to zapłaci? Kto może ją zastąpić? Kto zapłaci za tę ranę?

Musimy być bardzo poważni. Nigdy nie krzywdź drugiego człowieka. Lepiej nie mów mu, że go nie kochasz, przeczekaj to, zostaw go, by marniał w oczekiwaniu. Nie mów mu tego. Lepiej niech nie wie, nawet jeśli będzie pytał tysiąc razy, niż żebyś powiedział mu takie raniące słowo.

Musimy więc zawsze mieć to poczucie odpowiedzialności i być konsekwentni w naszych relacjach z drugim człowiekiem, z Bogiem i z samym sobą. To właśnie to, co Cerkiew ustanawia poprzez Sakrament Małżeństwa, a nasze uczestnictwo w nim, właśnie o tym świadczy - jak ważna jest właściwa postawa wobec drugiej osoby. Nie czyni tego potajemnie, lecz w świątyni, przed wszystkimi ludźmi: przed kapłanem, przed twoimi rodzicami, przed Bogiem, i ty ręczysz za to, gdyż obrączka jest gwarancją i zobowiązaniem, że naprawdę traktujesz ten związek poważnie!

metropolita Limassol Atanazy (tłum. Justyna Pikutin)

za: pravoslavie.ru

fotografia: