O świeckich kościołach

hieromnich Gabriel (tłum. Gabriel Szymczak), 22 lipca 2022

Jakiś czas temu zwrócił moją uwagę nagłówek: „Próbowali założyć kościół bez Boga. Przez jakiś czas to działało”. Chociaż koncepcja kościoła bez Boga jest bez wątpienia dziwaczna, niemniej jednak ma również pewien sens. W naszej epoce samotności, pośród niemal całkowitego upadku praktycznie każdej tradycyjnej formy wspólnoty i struktury społecznej, porzucenie chrześcijaństwa jest rzuceniem się w pustkę przepowiedzianą przez Nietzschego, gdy głosił „śmierć” Boga:

"Co zrobimy, skoro oderwiemy tę Ziemię z łańcucha jej słońca? Dokąd biegnie teraz? Dokąd biegniemy my? Precz od wszystkich słońc? Czy nie spadalibyśmy ciągle? I w tył, w bok, w przód, na wszystkie strony? Jest jeszcze jakaś góra i dół? Czy nie błądzimy jak przez jakąś nieskończoną nicość? Czy nie wionęłaby ku nam pusta przestrzeń? Nie stałoby się zimniej? Czy nie nadciągnęłaby noc, noc coraz mroczniejsza?"

Mieszkając w miastach, staliśmy się obcy. Odwiedzamy naszych przyjaciół, siedząc samotnie i wpatrując się w ekrany. Przemieszczając się z pracy do pracy i z miejsca na miejsce, pozostajemy bez korzeni — tylko w połowie zaangażowani we własne życie. Kiedy moi rodzice przeprowadzili się do nowej dzielnicy pod Raleigh w Północnej Karolinie w 1999 roku, kupili ostatni nowy dom na ulicy. W ciągu niecałych dwóch dekad każda rodzina z tej ulicy wyprowadziła się - poza nimi. Coraz częściej nasze życie nie ma nic wspólnego z ludźmi wokół nas. Połowa wszystkich amerykańskich dzieci, przed ukończeniem 18 lat, doświadczy nawet rozbicia własnego domu przez rozwód.

W świecie takim jak ten, kościoły są jednymi z ostatnich schronień miłości i wspólnoty – chociaż nawet ten bastion przeciwko izolacji został w dużej mierze zniszczony w amerykańskim życiu z powodu zjawiska znanego jako „church-shopping”, w którym chrześcijaństwo staje się częścią kafeterii - kolejnym towarem konsumpcyjnym do wybrania. Nic więc dziwnego, że artykuł mówi nam, że Justina Walford - bohaterka artykułu - po swej apostazie i przeprowadzce do Nowego Jorku „nigdy nie czuła się bardziej samotna”.

Warto zauważyć, że Justina dorastała w niereligijnej rodzinie i jako dziecko sama przyjęła chrześcijaństwo. Była najwyraźniej bardzo gorliwa, a nawet chciała zostać pastorem. Jeszcze ciekawsze jest odnotowanie powodu, dla którego straciła wiarę: stała się „ofiarą podróży zagranicznych, które sprawiły, że ​​zadała sobie pytanie, w jaki sposób jakakolwiek wspólnota religijna może mieć monopol na prawdę”.

Kiedy to przeczytałem, mimowolnie pomyślałem o zwięzłym cytacie z sir Jamesa Stephena: „Osławionym skutkiem nieograniczonej wolności myśli i dyskusji jest wywołanie u zdecydowanej większości umysłów ogólnego sceptycyzmu w wielu sprawach”. Ci, którzy narażają się na zamieszanie i zgiełk świata, nie będąc mocno zakorzenieni w Prawdzie, spełniają obserwację poczynioną wiele wieków temu w Tao Te Ching: „Im więcej podróżujesz, tym mniej wiesz”. Współczesny świat w dziwny sposób przekonał nas, że taka ignorancja jest oznaką wiedzy i że prawdziwie oświecona osoba musi koniecznie zasypywać siebie największą możliwą ilością kakofonicznych bzdur, aby „samodzielnie o sobie decydować”. To generalnie powoduje zamieszanie, sceptycyzm, niedowierzanie i ostatecznie apatię - i naprawdę nie powinniśmy być tym zdziwieni.

Prawosławnym chrześcijanom należy przypomnieć słowa św. Ignacego Brianczaninowa i wszystkich świętych Ojców:

„Jeszcze raz zwracam się do ciebie, wierny synu Kościoła wschodniego, szczerym, dobrym słowem. To słowo nie jest moje — należy do Ojców Świętych. Wszystkie moje rady pochodzą od nich.
Uchroń swój umysł i serce przed fałszywym nauczaniem. Nie rozmawiaj nawet o chrześcijaństwie z ludźmi, którzy zostali zarażeni fałszywymi myślami; nie czytaj książek o chrześcijaństwie napisanych przez heretyków.
Duch Święty towarzyszy całej Prawdzie. On jest Duchem Prawdy. Diabeł towarzyszy i działa razem z każdym kłamstwem. On jest fałszywy i jest ojcem kłamstwa.
Ten, kto czyta księgi heretyka, natychmiast obcuje ze złym, mrocznym duchem fałszu. Nie powinno ci się to wydawać dziwne ani niewiarygodne — to jednomyślna opinia Ojców Świętych…
Tylko te księgi religijne, które zostały napisane przez świętych Ojców powszechnego Kościoła prawosławnego, są dopuszczalne do czytania. Kościół prawosławny wymaga tego od swoich dzieci.
Jeśli myślisz inaczej lub uważasz, że nakaz Kościoła jest mniej autorytatywny niż twoje własne opinie lub opinie innych, którzy się z tobą zgadzają, to nie jesteś już dzieckiem Kościoła, ale krytykiem Kościoła.
Czy nazywasz mnie jednostronnym, nieoświeconym rygorystą? Zostaw mi moją jednostronność i wszystkie inne braki. Wolałbym być ułomnym, nieoświeconym dzieckiem Kościoła prawosławnego niż pozornie doskonałym człowiekiem, który odważyłby się pouczyć Kościół, który pozwoliłby sobie na nieposłuszeństwo Kościołowi, albo się od niego odłączył. Moje słowa będą miłe prawdziwym dzieciom Kościoła prawosławnego.”

Powiem jasno: nie sugeruję, żebyśmy się organizowali i palili książki. Nie opowiadam się za egzekwowaniem cenzury przez państwo. Po prostu sugeruję, abyśmy my, duchowe niemowlęta, jakimi jesteśmy, a zwłaszcza widząc, że generalnie nie trudzimy się napełnianiem duchowym pokarmem Ojców Świętych, przynajmniej posłuchali ich rad i powstrzymali się od picia trucizny na pusty żołądek.

Wróćmy jednak do Justiny Walford. Została przekonana o nieistnieniu Boga przez niewierność ludzi, wyrwała się z domu i rodziny, i przybyła do Nowego Jorku, gdzie pośród ogromnej rzeszy ludzi poczuła się bardzo samotna.

„Następnie Walford przeczytała artykuł o Sunday Assembly, społeczności założonej w Wielkiej Brytanii w 2013 roku, która szybko rozprzestrzeniła się za Atlantyk aż do jej drzwi. Członkowie tej społeczności zbierają się w niedziele, śpiewają razem, słuchają mówców i rozmawiają przy kawie i pączkach. Spotkania mają być jak nabożeństwa kościelne - ale bez Boga. „To wszystko”, pomyślała, "to jest to, czego chcę."

Takie grupy najwyraźniej powstały i szybko się rozrastały, aż do około trzech lat temu. Ten artykuł w The Atlantic próbuje przeanalizować, dlaczego zaczęły wymierać tak szybko, jak się pojawiły. Teoretycznie wyjaśnienie jest dość proste: po pewnym czasie ludzie po prostu znudzili się podejmowaniem niezbędnych wysiłków i przygotowań do organizowania coniedzielnego koncertu/wykładu/czegokolwiek innego, i cała sprawa po prostu skończyła się fiaskiem. Ale nieco zaskakująco, artykuł wskazuje również przynajmniej część tego, co działo się pod powierzchnią grup:

„Ara Norenzayan, psycholog studiujący religię na Uniwersytecie Kolumbii Brytyjskiej, powiedział mi, że świeckie społeczności mogą mieć problem z nakłonieniem członków do akceptacji pewnych niedogodności, jak to zwykle robią ludzie wiary w swoich wspólnotach. Przytoczył badania Richarda Sosisa, antropologa z University of Connecticut, który badał 200 amerykańskich komun założonych w XIX wieku. Sosis odkrył, że 39% gmin wyznaniowych nadal funkcjonowało 20 lat po swoim powstaniu, ale tylko 6% gmin świeckich żyło po tym samym czasie. I ustalił, że jedna zmienna ma wpływ na tę różnicę: liczba poświęceń - takich jak rezygnacja z alkoholu, przestrzeganie zasad ubioru lub posty - których każda gmina wymaga od swoich członków.

W przypadku wspólnot religijnych, im więcej żądano wyrzeczeń, tym dłużej one trwały; jednak ten związek nie dotyczył gmin świeckich. Implikacją, powiedział Norenzayan, było to, że wymagające rytuały i zasady „opodatkowania” działają tylko wtedy, gdy są częścią czegoś świętego; kiedy zasłona sakralności zostanie zdjęta, ludzie nie chcą już angażować się w sprawy, które wymagają ich czasu i poświęcenia. „Jeśli jest to zasada ‘Przyjdź i odejdź, kiedy chcesz’, to ona nie zadziała” – powiedział. Nawet jeśli świeckie kongregacje mogłyby stworzyć poczucie świętości, mają tendencję do przyciągania ludzi, którzy wyraźnie szukają społeczności bez kosztownych rytuałów — takiej, która pozwala ci robić to, co chcesz.

Wydaje się, że autorowi wymyka się prosta etymologia: słowo „poświęcenie” dosłownie znaczy „uświęcać”. „Złożyć ofiarę” w mowie potocznej oznacza oddanie czegoś, ale dosłownie to oddanie czegoś Bogu. Oznacza to nie zgubienie czegoś, ale raczej uczynienie tego świętym.

Bez Boga nie może być ofiary, a jedynie wymiana. Inwestuję swój czas, coś z tego mam. Jeśli „czegoś z tego nie wyciągnę”, po prostu przestaję inwestować swój czas. Najwyraźniej ze śpiewania piosenek Bon Jovi i jedzenia pączków z nieznajomymi można wyciągnąć bardzo niewiele tego „czegoś”.

Jednak to, co naprawdę uderzyło mnie w tym artykule, to sam pomysł, że śpiewanie piosenek Bon Jovi i jedzenie pączków ma jakiekolwiek podobieństwo do Kościoła. Ukazuje to aż nazbyt wyraźnie współczesne przekonanie, że Kościół zasadniczo polega na tym, że ludzie spotykają się, aby rozmawiać i śpiewać o Bogu. Jeśli tak jest, to nie jest zbyt trudno wyobrazić sobie „kościół bez Boga”, polegający na tym, że ludzie zbierają się tylko po to, by rozmawiać i śpiewać.

W rzeczywistości Kościół nie polega na mówieniu i śpiewaniu, ani nawet na ofiarach, które składamy, aby móc to robić. Kościół nie polega na ofiarach, ale na Ofierze: Mistycznej Ofierze Eucharystii. W Boskiej Liturgii Chrystus ofiarowuje nam Siebie, a my ofiarujemy się Jemu: „Święte świętym”. Bez Mistycznej Ofiary nie ma Kościoła i ani mowa, ani śpiew nie mogą tego uczynić.

Metropolita Tichon (Szewkunow) w swojej cudownej książce „Nieświęci święci” wyjaśnia znaczenie tego wielkiego i strasznego wyrażenia: „Święte świętym”:

„Oznacza to, że Ciało i Krew Chrystusa będą teraz przyjmować ludzie święci. Kim oni są? To ci, znajdujący się teraz w świątyni duchowni i świeccy, którzy przyszli tu z wiarą i oczekujący na Komunię świętą. Dlatego że są wiernymi i dążącymi do Boga chrześcijanami. Okazuje się, że ludzie, tworzący ziemski Kościół Chrystusowy, mimo wszystkich swoich słabości i grzechów – są dla Boga świętymi.” (tłum. K. Tur; wyd. Bratczyk)

Wydaje mi się, że właśnie z tego powodu tak wielu opuściło swoje kościoły - ponieważ nie znaleźli tam ani Boga, ani świętych, a tylko ludzi; nie Komunię, a tylko wspólnotę. I jak naucza Abba Doroteusz, tak długo, jak nie uczestniczymy w Mistycznej Ofierze, pozostaniemy poza relacją z innymi, bez względu na to, ile pieśni zaśpiewamy lub ile pączków zjemy w swoim towarzystwie:

„Dam wam przykład od Ojców, abyście zrozumieli moc słowa. Załóżmy, że na ziemi jest okrąg, jakby narysowany cyrklem. Środek jest dokładnie środkiem koła. Postarajcie się zrozumieć, o co mi chodzi. Załóżmy, że ten krąg to świat, a Bóg jest jego centrum. Proste linie poprowadzone od obwodu do środka to życie ludzi. Święci, pragnąc zbliżyć się do Boga, poruszają się do wewnątrz, zbliżają się do Boga i zbliżają się do siebie - a na ile zbliżają się do Boga, zbliżają się też do siebie. W ten sam sposób powinniście rozumieć oddzielenie. Kiedy oddalają się od Boga i podążają za rzeczami zewnętrznymi, jest oczywiste, że o ile oddalają się od Boga, oddalają się też od siebie, a gdy oddalają się od siebie - oddalają się od Boga. Taka jest właśnie natura miłości. O ile jesteśmy na zewnątrz i nie kochamy Boga, to każdy z nas jest też oddalony od bliźniego, ale jeśli kochamy Boga, to im bardziej zbliżamy się do Niego przez miłość do Niego, tym bardziej jesteśmy zjednoczeni z bliźnim przez miłość; tak bardzo jak jesteśmy zjednoczeni z bliźnim, jesteśmy zjednoczeni z Bogiem.”

Niech więc wszyscy, którzy są samotni, wszyscy, którzy szukają sensu i celu, ofiary i miłości, zważają na słowa św. Ignacego Antiocheńskiego (który jako małe dziecko siedział na kolanach Chrystusa, a później oddał swoje życie, pragnąc przede wszystkim być „pszenicą Bożą, mieloną zębami zwierząt, aby stać się czystym chlebem Chrystusa”):

„Trwajcie, bracia, w wierze w Jezusa Chrystusa i w Jego miłości, w Jego męce i w Jego zmartwychwstaniu. Przychodźcie wszyscy razem… łamiąc jeden i ten sam chleb, który jest lekarstwem nieśmiertelności i antidotum, chroniącym nas od śmierci, oczyszczającym i odpędzającym zło, sprawiającym, że powinniśmy żyć w Bogu przez Jezusa Chrystusa.”
Amen.

hieromnich Gabriel (tłum. Gabriel Szymczak)

za: Remembering Sion

fotografia: kcenia.belova /orthphoto.net/