Zapomniana cnota trwania

hieromnich Gabriel (tłum. Gabriel Szymczak), 01 lipca 2022

Kiedy ludzie myślą o ślubach, które mnich lub mniszka składa przed Bogiem (jeśli w ogóle myślą o takich rzeczach), prawdopodobnie przychodzą im na myśl trzy: czystość, ubóstwo i posłuszeństwo. Takie śluby są dość uderzające, ponieważ we współczesnym świecie te trzy cechy nie są już powszechnie uważane za cnoty wspólne życiu wszystkich chrześcijan, czego przykładem w monastycyzmie jest przede wszystkim stopień ich praktykowania. Rzeczywiście, dla całego świata wszystkie trzy - każda na swój sposób - stały się zasadniczo antycnotami. Celibat, ubóstwo i posłuszeństwo nie są już uważane za ideały, które należy szanować, ale za choroby społeczne, które należy wykorzenić.

Ale jest jeszcze inny ślub składany przez mnichów, ślub praktykowania cnoty, która stopniowo tak zatraciła się dla nas (nawet dla chrześcijan współczesnego świata), że prawie w ogóle o niej się nie myśli. A jeśli nawet, to prawie nigdy nie jest uważana za cnotę ani za coś, co ma w ogóle jakikolwiek wymiar moralny lub duchowy. Ten ślub to ślub stabilności, trwania.

Dlatego może dziwić, że ślub ten jest nie tylko składany przy postrzyżynach mniszych, ale że faktycznie poprzedza inne, bardziej znane śluby. Natychmiast po ogłoszeniu przez kandydata wyrzeczenia się świata, przełożony pyta: „Czy chcesz przebywać w tym klasztorze, czy w tym, do którego zostaniesz skierowany pod świętym posłuszeństwem, i w ascetycznym życiu trwać do ostatniego tchnienia?” A kandydat odpowiada: „Tak, niech Bóg mi dopomoże, wielebny ojcze”. Dopiero wtedy kandydat przystępuje do składania innych ślubów, a następnie przyjmuje postrzyżyny.

Dlaczego ten ślub trwania - ślub nie tylko pozostania mnichem lub mniszką, ale pozostania mnichem lub mniszką w jednym konkretnym klasztorze - jest uważany za tak niezbędny dla życia monastycznego, że składa się go przed wszystkimi innymi ślubami? Dlaczego miałoby to mieć znaczenie, jeśli mnich chciałby realizować swoje powołanie w innym klasztorze w pewnym momencie w przyszłości? Dla tych z nas, którzy są przyzwyczajeni do wszechobecnej zmienności, tak starannie zaprojektowanej dla współczesnego świata, takie uporczywe naleganie na pozostawanie w tym samym miejscu przez całe życie - cokolwiek się stanie - może wydawać się bardziej niż trochę dziwne.

Ale tak jak w przypadku wszystkich innych ślubów monastycznych, ślub trwania nie jest po prostu arbitralnym testem wiary lub zobowiązania; wręcz przeciwnie, jest dany ze względu na swą niezastąpioną zdolność do przyniesienia duchowego uzdrowienia sercu mnicha. I jak wszystkie inne śluby monastyczne reprezentuje cnotę, która - chociaż najpełniej praktykowana w kontekście monastycznym - powinna być do pewnego stopnia obecna w życiu wszystkich chrześcijan.

Przede wszystkim ślub trwania jest kamieniem węgielnym pokuty. Pozwala mnichowi stanąć twarzą w twarz z wielką prawdą, że korzenie wszystkich – i tak różnorodnych - problemów w naszym życiu tkwią nie w zewnętrznych okolicznościach, ale w naszych własnych sercach. Decydując się na odwrócenie się od łatwych obietnic „geograficznego uzdrowienia” we wszystkich jego przejawach, zmuszamy się do zwrócenia się do wewnątrz, do konfrontacji z grzechem w nas, który jest prawdziwą przyczyną całego naszego bólu, samotności i nieszczęścia, i pozwalamy, by światło Chrystusa stopniowo usuwało tę ciemność z naszego życia. Bez takiej przysięgi zbyt łatwo jest nam obwiniać za nasze problemy tę lub inną osobę, miejsce lub rzecz, i w ten sposób wpaść w pułapkę niekończącego się i bezowocnego wysiłku, aby zmienić okoliczności - zamiast zmieniać nasze serca.

Co więcej, ślub trwania jest zalążkiem prawdziwej miłości chrześcijańskiej. W świecie, w którym nawet najbliższe relacje międzyludzkie aż nazbyt często wydają się być mniej lub bardziej zbywalne czy „jednorazowe”, mnich składa przed Bogiem uroczystą obietnicę pozostania w tej samej wspólnocie, z tymi samymi ludźmi, aż do dnia swojej śmierci. Żyć - przez cały czas, każdego dnia - ramię w ramię z ludźmi, których nie wybraliśmy (i których może nawet nie lubimy), nie zawsze jest rzeczą drobną i łatwą. Ale jest to droga do miłości o wiele głębszej, prawdziwszej i bardziej znaczącej niż nawet najbliższa ziemska przyjaźń, jaką można osiągnąć: jest to droga do miłości Chrystusa, do miłości zdolnej do widzenia, służenia i poznania obrazu Boga w każdym pojedynczym człowieku, którego spotykamy. To droga, której nasz pozbawiony korzeni, samotny i zatomizowany wiek potrzebuje teraz bardziej niż kiedykolwiek.

Nie każdy jest powołany do życia monastycznego, a śluby mnisze oczywiście nie są przeznaczone dla żyjących na świecie. Ale cnoty zawarte w ślubach monastycznych to po prostu cnoty głoszone przez Chrystusa w Ewangelii, należące jednakowo do każdego chrześcijanina. Dlatego uważam, że każdy chrześcijanin dobrze by zrobił, gdyby uważnie i z modlitwą rozważył radę udzieloną niegdyś przez św. Antoniego Wielkiego, założyciela monastycyzmu cenobitycznego:

Ktoś zapytał [Abbę Antoniego]: „Co trzeba zrobić, aby podobać się Bogu?” Starzec odpowiedział: „Zwróć uwagę na to, co ci mówię: kimkolwiek jesteś, miej zawsze Boga przed oczami; cokolwiek robisz, czyń to według świadectwa Pisma Świętego; gdziekolwiek mieszkasz, nie opuszczaj tego miejsca łatwo. Przestrzegaj tych trzech wskazań, a będziesz zbawiony”.
- Apoftegmaty Ojców Pustyni

hieromnich Gabriel (tłum. Gabriel Szymczak) 

za: Remembering Sion

fotografia: palavos /orthphoto.net/