Wspólnota parafialna

o. Lawrence Farley (tłum. Gabriel Szymczak), 24 czerwca 2022

Znani mi duchowni, którzy są moimi przyjaciółmi, są bardzo różnorodni. Niektórzy to prawosławni, inni – protestanci; jedni to Kanadyjczycy, a drudzy - Amerykanie. Ale kiedy ostatnio z nimi rozmawiam, stwierdzam, że wszyscy opowiadają tę samą historię: na początku pandemii Covid wszyscy stracili znaczną część swojej kongregacji i wszyscy z tego samego powodu - nie mogli zadowolić wszystkich.

Podczas pandemii, gdy duchowni zmagali się z ograniczeniami i starali się dbać o swoich wiernych, odkryli, że wielu parafian było sfrustrowanych i odchodziło – często bez słowa. Po prostu zniknęli, jakby złapali coś w rodzaju Covidowego „wniebowzięcia” i nigdy więcej nikt ich nie zobaczył. Niektórzy odeszli, ponieważ było za dużo masek, inni odeszli, ponieważ masek było za mało; niektórzy odeszli, ponieważ ludzie stali zbyt blisko siebie, inni odeszli, ponieważ w ogóle sprzeciwiali się jakiemukolwiek dystansowi społecznemu; niektórzy odeszli, ponieważ Komunia była udzielana jedną łyżeczką, inni odeszli, ponieważ Komunia była udzielana z różnych łyżeczek. Tym, co łączyło wszystkich, którzy odeszli, było to, że sprzeciwiali się polityce proboszcza (często tworzonej nie przez niego, ale przez innych, na przykład biskupa) i zdecydowali, że parafia nie odpowiada już ich potrzebom lub nie dostosowała się do nich, do ich poglądów. Tak więc odeszli.

Niektórzy niestety nigdzie nie poszli i po prostu zostali w domu. Większość jednak udała się do innej parafii, znajdującej się w pobliżu, gdzie lokalna polityka była bardziej zgodna z ich poglądami na to, co należy zrobić, a zatem odpowiadała ich potrzebom. Duchownym rzadko pozwala się na luksus publicznego omawiania swoich uczuć lub reakcji na takie odejścia, ale nie boją się dzielić się swoimi uczuciami przez telefon z przyjaciółmi – również duchownymi. Tutaj powiem tylko to, co oczywiste i oczekiwane: że tak potraktowani duchowni rzadko filozofowali, cokolwiek mówili publicznie. To dlatego, że byli zaangażowani w życie wszystkich swoich ludzi i naprawdę się o nich troszczyli.

Wszystko to nie jest nowe i nie można za to winić Covida. Jeszcze przed wybuchem pandemii duchowni znali zjawisko opuszczania parafii przez wiernych (ponieważ coś im tam nie odpowiadało) oraz wstępowania do innej parafii, która bardziej im pasowała. Czasami decyzja o odejściu wynikała z odległości („parafia św. Barsanufiusza jest zaledwie dziesięć minut jazdy od moich drzwi!”); czasami decyzja opierała się na lokalnych szczegółach, takich jak długość kazania. Słyszałem pewną historię, w której parafianin odszedł, ponieważ ksiądz zdecydował się na szkołę niedzielną dla dzieci przed Liturgią, a nie w jej trakcie, a parafianin wolał, aby odbywała się ona w tym samym czasie. Być może dzięki temu liturgia byłaby spokojniejsza. W każdym razie - odszedł.

Historycy pośród nas zauważą, że nic z tego nie było możliwe we wczesnym Kościele. W tamtych czasach w mieście był tylko jeden Kościół, ten prowadzony przez biskupa (nie licząc oczywiście drugiego Kościoła w mieście, prowadzonego przez biskupa ariańskiego), a prezbiterzy razem z biskupem tworzyli jeden sobór i zespół kierowniczy. Jeśli coś zaszło między tobą a biskupem lub jego prezbiterami, nie mogłeś odejść, bo - jeśli nie chciałeś zostać arianinem - dosłownie nie było innej wspólnoty w mieście. Musiałeś zostać i rozwiązać problemy z biskupem i jego zespołem. Ucieczka przed nimi nie wchodziła w grę.

Obecnie jest to jednak opcja i jak pokazała pandemia Covid, wielu z niej korzysta. Można jednak zapytać, w czym problem? Dlaczego nie miałbym odejść i udać się do parafii św. Barsanufiusza, jeśli jest bliżej? Dlaczego nie miałbym wybrać cerkwi, w której szkółki niedzielne odbywają się w preferowanym przeze mnie czasie? To moje życie i mój wybór; dlaczego nie miałbym robić tego, co chcę?

Już nieco zasugerowałem odpowiedź - ponieważ ucieczka w celu uniknięcia rozwiązania konfliktu czy sporu nie jest drogą do dojrzałości. Choć to trudne, zwykle lepiej jest zostać i rozwiązywać problemy z innymi - czy to w Kościele, czy w małżeństwie. Są oczywiście wyjątki: nikt poważnie nie radzi ludziom pozostawać w niebezpiecznych i obelżywych sytuacjach. Ale poza nadużyciami lub przestępczością, droga do dojrzałości i świętości wiąże się z trudną pracą nad rozwiązywaniem konfliktów.

Tutaj jednak chciałbym skupić się na ważniejszym i głębszym zagadnieniu — naturze Kościoła parafialnego. Parafię można postrzegać przede wszystkim w kategoriach konsumpcyjnych – jako. miejsce, które oferuje pewien produkt. W tym modelu duchowni są wytwórcami produktu zwanego „Boską Liturgią” lub „łaską”, lub czegoś, co zaspokoi odczuwane przez ciebie „potrzeby religijne”. Jeśli podoba ci się ten produkt i jeśli parafia lub duchowieństwo spełnia twoje potrzeby religijne, z przyjemnością zostajesz. Ale jeśli już nie realizują twoich potrzeb lub w jakiś sposób ci nie odpowiadają, odchodzisz i znajdujesz inne miejsce, które ci pasuje. W tym modelu parafianin jest przede wszystkim konsumentem produktu. Inni ludzie w parafii są zaledwie miłymi ludźmi, których lubisz i którzy są tam, by spożywać ten sam produkt.

W ten sposób parafia staje się prawie restauracją. Restauracja jest po to, aby zaoferować produkt – a mianowicie dobry posiłek w dobrej cenie, w atmosferze, która do ciebie przemawia. Ale ten sam produkt możesz znaleźć gdzie indziej, w innej restauracji. W końcu stek to stek, niezależnie od tego, czy usiądziesz, aby go zjeść w restauracji A, B czy C. Jeśli grają zbyt głośno muzykę w A, po prostu przenosisz się do B, gdzie muzyka jest cichsza i nic się nie dzieje. Nikt cię nie obwinia, a A przetrwa bez ciebie.








W Nowym Testamencie znajdujemy jednak inny model — model lokalnej parafii jako rodziny. Nie wybierasz rodziny; rodzisz się w niej – w przypadku rodziny kościelnej przez chrzest. Jednak w naszych czasach ludzie niekiedy się przemieszczają, a jeśli przeprowadzisz się z jednego miasta do drugiego, oczywiście znajdziesz inną rodzinę cerkiewną. Narodziny na nowo / chrzest w cerkwi w Montrealu nie oznacza, że ​​musisz tam modlić się nawet po przeprowadzce do Edmonton (uwaga dla moich przyjaciół spoza Kanady - te miasta są oddalone od siebie o kilka stref czasowych.) Jeśli jednak nic się nie zmieni, twój kościół parafialny jest twoją rodziną, miejscem, w którym Bóg wzywa cię do wypracowywania zbawienia z bojaźnią, drżeniem i pokorą.

Oznacza to, że zasadą rządzącą życiem parafialnym nie jest konsumpcjonizm, lecz personalizm; ważne jest nie to, czy podoba mi się produkt (czy to długość kazania, czy liczba używanych łyżek eucharystycznych), ale relacje z resztą rodziny parafialnej. Ponieważ należysz do Boga, należysz również do nich.

Częściowo to ma na myśli św. Paweł, gdy stale nazywa lokalny Kościół parafialny „ciałem Chrystusa”: wszyscy tam byli „nawzajem dla siebie członkami” (Ef 4, 25). Należeli do ​​siebie i byli połączeni ze sobą w taki sam sposób, jak różne członki, kończyny czy organy należały do ​​siebie jako części tego samego ciała. Ponieważ byli współczłonkami, kiedy więc jeden z rodziny cierpiał, wszyscy cierpieli razem; kiedy jeden został uhonorowany, wszyscy się współweselili (1 Kor 12, 26). Co wpłynęło na jednego, wpłynęło na wszystkich. To właśnie oznacza bycie częścią tego samego ciała.

W tym modelu najważniejsze są relacje. Łatwo jest iść na Boską Liturgię, modlić się z innymi w tym samym budynku, wypić z nimi kawę podczas krótkiej rozmowy, a potem wrócić do domu i mniej lub bardziej zapomnieć o nich. W modelu parafia-restauracja tak właśnie się dzieje. Kogo tak naprawdę obchodzi para jedząca przy stole obok ciebie? Ale w modelu parafia-rodzina troszczysz się o ludzi, którzy mają udział w tym samym Kielichu i potem piją obok ciebie kawę.

Widzimy to w najdrobniejszych szczegółach, które można znaleźć w Liście do Filipian 4, 2-3. We wspólnocie w Filippi najwyraźniej były dwie kobiety, które się nie dogadywały, Ewodia i Syntyche. Św. Paweł mógł po prostu zignorować całą sprawę, dochodząc do wniosku, że dopóki Ewodia nie rzuci kubkiem w Syntyche godzinę po Liturgii, wszystko jest w porządku.

Ale ponieważ Ewodia i Syntyche były współczłonkami tego samego ciała i „nawzajem dla siebie członkami”, to takie łatwe wyjście nie wchodziło w rachubę. Dlatego św. Paweł zachęcał je, by „były jednomyślne w Panu” - tj. przestały się kłócić, rozwiązały konflikt i pogodziły się. Co więcej, namawiał kogoś, kogo nazywa Syzygiem (po grecku „współtowarzysz”), aby pomógł tym kobietom to zrobić. Nie zazdroszczę Syzygowi (jeśli tak naprawdę się nazywał) jego zadania. Domyślam się, że był mężem jednej z kobiet i bratem drugiej. To sprawiało, że sytuacja była trudna i niezręczna, ale Paweł najwyraźniej uważał, że dzieło pojednania musi być wykonane, niezależnie od jego trudności. To doskonale pokazuje, jak bardzo miejscowa parafia była rodziną.

Pandemia w zasadzie pojawiła się i zniknęła (przynajmniej w mojej szczęśliwej leśnej okolicy), i pozostawiła nieco zmienione wspólnoty. Nie chodzi o te rekonfiguracje; chodzi o naturę parafii. Pandemia czy nie, musimy nauczyć się żyć jako części siebie nawzajem, dźwigając wspólnie swoje ciężary i w ten sposób wypełniając Prawo Chrystusowe (Gal 6, 2). To trudne i wymaga trochę odwagi, i dużo pokory. Ale to jedyna droga do dojrzałości, świętości i pokoju.
 
o. Lawrence Farley (tłum. Gabriel Szymczak)

za: No Other Foundation

fotografia: Claudia_Teo /orthphoto.net/